13-11-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Jacek Marczyński

fot. Tato Baeza


Na operowej mapie świata pojawiło się ważne miejsce: Palau de les Arts Reina Sofia w Walencji. Nie tylko dlatego, że otwarty trzy lata temu gmach należy do super nowoczesnych teatrów. Walencja ma ambicję zapraszania najlepszych artystów, a przede wszystkim wyznaczania inscenizacyjnych trendów. Najlepszym dowodem – inscenizacja Pierścienia Nibelunga, dokonana przez grupę La Fura dels Baus pod reżyserską wodzą Carlosa Padrissy. Tetralogia zaprezentowana została w całości w Palau de les Arts Reina Sofia w 2008 roku i pojawiły się wówczas opinie, że otwiera nowy rozdział w scenicznych dziejach dramatów Richarda Wagnera. Polski widz sam mógł odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście tak jest. Dzięki TVP Kultura, która ze spektakli w Walencji uczyniła jesienią wieloodcinkowy serial, zobaczyliśmy efekty pracy hiszpańskich artystów.

Dla nas sposób podejścia La Fura dels Baus do Pierścienia Nibelunga jest iście rewolucyjny. Dwie inscenizacje tetralogii, jakie zrealizowane w Polsce po II wojnie, były bardzo tradycyjne i nie należy tego tłumaczyć faktem, że powierzono je wybitnym, ale leciwym realizatorom niemieckim: Augustowi Everdingowi (Teatr Wielki w Warszawie 1986-1988) oraz Hansowi-Peterowi Lehmannowi (Opera Wrocławska, spektakle w Hali Ludowej, 2003-2006). Obaj wiedzieli, że dramaty Wagnera rzadko są u nas wystawiane, postanowili więc wiernie przekazać idee kompozytora. Tymczasem La Fura dels Baus lekceważy didaskalia, w których kompozytor bardzo precyzyjnie opisał scenerię rogrywających się zdarzeń. Tworzy widowiska XXI wieku z pomocą skomplikowanej maszynerii, laserowych świateł, olśniewających wizualnie abstrakcyjnych projekcji wideo. Jest to teatr totalny, efektowny kolaż wielu sztuk, ale dzięki temu pozostaje wierny nadrzędnej idei kompozytora, który dążył do tego, by dramat muzyczny był właśnie syntezą różnych sztuk. Pozostaje wszakże pytanie, czy propozycje La Fura dels Baus są supernowoczesną zabawką teatralną czy współczesną reinterprecją przeslania Wagnera, który sięgnąwszy do starogermańskich i staroskandynawskich mitów, dał wyraz swemu pesymistecznemu przekonaniu o niemożności wpływania prźez człowieka na swe życie i dzieje świata.

Teatralna La Fura dels Baus nie jest operowym nowicjuszem i choć wcześniej zajmowała się głównie utworami współczesnymi, ma na koncie Czarodziejski flet Mozarta czy Potępienie Fausta Berlioza. Pierścień Nibelunga należy traktować jako sumę artystycznych doświadczeń grupy działającej od 1979 roku. Zaczynała od spektakli teatru ulicznego, by po zrealizowaniu oprawy ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, przejść do spektakli dla wielotysięcznej publiczności, atakujących mnogością środków, angażujących percepcję odbiorców w sposób maksymalny. Takie są też wagnerowskie spektakle w Walencji, choć zachowano tradycyjną granicę między sceną a widownią.

Nieskrępowana wyobraźnia La Fura dels Baus najlepiej sprawdziła się w pierwszej części tetralogii – Złocie Renu – rozgrywającej się w boskim świecie Wotana, podziemnej krainie Nibelungów oraz olbrzymów Fasolta i Fafnera wznoszących nową siedzibę bogów, Walhallę. Scenograficzna prostota łączy się z wizualnym bogactwem, precyzyjna gra świateł i dynamiczny montaż nadają spektaklowi filmowej płynności. La Fura dels Baus posługuje się wizualizacjami wyświetlanymi na przesuwanych ścianach-ekranach. Abstrakcyjne ruchome obrazy o wysmakowanej kolorystyce są czytelnymi symbolami miejsc, w których rozgrywa się akcji, ilustrują nastroje i uczucia bohaterów.

Wagnerowscy bogowie w tym przedstawienianie nie stąpają po ziemi, lecz jeżdżą na wielkich podnośnikach przesuwanych po scenie przez ledwo widoczną ekipę techniczną, obok śpiewaków ważną rolę pełnią też tancerze-mimowie, z których inscenizatorzy tworzą niezwykłe kompozycje. W pamięć zapada zwłaszcza obraz z podziemnego państwa Nibelungów w Złocie Renu, gdzie tancerze w złocistych trykotach wiszą nad sceną nieruchomo głowami w dół, jak tusze w gigantycznej rzeźni. To wspaniały symbol złota, o które niebawem rozpocznie się walka.

La Fura dels Baus rozgrywa akcję w wykreowanej przez nią rzeczywistości, ale inspiracji można dopatrywać się w filmowych opowieściach fantasy, widać to zwłaszcza w kolejnych częściach tetralogii, kiedy ze świata bogów akcja przenosi się do świata ludzi. La Fura dels Baus proponuje swoistą wycieczkę cywilizacyjną. Sieglinda oraz Siegmund są postaciami z prapoczątków naszej cywilizacji, a inscenizatorzy bawią się rozmaitymi znakami i symbolami, Brunhildę ubrali więc w średniowieczną zbroję rycerską, widać jednak wyraźnie, że jest ona plastikowa i groteskowo więc podkreśla wydatny biust bohaterki. Niemal każdy pomysł osadzony został w muzyce (perfekcyjna jazda Walkirii na podnośnikach, w górę i w dół, zgodnie ze wznoszącą się lub opadającą linią melodyczną ich wokalnych zawołań). A że La Fura dels Baus ma świetny słuch, to także zmienność wizualizacji została podporządkowana powtarzającym się motywom, które Wagner misternie wplótł w Pierścień Nibelunga.

A jednak w kolejnych częściach bogactwo pomysłów zaczyna być przewidywalne. Inscenizacja została bowiem pozbawiona rzeczy najistotniejszej – rozwijającej się dramaturgii, zatem w ostatniej części – Zmierzchu bogów – sceniczne obrazy nie mają już dla widza tajemnic. Tymczasem dla wspólczesnego teatru czwarte ogniwo teatralogii jest najbardziej pociągające. Zmierzch bogów pokazując świat ludzi, inspiruje do szukania analogii z naszą rzeczywistością. W głośnej inscenizacji ostatniej dekady – w Stuttgarcie w 2000 roku – Peter Konwitschny zderzył dzisiejszy obraz dworu Gunthera i Gudruny ze scenami między Brunhildą a Siegfriedem, rozgrywanymi w konwencji XIX–wiecznego teatrzyku z malowanymi dekoracjami i przez to patetyczne wyznania miłosne bohaterow stały się wręcz groteskowe. Świetnie podkreślił w ten sposób, że wartości, którym Brunhilda i Siegfried pragną pozostać wierni, dla nas są nic nie znaczącymi deklaracjami. W Walencji współczesność jest jednowymiarowa i płaska. Postaci nabierają zaś komiksowego charakteru, kierują nimi proste motywacje: chciwość, żądza zemsty, wszyscy zdają się być narysowni jednorodną kreską, bez psychologicznych niuansów. Ten sposób prowadzaenia postaci zatarł myśl najistotniejszą dla Wagnera: to ludzie przejęli od bogów nieposkromione pragnienie władzy i bogactwa, i dlatego świat czeka nieuchronna zagłada.

Należy wszakże dostrzec precyzję roboty reżyserskiej La Fura dels Baus, wykonawcy wczuli się w stylistykę tej konwencji, a Walencja udowodniła, że jest w stanie zebrać wybitnych śpiewaków. Znakomity okazał się zwłaszcza Juha Uusitalo (Wotan), świetną Brunhildą była Jenifer Wilson, a nie zawiódł – jak zawsze – Matti Salminen (Fasolt). Niemiecki tenor Peter Seiffert udowodnił, że jego głos się rozwija, więc od lżejszych ról wagnerowskich może przejść do bardziej dramatycznego Siegmunda. Szkoda tylko, że stale promuje małżonkę, Petrę Marię Schnitzer, którą partia Sieglindy przerosła. Wysoki poziom muzyczny inscenizacji zapewnił także prowadzący orkiestrę słynny Zubin Mehta.

O roli, jaką La Fura dels Baus chce odgrywać we współczesnym teatrze operowym, będziemy jeszcze nieraz dyskutować. Okazja ku temu nadarzy się choćby w styczniu 2011 roku, gdy w Operze Narodowej w Warszawie odbędzie się premiera innego monumentalnego dzieła – Trojan Hectora Berlioza w inscenizacji grupy. Będzie to koprodukcja z Teatrem Maryjskim w Petersburgu, festiwalem w Baden-Baden oraz Palau de les Arts Reina Sofia w Walencji, gdzie spektakl niedawno został po raz pierwszy zaprezentowany.

Jacek Marczyński – dziennikarz i publicysta, krytyk muzyczny i baletowy „Rzeczpospolitej”. Autor m.in. książki „Wieczny idealista. Baletowe opowieści Alaina Bernarda” (1999).

Wydarzenie
Bez tytułu
Uwagi na stronie
Całopalenie
Po premierze
Twórca i tworzywo
Rozprzężenie sensu
Racja istnienia
Madame La Peste
Świat według Witkacego
Gogolewski w purpurze
Grzmoty i błyski
Śledztwo donikąd
Dyrektorzy
Stwarzanie gorzkich opowie [...]
Teatry narodowe
Sześć filarów Narodoweg [...]
Między wsią a światem
Arogancja i tradycja
Młody teatr narodowy
Klasykiem we współczesno [...]
Comedie italienne
Krajobraz po kryzysie
O zmierzchu
Po Tangu
Wyjść przez zamknięte d [...]
Opera
Nibelungowie w konwencji [...]
Lalki
Everyman w dresie
Teatr jednego aktora
Monowrażenia
Po jubileuszu
Lampa tak ciemno się pali [...]
Wbijanie złotych gwoździ [...]
Ukraina
Teatr Marii Matios
Nie daj Boże przeżyć ko [...]
Słodka Darusia
Kufer z książkami
Freud i Ameryka
Książki
Piękny rewanż
Upiór w teatrze

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone