22-07-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Dariusz Kosiński

1

Wydaje się, że było to nie tak dawno, a przecież to już dwa lata, gdy pod koniec roku Wyspiańskiego pisałem z przekonaniem, że mimo wszystko był to rok udany i potrzebny. Gdyby wtedy ktoś mnie zapytał, czy ogłaszanie innych uroczystych lat ma jakiś sens poza dostarczaniem okazji do medialnego recyklingu, odpowiedziałbym zdecydowanie, że tak i – wiedząc już o nadchodzącym 2009 – powiedziałbym, że jestem nastawiony przychylnie i do Roku Grotowskiego, i do Roku Słowackiego, i nawet do Roku Modrzejewskiej.

Dzisiaj muszę niestety przyznać słuszność wszystkim tym, którzy od początku ironizowali albo wręcz odrzucali wszelkie „roczne” celebracje. Mieli rację – właściwie żadne obchody, festiwale, sesje, spotkania, publikacje, jakie w owym niemal apokaliptycznie spiętrzonym roku jubileuszowym się spotkały (oprócz wspomnianych wyżej: okrągłe rocznice śmierci – aż strach mówić – Witkiewicza i Gombrowicza) nie przyniosły wiele więcej poza smutną refleksją na temat mechanizmów zapominania, wśród których jubileusze zdają się odgrywać rolę szczególną. Oczywiście wiąże się to z brakiem sensownych pomysłów, nieumiejętnością wpisania obchodów w strategię długofalową oraz generalną niewiarę w znaczenie polskiej kultury (tu jedynym wyjątkiem Rok Grotowskiego – przygotowany programowo, tworzący spójną całość odwołującą się do określonych wartości), ale wiąże się też z czymś innym, mało chwalebnym – z wykorzystaniem jubileuszu jako chłopca do (od)bicia dla własnego „lansu”. Prawdopodobny rekord świata w tej dyscyplinie pobił Krystian Lupa, ale wielu innych również zręcznie korzystało z jubileuszowej okazji mówienia o „szanownym nieżyjącym” po to, by owemu szanownemu przyłożyć, jednocześnie budując własny wizerunek człowieka nowoczesnego i bezkompromisowego, to znaczy – nie akceptującego żadnych odgórnie deklarowanych Wielkich Postaci.

Ten pozorny nonkonformizm (pozorny, bo w istocie łatwy, banalny i bardzo na fali) bodaj najboleśniej dotknął Juliusza Słowackiego. Jego Rok ogłoszony najwyraźniej na zasadzie czystego automatyzmu i bez żadnej refleksji dotyczącej tego, czemu miałby służyć, nie przyniósł żadnych wymiernych efektów, na przykład w postaci rozpoczęcia, albo choćby deklaracji rozpoczęcia, oczekiwanej od lat nowej edycji dzieł poety. Jest gotowy projekt, jest nawet specjalna pracownia, jest znakomity i pełen autentycznego zaangażowania jej kierownik – doktor Marek Troszyński, ale osobom, od których zależą decyzje finansowe zdaje się brakować rzeczy najprostszej: świadomości wagi tego zadania, jego potrzeby. Na salonach (nie tylko ministerialnych) panuje najwyraźniej przekonanie, że Słowacki jest passé, że nikt go nie czyta, a nawet – nikt nie wie, o co mu chodzi, więc nie warto się nim zajmować (autentyczna opinia wygłoszona na zajęciach z przyszłymi dramaturgami przez znanego dramatopisarza). Tym bardziej więc nie warto go wydawać i to jeszcze wydawać krytycznie.

Nie ma też – oczywiście! – sensu zamawiać jego współczesnych tłumaczeń na przykład na angielski, bo przecież i tak tych naszych „wielkich” obcokrajowiec nie zrozumie, a Słowacki to już z pewnością całkiem jest nieprzekładalny. Nikomu więc nawet do głowy nie przyszło, żeby zamiast urządzać kolejne sesje, z których materiały ukażą się za dwa lata w nakładzie trzystu egzemplarzy, opłacić tłumaczenie choćby jednego dramatu, na przykład takiej Beatrix Cenci, nowoczesnej wersji historii znanej Anglikom głównie z propagandowej i anachronicznej sztuki Shelleya.

Prawda jest taka, że mainstream odłożył Słowackiego na półkę z tworami przedawnionymi i „zalekturowanymi” na śmierć. Posługując się w wyjątkowo bezmyślny sposób formułką Gombrowicza (który zresztą załatwiał swojego najgroźniejszego konkurenta), tzw. intelektualne elity nadające dziś ton debacie kulturalnej, uznały Słowackiego za ostatecznie ośmieszonego. Dodatkowym argumentem stało się oczywiście zawłaszczenie pewnej części spuścizny poety (a nawet powiedziałbym: pewnej jego interpretacji) przez nurt narodowy, który częściowo idąc śladami Marszałka, postuluje wyciskanie z Polaków wielkości ducha i deklaruje, że tylko okrucieństwo przepisywane rzekomo przez Słowackiego jest w stanie przerobić zjadaczy buł z hamburgerami na anioły żywiące się czystą polską krwią. W efekcie po jednej stronie mamy heroicznego Wieszcza z placu Bankowego, który wyprężoną klatą toruje drogę Narodowi ukrytemu w fałdach jego peleryny, a z drugiej cherlawego gruźlika, kabotyna, maminsynka, homoseksualistę i onanistę, którego jedynym tytułem do sławy jest fakt, że potrafił zarabiać pieniądze na akcjach kolejowych.

Patrzę na to wszystko ze złością i smutkiem. Nie dlatego, żeby mi było żal Słowackiego, ale dlatego, że żal mi nas, którzy tyle i tylko tyle jesteśmy w stanie zrobić dla i przy pomocy tego, co autor Mazepy nam zostawił – albo zbudować pomnik, albo pomnik obsikać. Tertium non datur...

Nie, jednak – nie. Oprócz złości i smutku jest jeszcze we mnie w tym nieszczęsnym jubileuszowym roku jakaś paradoksalna radość. Dominujący ton niechęci, odrzucenia, obciachu, jaki otacza Słowackiego oznacza bowiem, że może w końcu odczepią się od niego wszyscy ci, którzy – począwszy od „demokratów” galicyjskich z ostatnich dekad XIX wieku, przez piłsudczyków, urzędowych chwalców „ludu” po współczesnych piewców narodowych misji – wpisywali Słowackiemu między wiersze własne hasła i propagandowe klisze. Jeśli ten rok rzeczywiście jest rokiem ostatecznego upadku „wielkiego poety”, „drugiego wieszcza”, „bojownika o narodowość naszą” i „Króla-Ducha”, to może wreszcie stanie się też rokiem zapoczątkowującym taką lekturę Słowackiego, która wydaje mi się najżywsza, najbardziej płodna. Odwołując się do porównania wcale nie tak odległego, powiedziałbym, że powinna ona być podobna do sposobu, w jaki Jerzy Grotowski poznawał Ewangelie, które dostał od młodego wikarego jako lekturę zakazaną, przeznaczoną do czytania w ukryciu, w konspiracji przed wszystkimi, którzy tworzą oficjalne wykładnie. Brzmi to jak herezja, ale w tę herezję zamierzam brnąć, by powiedzieć, że skoro elity tak chcą, to doprowadźmy ich kabotyńsko ukrywaną chęć do ekstremum i zadeklarujmy jasno, że wobec wyczerpania materiału nadszedł czas, żeby Słowackiego nie czytać w szkołach, nie wystawiać w teatrach narodowych i miejskich, nie propagować poprzez telewizję, radio i inne media, a już z pewnością nie wydawać w masowych nakładach. Skoro nikt nie wie, o co chodzi, skoro nikt nie rozumie i nie może, to dajmy spokój. Zostawmy Słowackiego tym nielicznym dziwakom, którzy jeszcze się tego trupa czepiają. Niech umarli grzebią umarłe swoje, a my idźmy dalej w świetlaną przyszłość sponsorowanej przez rządy rewolucji.

Owym nielicznym powiem zaś: zgódźcie się, niech Słowackiego wam zostawią, choćby z drwiną i śmiechem. W ten sposób podziemne, ukryte, osobiste i mocno nielegalne, ale jak najbardziej autentyczne (współ)życie z Juliuszem zostanie w końcu oczyszczone z ideologicznego wykorzystywania, podszywania się. Juliusz nie będzie już narodowy, wspólny, zbiorowy – będzie wreszcie nasz własny, to znaczy niepowtarzalnie twój, niepowtarzalnie mój, niepowtarzalnie jej. Duchowo-intelektualna partyzantka, front na rzecz wyzwolenia od przymusu, ruch walki o prawo do samoustanawiania swojej gry, którego patronem obok Juliusza będzie Witold, bo przecież obaj wykonywali ten sam gest: „Nie będę z nimi!”.

2

Gest oczywiście jest Kordianiczny i był odczytywany przez lata jako akt patriotycznej niezgody na konformizm polityczny. Monolog, w którym te słowa się pojawiają, wygłoszony został w kontekście poniekąd usprawiedliwiającym taką interpretację (choć „nie będę z nimi” dotyczy także, a może wręcz przede wszystkim, rodzącego się społeczeństwa masowego). Pozwalam sobie jednak wyjąć te słowa z owego sytuacyjnego kontekstu i uczynić je nadpisem świecącym Kordianowi, który przez sto kilkadziesiąt lat czytany jest z zadziwiającym i znaczącym uporem wbrew oczywistym wskazaniom tekstu, jako sztuka z tezą, poetyckie pouczenie i pararytualny skrypt naśladowany z Mickiewicza. Słowacki jednak nie po to wyanagramował Kord(i)ana z Konrada, by ten pierwszy przechodził jeszcze raz drogę drugiego i służył patriotycznej młodzieży jako wzór. Nie dość powtarzać, że trzeci akt wędrówki bohatera, a więc patriotyczny teatr podchorążego i spiskowca, kończy się tak samo jak poprzednie – klęską i nicością. Wydaje się to oczywiste i jasne, zarówno ze względu na (meta)model zrealizowany w aktach wcześniejszych, jak i na scenę, w której słyszymy bohatera po raz ostatni (moje ukochane: „Więc róża – i dziecię. –”). Niemniej jednak Polacy z uporem ubierają Kordiana w Konrada i nie uznają klęski tego patriotycznego tour de force. Mówi to wiele o Polakach, ale zarazem pokazuje, jak niezwykle trudno jest wykonać konsekwentnie gest – „nie będę z nimi”. Młody, początkujący autor (Kordian to zaledwie trzecia sztuka Słowackiego) jeszcze tego nie potrafi, ale będzie się uczył i już wkrótce, w tak zwanym Horsztyńskim osiągnie prawdziwe mistrzostwo w kreacji poprzez negację, spełniając (używam tego słowa świadomie) dramat zagadkę i pułapkę, w którą sam nie daje się złapać, nieustannie natomiast łapiąc czytelników, aktorów, reżyserów. Potem wydoskonali to narzędzie, maskując ostatecznie swoje pułapki tak, że wydawać się będą niemal klasycznie zbudowanymi tragediami (Mazepa) lub ironicznymi komediami (tak zwany Fantazy), w istocie jednak ich gładka powierzchnia skrywać będzie problemy wcale nie mniejsze niż nastręcza pełen luk i zadziorów dramat o (nie)Szczęsnym.

W napisanym niedawno tekście wprowadzającym do realizowanego w Instytucie Teatralnym im. Z. Raszewskiego projektu „Słowacki. Dramaty wszystkie” postawiłem tezę, że zamiast przykrawać Słowackiego do tego, co już wiemy, a więc do tak bezsensownie ubóstwianej „współczesności”, czytajmy go raczej przez to, co wydaje nam się anachroniczne, dziwaczne, egzotyczne, niezrozumiałe – jednym słowem: problematyczne. Jest w takim myśleniu miejsce także na wejście we wszystko to, co dla nas w Słowackim obrzydliwe, ciemne, ohydne, niebezpieczne, wręcz śmiertelnie groźne – wejście nie po to, by się czegoś w tym względzie od Słowackiego uczyć, ale po to, by zmierzyć się z ciemnością, obrzydliwością, ohydą, a więc z wszystkimi „problemami”, które wydobywał w swoim pisaniu na wierzch, także wtedy, gdy – jak się wydaje – próbował przy pomocy ideologii i wizji nadać im spójność. Padanie na kolana przez Judytą – Matką Bożą zadżumionych, czy wyprowadzanie z monologów Adwokata koncepcji politycznych – jest taką samą ucieczką od myślenia jak recytowanie monologu na Mont Blanc na akademiach szkolnych. Przestańmy wreszcie uczyć się Słowackiego na pamięć i iść za nim jak za „duchowym przywódcą” – to zostawmy naiwnym wielbicielom Mickiewicza. Sami pozwólmy sobie wreszcie Słowackiego myśleć, a więc czynić – „przewalczać myślą” w taki sposób, w jaki on przewalczał Adama, a jego samego – Stanisław Wyspiański. Wydobądźmy się w końcu z tego trupiego i dziecinnego kultu „wielkich ojców” i potraktujmy ich tak, jak na to zasługują, czyli poważnie.

Poważnie potraktowany Słowacki to w moim nie tylko odczuciu, ale i doświadczeniu – osobistym i pedagogicznym – Słowacki nie zmuszany do udzielania spójnych odpowiedzi, ale raczej ktoś, kto poprzez problematyczność i energetyczną eksplozyjność tworzy przestrzeń przygotowanego doświadczenia. Jego dramaty są arcyperformatywne, bo stanowią zestaw elementów, których wykorzystanie pozostaje po stronie czyniącego: czytelnika, aktora, reżysera… Ten sposób myślenia – także w tym, co mnie samemu dane było o Słowackim pisać – niemal automatycznie prowadzi do twierdzeń typu: „to czytelnik ostatecznie tworzy dzieło, nadaje mu sens, porządkuje je i dopełnia”. Tymczasem, jak mi się dziś wydaje, sedno problematyki dramaturgii autora Mindowego tkwi w braku konieczności owego porządkowania kończącego się (do)tworzeniem „dzieła”, a więc całości spójnej i monosensownej. Sztuki Słowackiego składają się z eksplozji ładunków emocjonalno-intelektualno-poetyckich o niezwykłej sile rażenia, są osadzone wokół ośrodków energetycznych i sądzę, że ważniejsze i cenniejsze niż nadanie im spójnego znaczenia jest poddanie się (świadome!) całemu wirowi symboliczno-fantazmatycznemu, który owe eksplozje wzbijają.

Podobnie jak u Szekspira czytanego przez Wyspiańskiego – poprzez labirynt dramatu dociera się na skraj przepaści, by patrzeć w nią i myśleć. Nauczyliśmy się akceptować wielkość Szekspira jako dramatopisarza, a nie nauczyciela. Czy doprawdy tak trudno zrozumieć, że wielkość Słowackiego polega dokładnie na tym samym?

3

W dotychczasowej recepcji dramatopisarstwa Słowackiego wyróżnić można kilka fal, które wynosiły na szczyty pewne grupy utworów. W XIX w. najpopularniejszym był Mazepa , ale już krakowska premiera Kordiana wraz z patriotyczno-nonkonformistyczną legendą błyskawicznie doprowadziła do przyznania palmy pierwszeństwa właśnie jemu. Po 1945 na czoło wysunęła się nieznacznie Balladyna, wystawiana i interpretowana jako utwór ludowy i prodemokratyczny. Potem nadszedł czas tak zwanego Fantazego, współbrzmiącego z ironią „szyderców”, a później jeszcze uniwersytety (w mniejszym stopniu teatry) zachwyciły się tzw. dramatami mistycznymi (echa tej fali wciąż jeszcze słychać). Przy wszystkich różnicach między kolejnymi przypływami, każdy z nich przynosił określoną propozycję ideologiczną, określony spójny światopogląd artystyczny i pewną wizję samego twórcy jako wieszcza, polityka, ironisty, czy wizjonera.

Dziś ostatnia fala powoli opada i widać dość wyraźnie, że poza zasięgiem jej i niemal wszystkich wcześniejszych pozostały utwory najbardziej problematyczne, sprzeczne w sobie, „niedokończone”, niekiedy skandaliczne, albo wręcz – niedojrzałe. Niektóre z nich (tzw. Horsztyński, Agezylausz, ostatnio Beatrix Cenci) budzą już zainteresowanie, które zapowiada być może falę kolejną; inne wciąż traktowane są marginalnie. I właśnie ku takiemu marginalnemu dramatowi chciałbym się na koniec zwrócić, by pokazać, że jeśli fala, która się podnosi ma być nie falą spójnych interpretacji, ale odczytań/doświadczeń/zawirowań, jeśli zamiast akademii ma się rozpocząć prawdziwie twórcze, czyli radykalnie własne myślenie o i ze Słowackim, to właśnie w tym tekście znaleźć można problematyczną przestrzeń dla takich prób. Myślę o Mindowem.

Myślę zresztą nie od dziś. Kilka lat temu napisałem i opublikowałem interpretację „detektywistyczną”, znajdującą i wydobywającą „ukryty temat” debiutanckiej sztuki Juliusza. Nie będę tamtych wniosków powtarzał; kto ciekawy niech zajrzy . Dziś wydaje mi się, że choć „coś było na rzeczy”, to za bardzo zależało mi na pokazaniu siebie jako zdolnego deszyfranta, przez co uciekło to, co w spotkaniu z Mindowem podstawowe i pierwsze – konfuzja spowodowana z jednej strony jawnie wystawionymi szwami dramatycznymi, bezczelnie demonstrowanymi nieprawdopodobieństwami, a z drugiej – oślepiającym blaskiem kolejnych eksplozji, pomiędzy którymi ten dynamiczny scenariusz przebiega, dosłownie pochłaniając czas. W pierwszej reakcji dążyłem do tego, żeby ową gwałtowność ułagodzić, a konfuzję zastąpić dającym się pojąć i przekazać – rozumieniem. Z perspektywy czasu myślę, że to błąd, zaś to, co warte zrobienia – nie z powodów naukowych, nie dla napisania książki, stworzenia błyskotliwej egzegezy, czy popisania się – to wejście w wiry i poddanie się (wciąż w sposób kontrolowany, świadomy, wręcz eksperymentalno-laboratoryjny) ich działaniu.

Wirów i porohów w Mindowem jest całkiem sporo, ale najsilniejsze w moim odczuciu, kręcą się w dwóch wzajemnie się naśladujących scenach – pierwszej aktu II i pierwszej (i jedynej) aktu V. Obie są scenami śmiertelnych pułapek, kulminacjami ciągów intryg i zbrodni, których efekt stanowi rozpad uporządkowanego (nawet jeśli uporządkowanego w sposób tyrański i zbrodniczy) świata. W scenie z aktu drugiego rozpada się świat Aldony, co sama zaświadcza po chwili w przejmującym obrazie oddzielania się siebie od siebie (a. II, sc. 2, w. 236-243). W finale całości wszystkie postacie popadają w prostrację – nie są w stanie zrobić już nic poza powtarzaniem wcześniejszych gestów i słów, podejmowaniem rozpaczliwych prób ponownego scalenia siebie wokół tego, co naiwnie uważali za własne, a co wraz ze zmierzchem dramatu od nich odchodzi. „Obraz historyczny” rozpada się na jakieś oderwane, niemal Beckettowskie „fragmenty dramatyczne”, dojmująco wystawiające fikcję egzystencji wszystkich tych „osób”.

W obu scenach powraca niemal dokładnie ta sama sekwencja: Dowmunt podchodzi do swojej ukochanej a zabranej mu żony – Aldony i pyta, „czy ty mię znasz?”. Nie uzyskawszy odpowiedzi, oświetla swoją twarz lampą, oskarżając ją, że pali się zbyt ciemno i dlatego ukochana nie jest w stanie go rozpoznać. W obu też ta próba pozostaje nieskuteczna, wiodąc do chwili przerażenia, o której Dowmunt mówi, że „stoi przed oczyma/ I nie chce zniknąć, póki szczęście się rozpali/ Ta chwila wszystkie myśli nad przepaścią trzyma;/Ale nie wróci”.

Ku tej właśnie chwili ciągnie ciemny wir nadający dynamikę dramaturgii Słowackiego. Jego sztuka żywi się jądrem tego wiru, jest nim zafascynowana, a zarazem wie, że nie może mu się poddać. W tej walce i fascynacji pozostaje zawsze pomiędzy, nie ulega złudzie „życia” i nie popada w jego śmiertelność, a zarazem nie poddaje się tęsknocie za nicością, nie ulega pokusie, by dać się unieść.

Ta chwila, która przeraża Dowmunta chwila rozpadu porządku, który nazywamy życiem, wierząc, że jest „prawdziwe”, naturalne i dane nam bez naszej pomocy i zasługi, mnie także jawi się jako straszna, ale zarazem – nieunikniona. Dzięki Słowackiemu, jego poezji, jego dramatycznemu geniuszowi – mogę ją przebyć, spojrzeć w tę przepaść. Nie wiem, czy jestem w stanie rozpoznać jej nazwę, powiedzieć, że ją znam. Chyba nie – „lampa tak ciemno się pali”. Ale kiedy chwila ta wróci (a wróci, Dowmunt tylko się łudzi, że nie), chyba będę na nią już jakoś przygotowany.

Dariusz Kosiński – pracownik Katedry Dramatu Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego; autor licznych prac poświęconych interpretacjom dramatu oraz sztuce aktorskiej dziewiętnastego wieku. Organizator projektu „Teatra polskie – historie” (2007); stały współpracownik czasopism „Didaskalia” i „Dialog”; ostatnio wydał „Polski teatr przemiany” (2007).

1. W roku 1901 Mazepę uznano w specjalnym plebiscycie „Kuriera Warszawskiego” za najlepszy polski utwór dramatyczny mijającego stulecia. Gwoli ścisłości i rzetelności trzeba dodać, że w równoległej kategorii „najlepsza komedia” zwyciężyła Zemsta.
2. D. Kosiński, Sceny z życia dramatu, Kraków 2004.

Wydarzenie
Bez tytułu
Uwagi na stronie
Całopalenie
Po premierze
Twórca i tworzywo
Rozprzężenie sensu
Racja istnienia
Madame La Peste
Świat według Witkacego
Gogolewski w purpurze
Grzmoty i błyski
Śledztwo donikąd
Dyrektorzy
Stwarzanie gorzkich opowie [...]
Teatry narodowe
Sześć filarów Narodoweg [...]
Między wsią a światem
Arogancja i tradycja
Młody teatr narodowy
Klasykiem we współczesno [...]
Comedie italienne
Krajobraz po kryzysie
O zmierzchu
Po Tangu
Wyjść przez zamknięte d [...]
Opera
Nibelungowie w konwencji [...]
Lalki
Everyman w dresie
Teatr jednego aktora
Monowrażenia
Po jubileuszu
Lampa tak ciemno się pali [...]
Wbijanie złotych gwoździ [...]
Ukraina
Teatr Marii Matios
Nie daj Boże przeżyć ko [...]
Słodka Darusia
Kufer z książkami
Freud i Ameryka
Książki
Piękny rewanż
Upiór w teatrze

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone