16-07-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Maria Matios

We wsi nikt mądry nie mówi i nie daje Darusi cukierków: wszyscy wiedzą, że od słodyczy boli ją głowa i że zaczyna po nich wymiotować. Tak mocno, że następnego dnia nie zostaje w niej ani krztynki życia. I dochodzi do siebie przez tydzień, zupełnie jakby powracała z tamtego świata.

Darusia dwa dni nie wychodziła z chaty – tak bolała ją głowa, że nie mogła nawet patrzeć w sufit. Obwiązywała się chustkami, nakrywała poduszką i odwracała do ściany. Nie jadła, nie piła, nie wstawała do wychodka – tylko czekała, kiedy wreszcie pękną te żelazne obręcze, co ściskały jej głowę tak, jakby chciały ją całkiem zgnieść.

Maria kilka razy zaglądała do Darusi. W milczeniu stawiała na stole kankę mleka, odwijała chusty z Darusinej głowy i maściła ją borsuczym sadłem. Na to kładła liść kapusty, na liść – kłaczek niewyparzonej wełny i znowu wszystko zawiązywała białą chusteczką.

Darusia, zwiędła, całkiem bez sił, skurczona, w milczeniu dawała sobą obracać jak dziecko, a potem siadała i trzymała głowę w kolanach, a Maria chłodnymi dłońmi masowała jej ciemię. Słowa nie miała siły powiedzieć. Głowę znosiło jej gdzieś tak daleko, że Darusia coraz mocniej trzymała ją obiema rękami, jakby broniąc się przed złodziejem. Gdyby ten złodziej był na tyle dobry, żeby zawołać jakiegoś rzeźnika, a choćby Semena, którego ludzie biorą do zarzynania świń, i gdyby ten Semen wyciął ból z Darusinej głowy, to byłaby ona szczęśliwa i może nareszcie coś powiedziała.

Ale złodzieja ani widać, tylko ostry, nieznośny ból kuje ciemię – i Darusia w takiej chwili z rozpaczy dałaby sobie głowę uciąć. Nie ma już siły znosić tych niekończących się mąk. Nie ma już nawet siły słuchać cichego płaczu Marii, która siedzi za stołem i pociąga nosem. Lepiej by już poszła do swego Sławka, czy gdzie tam chce, niż mordowała ją tym swoim chlipaniem. Dla Darusi brzmi ono jak uderzenia młota w cygańskiej kuźni. Wciska się więc w ścianę, pragnąc tylko ciszy i spokoju.

Działo się tak za każdym razem, gdy dopadał ją ból. Maria trochę popłakała, zaszemrała pod nosem i szła do siebie, a Darusia zostawała z rozerwaną bólem głową w pustej chacie. Aż nagle coś uderzało ją nożem w serce – wtedy wstawała i szła, dokąd oczy poniosą.

...Tym razem poniosły ją do rzeki. Darusia weszła do wody po kolana – i od razu poczuła, jak jej się robi lepiej. Zimna woda przepływała przez nią gdzieś aż za kraj nieba, a Darusia z zamkniętymi oczami kiwała się z boku na bok i czuła, jak puszczają obręcze, które dwie doby ściskały jej głowę. Trzaskały, gdzieś tam, w środku, tak głośno, że – zdawałoby się – zaraz sypną iskrami w wodę. Ale Darusia nie otwierała oczu, wiedząc, że gdy tylko to zrobi – obręcze znów uwiją gniazdo w jej biednej głowie, jak gadzina, która przed świętem

Podwyższenia mości norę na zimę.

Kiedy boli ją głowa, Darusia musi wejść po pas do rzeki. Inaczej ból posieka ją na drobne kawałki. Dobrze, kiedy jest lato i ciepła woda. Wtedy nikt jej nie broni tego robić. Jak nastają chłody, włazi do wody tylko po kolana. Im chłodniejsza woda, tym szybciej ból opuszcza Darusię.

Gdy po raz pierwszy po kilkudniowym napadzie bólu coś podpowiedziało jej, że trzeba szukać zimnej wody, Darusia najpierw długo wpatrywała się w studnię na podwórku. Ale do wody było daleko, a długiej drabiny nie miała. Ta do kurnika dawno zgniła i dna nie sięgnie. I wtedy Darusia, trzymając obiema rękami głowę tak, jakby chciała się jej stoczyć z karku, poczłapała do rzeki, strasząc chwiejnym, pijackim krokiem baby w sadach i ogrodach. Ledwo bose nogi zamoczyła w wodzie, a już zbiegło się chyba z pół wsi.

– Matko Przenajświętsza! Toż ona chce się topić! Wiążcie ją, Maryjko, ona tylko wam da podejść! – krzyczała z brzegu złodziejka Warwara do Darusinej sąsiadki, machając skręconym sznurem od bielizny.

Maria długo przyglądała się, jak Darusia z zamkniętymi oczami, zanurzona po piersi w lodowatej wodzie, kiwała się z boku na bok, wreszcie cicho odrzekła:

– Zostawmy ją... Niczego sobie nie zrobi. Będzie tak, jak Bóg zechce. Nie trzeba jej wiązać, Warwaro. Lepiej zawiąż sobie język tym sznurem... Wracajcie do chat, baby. Trochę posiedzę przy słodkiej Darusi i też zaraz pójdę do swego durnia...

OD TEGO CZASU nikt więcej nie oprowadzał Darusi do rzeki. Pewnie i sama by tu nie chodziła, chyba tylko, by opłukać pranie. Ale pranie praniem, a głowa – rzecz ważniejsza. Więc, jak tylko w czasie napadu bólu coś ją zganiało z łóżka, szła do rzeki i nikt już więcej nie trzymał jej za ręce. Jedynie baby patrzyły się za nią, przyłożywszy dłonie do czoła, albo jakiś dzieciak podśmiewał się cicho: „Patrzcie, słodka Darusia znów się idzie kąpać”. Za co dostawał szturchańca od innego dzieciaka, trochę mądrzejszego od siebie.

Dobrze, jeśli rzeka nie była zamarznięta. Ale, gdy po raz pierwszy Darusia weszła na lód, a on nie pękł, chciała przebić go głową. Musiała wejść do zimnej wody, nawet jeśli to kosztowałoby ją życie. Klęknęła, uderzyła czołem raz-drugi o lód – i cicho zaskowyczała: lód był twardy i nie poddawał się. Darusia tupała bosymi stopami po zmarzniętej posadzce rzeki, osłabionymi kilkudniowym leżeniem nogami międliła lód, jakby miesiła glinę, i załamywała z rozpaczy ręce.

Aż tu skądyś, jakby szedł za nią, zjawił się Mariowy Sławko. I Darusię od razu przestała boleć głowa: Sławko był trzeźwy. Miała wrażenie, że nigdy w życiu – no, może w dzieciństwie widziała Sławka trzeźwego, a teraz szedł prościutko do niej na środek rzeki i wyciągał trzęsącą się rękę. Zawsze z ustami pełnymi słów, tym razem milczał jak niemowa.
Darusia także wyciągnęła do niego dłoń.

I tak szli wzdłuż brzegu, z wyciągniętymi do siebie rękami, jak do ślubu albo na postronku. Sławko nie odezwał się nie tylko złym, ale w ogóle żadnym słowem, i Darusia grzecznie szła za nim, nie czując zimowego chłodu.

Sławko przyprowadził Darusię do wiejskiej ciepliczki. Niewielkie, prawie okrągłe jeziorko z garstką malutkich fontann, które niezmordowanie wybijały spod ziemi, ukryte było za częstokołem przybrzeżnych bezlistnych wierzb. Czysta woda pulsowała przed oczami Darusi, a ona bezwstydnie podwinęła spódnicę do pępka i weszła w gęste bulgotanie.

Gdy wyszła na brzeg, Sławka już nie było. Ale sama znała drogę do domu.

...NO I WŁAŚNIE stoi Darusia w zimnej jesiennej kąpieli i walczy z gwoździami wbitymi w głowę jakimś ciężkim, bezlitosnym młotem. Mija chwila i czarne żelazo bólu w końcu spada na dno rzeki. Darusia zdejmuje jedną chusteczkę z głowy, kładzie ją na kamieniu i siada. Jej bose kostki nadal oblewa czyściutka, przejrzysta woda. Czuje, jak robi się jej lepiej. Szum rzeki do reszty uspokaja Darusię – i powraca ona do swego niekończącego się myślenia.

Ona nie potrafi nie myśleć. Może dlatego, że nie ma z kim słowa zamienić, choć przecież nie jest niema. Więc nieprzerwanie myśli. Ot tak, o wszystkim na tym świecie – i od tego ją zawsze boli głowa.

... Darusia dziwi się, czemu nikt nie wiąże Sławka, kiedy upije się i rozrabia na pół wsi. Na Wielkanoc tak się spił, że chciał stodołę z dymem puścić, a potem niebieski płomień poszedł mu z ust.

Maria z gołą głową biegała po sąsiadach z krzykiem i płaczem: „Ludzie dobrzy, ratujcie! Chrystus zmartwychwstał! Sławko umiera!”
(...)

Darusi zrobiło się żal Sławka, że za durne może przyjdzie mu sczeznąć i wieczorem przyniosła ostatnie czerwone jabłko ze swojej piwnicy. W milczeniu podała je Marii, na co jej mąż westchnął:
– Ludzie z pisankami do innych przychodzą, a słodka Darusia ostatnie jabłko przyniosła przeklętemu pijanicy.

Maria siedziała na krześle u wezgłowia łóżka, na którym leżał i rzęził spod narzuconej kufajki jej syn. I trzymała głowę tak samo, jak trzyma ją Darusia, gdy ma napad bólu, i kiwała się tak samo, jak to robi Darusia, gdy rozrywają ją przerdzewiałe obręcze.

I które z nich jest teraz głupie – Maria czy jej syn, czy może oboje. Darusia naprawdę nie wie.

Idzie więc sobie nad rzekę, siada na brzegu na zielonej trawce, która prosi się już do słoneczka, i patrzy w wodę. Dziś nie boli jej głowa. Dziś Wielkanoc i Darusia wcisnęła się w stareńkie, ale ciągle odświętne trzewiki. Już jutro odłoży je do następnej Wielkanocy i będzie chodziła boso, aż nie zamarznie rzeka. A gdy zamarznie – Darusia wzuje tatowe walonki.

Kiedy chodzi boso, ból ją mniej męczy. Czasem nawet kopie po środku ogrodu dół aż do pasa, wchodzi do niego, okrywa się czarną, żywą derką, która łaskocze ciało porwanymi korzeniami, czerwiami i zbutwiałymi liśćmi, - i tak godzinami niby to stoi, niby to siedzi w żywej ziemi. Ziemia wyciąga ból i daje jej soki. Wędrują one poprzez ciało, jak poprzez pień drzewa, aż do samej głowy. I Darusia znów czuje w sobie siłę, wcześniej zduszoną w głowie przez rozżarzone żelazo bólu, które teraz wyłazi z niej, zdawałoby się, nawet uszami i skórą.

...Któregoś dnia wezwano Iwana do rady wiejskiej.

Nadęty przewodniczący wylewał się zza stołu, jak z niskiego garnka kulesza.

Dzielnicowy Stepan raz po raz poklepywał kaburę na spodniach, jakby sprawdzał, czy broń jest na miejscu.

A pod ścianą, nisko schyliwszy głowę nad papierami, siedziała sekretarka Dysia, nieustannie pociągając zakatarzonym w środku lata nosem.

Przewodniczący postukał palcem po stole, podkręcił wąsa tak, jakby chciał z niego zwinąć papierosa, i patrząc poprzez Iwana, spytał:
– No więc, co tam u was po nocach się odbywa?

Iwan stał przy samych drzwiach i miął kapelusz. Powiedzieć, że był przestraszony, nie można. Ale, że był spokojny – tym bardziej nie można. Oczywiście myślał, ale myślał powoli.

Długie Iwanowe myślenie nie dziwiło tych, co to właśnie mieli zamiar go przesłuchiwać: Ćwieka w radzie wiejskiej zaliczano do durnowatych, bo oprócz tego, że do durnej Darusi przystał, to i jeszcze drumle robił z takim zapałem, z jakim normalni ludzie latem robią siano, a zimą dzieci. Mówił zawsze głośno – słychać aż na drugim końcu wsi – i łatwiej było znieść splunięcie w oczy, niż słuchać tego gadania... Ach, Boże Święty! Miał tyle oznak durnowatości, że można byłoby się z nim nie certolić. Ale władza radziecka jest sprawiedliwa: dla niej wszyscy są równi. I w oczach prawa też wszyscy równi. Wśród ludzi Ćwiek jest durny, ale zaświadczenia z psychiatryka nie ma. Tak więc prawo dla niego jest takie same, jak dla wszystkich. O tak!

...Iwan nie znał systemu Stanisławskiego, ale milczał długo. Dłużej, niż milczy się w ostatniej scenie “Rewizora”. Następnie siadł na przeciwko przewodniczącego, przechylił się przez stół – i cicho, jak nie on, bardzo cicho, zatrajkotał przyrosłym językiem:
– Powiedzcie mi, panie przewodniczący, na co ja wam jestem potrzebny w radzie wiejskiej? Wy myślicie, że ja nie mam rozumu, a ja tylko szczęścia nie mam. Ale ja u niczyjej szyi nie wiszę... nikogo nie ograbiłem, okien nie wybiłem, we wsi nie narozrabiałem, dziewki żadnej nie uwiodłem. Mam prawie pięćdziesiątkę na karku. Do wojska brać mnie nie będziecie... więc nie ma powodu, by mnie do rady wiejskiej wołać. A swojej chaty nie mam, bo tacy mądrzy jesteście i wasza władza taka mądra, żeby zabrać maminą chatę, kiedy mama umarła, jak ją na MGB pobili, a mnie po ludziach puścić.
– To nie na temat, Iwanie! - przerwał mu Stepan. - Nie myśmy bili twoją mamę i nie my chatę zabieraliśmy.
– Tacy jak wy zabrali... A człowieka można bić nie tylko kijem! To jest na temat. Czegoście mnie tu wezwali?! Widać, nie macie we wsi roboty, skoro się kalek czepiacie. Mówcie więc szybko, czego ode mnie chcecie, bo robota w gospodarstwie na mnie czeka. Wam furami-wozami wszystko do chaty wożą z kołchozu, a ja pracuję własnymi rękami, aby wykarmić siebie i sierotę Darusię wykarmić.

Burak ugotowany na barszcz nie jest tak czerwony, jak czerwona była twarz przewodniczącego rady wiejskiej:
– Co ty tu, durniu, językiem mielesz?! Zaraz ciebie na 15 dni do aresztu wsadzimy – tam sobie poopowiadasz...
– Co sobie poopowiadam – to poopowiadam... O tobie, Stepanie, poopowiadam, jak ty pijany za obcymi kobietami z rewolwerem biegasz... i jak twoja żona bimber pędzi z kołchoźnianego cukru... możesz się nie obawiać, Iwan wszystko opowie... - poderwał się z krzesła i szurnął nim pod same drzwi. – Czego, buhaje, od nas chcecie? Mówcie szybko, bo ja jestem durny – mogę tym krzesłem po głowie prasnąć!

Przewodniczący z dzielnicowym poczochrali się po potylicach, wyprowadzili sekretarkę i stanęli przed Iwanem, gotowi do boju. Mówili po kolei, mając nadzieję na skuteczność ataku psychologicznego:
– Pytamy ciebie jeszcze raz: co się tam w waszej chacie nocami odbywa, że ludzie skarżą się i chcą, by wasze zachowanie omówić na sesji rady wiejskiej?
– Chata stoi przy drodze – ludzie nie są głusi.
– Wszystko, co się we wsi złego dzieje, jest z tobą, Iwanie, związane.
– Dopóki ciebie nie było – Darusia była normalna. Spokojnie zakopywała się w ziemi...
– Grusze obwiązywała...
– I z psami po wsi łaziła...
– A teraz przestała już chodzić na cmentarz... Taty nie odwiedza.
– Słucha twojej drumli i psy do chaty po nocach zbiera.
– …Poszedłbyś, Iwanie, z naszej wsi.

Iwan prysnął śliną w twarz jednego i drugiego, ale żaden z nich jakoś nie zaczął się wycierać:
– Wiecie co? Jak zechcę, to i umrę w waszej wsi, i będziecie musieli mnie tu pochować. I nie wasza psia sprawa, co się w cudzej chacie odbywa nocami. Odbywa się to, co trzeba. Dajcie ludziom spokojnie żyć chociaż w ich ścianach!
– Spokojnie, Iwanie, będzie na tamtym świecie. A póki co my tu władza – musimy wiedzieć o wszystkim.
– A ja sram na tę waszą władzę, co ludziom pod kołdry zagląda! A jak zaczepicie choć słowem Darusię – łby wam pourywam, jak psom parszywym, choćbym miał potem zgnić w kryminale...
...No, więc zabrali Ćwieka na piętnaście dni do rejonu. Po pierwsze: za stawianie oporu władzy i jej oficjalnemu przedstawicielowi podczas wykonywania przez niego obowiązków służbowych, po drugie: za próbę odebrania broni dzielnicowemu milicjantowi, i po trzecie: używanie słów powszechnie uważanych za wulgarne, obrazę czci i godności obecnych podczas konfliktu w pomieszczeniu rady wiejskiej. Data. Podpisy. Koniec protokołu.

Hajda, Iwanie, żebyś nie był taki mądry wśród rozumnych.

Ogolili w rejonie Iwana na zero, zamiast drumli dali do ręki miotłę. I poszedł Ćwiek zamiatać ulice. Padał deszcz, zmywał pył, a Iwan dalej zamiatał rozbitą, nigdy nie asfaltowaną drogę. Z autobusów i samochodów kręcono mu palcem przy skroni, bo była to głupota nad głupotami, by tu, w górach, robić coś takiego.

A Iwan meldował codziennie, co wykonał i odliczał dni do końca swych mąk piekielnych.

Pod deszczem rozlazły się jego nędzne spodnie i świeciła dziurami stara-stara koszulina, jeszcze zdaje się, po Darusinym tacie, którą znalazł w szopie. I przed wyjściem do domu zmartwił się Ćwiek nie na żarty: w czym on się pokaże Darusi na oczy?

Ale wszędzie trafiają się dobrzy ludzie. Nawet w komendzie rejonowej milicji.

Sierżant, który przez całe piętnaście dni pilnował aresztowanego, dał Iwanowi swoje – prawie nowe – wojskowe odzienie: ciemno zielone bryczesy z troczkami wokół kostek, szeroki pas i taką samą zieloną koszulę z błyszczącymi guzikami. Brakowało chyba tylko oficerek i kaszkietu. Ale Iwan był i tak niewymownie szczęśliwy za tyle dobra.

Otóż, jak tylko otworzyły się przed nim drzwi celi, szybko przebrał się. Dobrze wyczyściwszy swój brązowy kapelusz i łatane-cerowane kapcie, wsiadł do autobusu na Czeremoszne i po raz pierwszy od wielu dni wziął do ust drumlę.

Od dworca autobusowego do Darusinego domu szedł, grając na drumli.

...Kiedy biedna Darusia zobaczyła Iwana przy furtce, jakoś dziwnie wywróciła oczami i cicho osunęła się wprost na zakurzoną ziemię.

W czasie, gdy Iwan polewał Darusię wodą i zanosił do chaty, przybiegła Maria. Chlipiąc załamywała ręce, a potem lamentując, biła się pięściami po głowie:
– Ojoj, Iwanie... Iwanie... nie trzeba było tego robić.. ojojoj... nie trzeba było.

Ogłupiały Iwan trząsł na podwórku Marią i wył, jak buhaj, którego nie puszczają do krowy:
– Czego nie trzeba było robić, Mario?! Czego? Mów!

Maria płakała i kiwała głową, a potem uciekła do chaty.

...ATAK migreny trwał u Darusi tym razem od drugiej Bogurodzicy, czyli od 21 września, aż do Pokrowy. W tym czasie bardzo zmarniała i poczerniała, pokryła się jakimiś drobnymi ranami.

Kiedy mogła usiąść, biła głową w ścianę, tak że Iwan musiał siedzieć cały czas przy niej i trzymać za ręce.

Niczego nie jadła prócz suchego chleba i wody, na Iwana ani razu nie spojrzała, a obwiązywać głowę pozwalała tylko Marii. Leżała odwrócona do ściany z zawiązanymi przez oczy chustkami i bez przerwy mięła rożek koca.

Iwan nosił Darusię na rękach, jak dziecko, do ciepliczki. Trzymał pod pachami w wodzie – ale jej nie robiło się lepiej.

On jej podpalał i przygaszał ogień.
Kropił pościel wodą święconą.
Przyprowadzał księdza i wiejskiego felczera.
A Darusia leżała nie reagując ani na światło, ani na dźwięk – tyle tylko, że ciągle żyła.
– Czuje moje serce, Iwanie, że musisz stąd iść... – jakoś smutnie powiedziała Maria. -Żal mi ciebie, ale tyś nie winien...
– Sam widzę... Ale kto winien, Mario? – płakał, nie wstydząc się tego, Iwan i wysmarkał się w brzeg swojej starej koszuli, w której kiedyś rąbał u Marii drwa i w której przyszedł do Darusi.
– Dola, Iwanie, i ludzie. I nikt więcej.

1. Matki Bożej Opiekunki (przyp. tłum.)

tłum. Anna Korzeniowska-Bihun


Maria Matios – ukraińska poetka i pisarka. Zwyciężczyni konkursu „Książka roku 2004” i laureatka Państwowej Nagrody im. Tarasa Szewczenki z 2005 roku (oba laury za powieść Słodka Darusia). Jest autorką pierwszej we współczesnej ukraińskiej literaturze książki zawierającej przepisy kulinarne (Bankiet u Marii Matios) i kontrowersyjnej Powieści bulwarowej. Krytyka nazywa ją zarówno „diabełkiem, który wyskoczył z tabakierki”, jak i „wielką damą ukraińskiej literatury”. W swej twórczości wykorzystuje unikalne doświadczenia własnej rodziny, której korzenie sięgają 1790 roku.

Wydarzenie
Bez tytułu
Uwagi na stronie
Całopalenie
Po premierze
Twórca i tworzywo
Rozprzężenie sensu
Racja istnienia
Madame La Peste
Świat według Witkacego
Gogolewski w purpurze
Grzmoty i błyski
Śledztwo donikąd
Dyrektorzy
Stwarzanie gorzkich opowie [...]
Teatry narodowe
Sześć filarów Narodoweg [...]
Między wsią a światem
Arogancja i tradycja
Młody teatr narodowy
Klasykiem we współczesno [...]
Comedie italienne
Krajobraz po kryzysie
O zmierzchu
Po Tangu
Wyjść przez zamknięte d [...]
Opera
Nibelungowie w konwencji [...]
Lalki
Everyman w dresie
Teatr jednego aktora
Monowrażenia
Po jubileuszu
Lampa tak ciemno się pali [...]
Wbijanie złotych gwoździ [...]
Ukraina
Teatr Marii Matios
Nie daj Boże przeżyć ko [...]
Słodka Darusia
Kufer z książkami
Freud i Ameryka
Książki
Piękny rewanż
Upiór w teatrze

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone