25-05-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Tomasz Różycki

Nie, nie porwę się na ten temat. Wymaga on przecież jakiejś wielotomowej, ilustrowanej monografii, śledzącej jeden z bardziej fascynujących wątków w historii Stanów Zjednoczonych, a pewnie i Kanady. Ale dołożę do tej niezbudowanej jeszcze budowli kilka cegiełek. Zajmę się wierszami tworzącymi cykl zatytułowany The Dream Songs, napisanymi przez jednego z bardziej utalentowanych i interesujących amerykańskich poetów ostatniego stulecia, owianego „czarną legendą samobójcy”: Johna Berrymana. John Haffenden, brytyjski biograf poety, nie żartuje bowiem udowadniając, że pośród takich Ojców Założycieli jak George Washington i Franklin to właśnie Zygmunt Freud powinien figurować na którymś z nominałów szarych i zielonych banknotów. I to wcale nie najniższym.

Droga Berrymana do The Dream Songs była zawikłana, bo każde życiowe zdarzenie ma swoje oczywiste i nieoczywiste przyczyny i nawet bardzo krótkie życie dostarcza materiałów na długie i skomplikowane analizy. Biografie podobne są do tekstów dramatycznych. Z tragedii biorą początkową, ponurą przepowiednię, mówiącą o kolejnych życiowych osiągnięciach i nieuchronnej śmierci niszczącej wszelkie usiłowania. Fatum ciąży nad bohaterem, który miota się wśród innych ludzi, zanim nie dosięgnie go ręka bogów. Z dramatu pochodzi też nieprzewidywalność wybranych sekwencji życia. W ich ramach dzieją się rzeczy nieprawdopodobne i cudowne – Akademia Francuska zganiłaby autora takiej tragedii za uchybienia wiarygodności i odebrałaby jego sztuce miano tragedii klasycznej. Ale czyste gatunki nie istnieją, bo czystość gatunku to śmierć a nie życie.

Zawsze podziwiam autora biografii dzielącego życie swojego bohatera na akty i nadającego odpowiadającym im rozdziałom tytuły. Zgoda, pewne wydarzenia coś otwierają i zamykają. Wypadek, choroba, narodziny dziecka, małżeństwo, wyjazd to zawsze dobry moment, aby skończyć jakiś rozdział i rozpocząć następny. Prawdziwy biograf opiera się wiec na wydarzeniach, bo to one są treścią jego książki i one organizują mu tok narracji. Prawdziwy biograf lubi wydarzenia, bez nich książka jest dość nudnym ciągiem opisów raczej stanów niż zmian. Bez nich narracja musi zmierzyć się z czymś, co nie poddaje się opisowi – z egzystencją.

Wracam jednak do Berrymana. Od momentu samobójczej i niewyjaśnionej (jak każde samobójstwo) śmierci ojca, która była wstrząsem jego dzieciństwa, zapiski poety w formie dziennika oraz listy (głównie do matki) przybierają postać coraz uporczywszej autoanalizy. Za każdym razem motywy działań poddawane są w nich starannemu przeglądowi. Każdy gest ma dla poety jakieś symboliczne znaczenie! W jego listach roi się też od przymiotników charakteryzujących napotkane przez Berrymana osoby i opisujących rodzaj relacji, jakie się między nimi wywiązały. Także matka uprawia psychoanalizę dla swoich celów, manipulując emocjami syna i histerycznie eksponując własną osobę. Jej listy są pełne dociekań i ocen zachowania – rozpamiętywanie motywów i skutków poszczególnych scen to jej specjalność. Podobnie świadkowie wydarzeń, towarzysze życia poety, przywoływani czasem na katedrę przez biografa szukającego obiektywności – oni także zastanawiają się, jak nazwać swoje emocje. Wszyscy, z biografem na czele, przeszli analizę u własnego terapeuty i wiedzą, jak reagować, ku czemu się zwracać, o co pytać.

Berryman dostaje pracę na Uniwersytecie w Minneapolis w Minnesocie. Tam zaczyna poddawać analizie również własne sny, usiłując odnaleźć w nich odpowiedź na dręczące go problemy i oswoić koszmary. Jest przy tym egzaltowany, egotyczny, drażliwy na swoim punkcie, błyskotliwy, zabawny, szalony, erudycyjny, gwałtowny, genialny i infantylny. Dokładnie tak, jak większość poetów. Dręczony ciągłą depresją i megalomanią, niedoceniany i nie wierzący we własne siły, a równocześnie przepełniony – diabelską, jak mówią – pychą. Ma za sobą dwa nieudane małżeństwa, a przed sobą trzecie. Wkrótce też przylgnie do niego łatka konfesyjnego poety, przeciw której będzie się oczywiście buntował. Bo też konfesyjność ta, jeśli się jej przyjrzeć bliżej, nie jest wcale wyznaniem. Uderzony emocją i sennymi obrazami, które raczej zamazują niż tłumacza obraz życia Berrymana, czytelnik jego wierszy ma przede wszystkim do czynienia z dziełem sztuki, a nie z wyznaniem pacjenta, spowiedzią grzesznika, zwierzeniem kumpla (choć tym wszystkim również po trosze jest, może być, zgódźmy się, literatura). Berryman nie opowiada bowiem o tym co mu się wydarzyło z dnia na dzień – on opowiada o tym, jak przeżył te wydarzenia jego bohater, Henry, wymyślona persona, w którą – niczym w figurkę woodoo – można wcielić własne lęki i nadzieje. Tym bardziej, że nie ma już prostego dostępu do samego siebie („niemożliwa jest niewinność i równoczesna wiedza o niej”), a każda droga wiedzie poprzez piwnice psychoanalizy i podświadomości.

The Dream Songs są więc terapią i zaklinaniem dokonywaną na niejakim Henrym, noszącym cechy Berrymana po to, by samemu się leczyć i zaklinać. Ale, i to pozostaje najważniejsze, są również dziełem poetyckim, kreacją. Po tomach Poems, The DispossessedHommage to Mistress Brandstreet, The Dream Songs są największym dziełem poety – dzięki nim stanie się on sławny. Wiersze te, jak chce krytyka, „dotykają egzystencjalnych i duchowych rozterek przeciętnego Amerykanina.” Ale przeciętny Amerykanin musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to naprawdę poezja o nim.

Pieśń 29

Raz Henremu na sercu usiadła rzecz
tak ciężka, że gdyby nawet miał sto lat
i więcej i szlochać i nie spać, przez cały ten czas
Henry nie dałby sobie rady.
Znów zaczyna skądś dobiegać go
ten kaszelek, zapach, dzwonu dźwięk.

I jest jeszcze inna rzecz o której myśli,
jak groźna sieneńska twarz patrząca z wyrzutem,
którego nie da rady zatrzeć nawet tysiąc lat. Upiornie,
z otwartymi oczyma, czeka, ślepy.
Wszystkie dzwony mówią: za późno. Na nic łzy,
dumanie.

Lecz nigdy Henry, choć myślał, że tak,
z żadną nie skończył i nie poćwiartował ciała,
nie ukrył kawałków w oczywistym miejscu.
To wie: policzył wszystkich i nikogo nie brakuje.
Często o świcie sprawdza, czy są wszyscy.
Nigdy nikogo nie brakuje.

Wydarzenie
Bez tytułu
Uwagi na stronie
Całopalenie
Po premierze
Twórca i tworzywo
Rozprzężenie sensu
Racja istnienia
Madame La Peste
Świat według Witkacego
Gogolewski w purpurze
Grzmoty i błyski
Śledztwo donikąd
Dyrektorzy
Stwarzanie gorzkich opowie [...]
Teatry narodowe
Sześć filarów Narodoweg [...]
Między wsią a światem
Arogancja i tradycja
Młody teatr narodowy
Klasykiem we współczesno [...]
Comedie italienne
Krajobraz po kryzysie
O zmierzchu
Po Tangu
Wyjść przez zamknięte d [...]
Opera
Nibelungowie w konwencji [...]
Lalki
Everyman w dresie
Teatr jednego aktora
Monowrażenia
Po jubileuszu
Lampa tak ciemno się pali [...]
Wbijanie złotych gwoździ [...]
Ukraina
Teatr Marii Matios
Nie daj Boże przeżyć ko [...]
Słodka Darusia
Kufer z książkami
Freud i Ameryka
Książki
Piękny rewanż
Upiór w teatrze

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone