21-07-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Radosław Okulicz - Kozaryn

Przez pogranicze jawy i snu mknie ekspres Continental w słynnym Demonie ruchu Stefana Grabińskiego. Bohater tej kolejowej opowieści niesamowitej z 1919 roku – eskapista i metafizyczny awanturnik „w drodze z Paryża do Madrytu” – duma półsennie nad książką zatytułowaną Wichrowate linie.

Na zewnątrz wydostaje się też pragnienie ułudy, którego oddziaływaniu z „najgłębszą tkliwością” oddawał się stacyjny urzędnik Józio Pełka w Marzycielu Władysława Reymonta, znakomitym szkicu powieściowym z roku 1908. On też, niczym pan Pichoń z opowiadania Romana Jaworskiego Trzecia godzina z tego samego roku, ślęczy nad mapami, godzinami studiuje bedekery i albumy, a choć w końcu pali je wszystkie, to i tak zew lepszego świata okazuje się silniejszy. Pełka defrauduje kasę i wyrusza w katastrofalną podróż do Paryża. Moc marzenia okazuje się złowroga.

Jawnym marzycielem jest również narrator Zepsutego ornamentu Jaworskiego, noweli z 1907 roku, która wraz z Trzecią godziną i czterema jeszcze innymi opowiadaniami weszła w skład o trzy lata późniejszego tomu – Historii maniaków. Na stacji kolejowej zaczyna on z nudów roić o katastrofie pociągu, czym niejako zaraża współpodróżnych, współoczekujących, współmarzycieli. Słowem – czytelników.

We wszystkich tych utworach dochodzi do – tak częstego w literaturze przełomu wieków – konfliktu imaginacji z rzeczywistością, a pociąg, jeden z najważniejszych, tryumfalnych symboli na wskroś racjonalnej, technokratycznej cywilizacji, zwraca się niejako przeciwko niej, służy prawdziwej czy też wyimaginowanej ucieczce z nieznośnie normalnego świata i staje się wehikułem marzenia. Ale maszyna w roli sojusznika ludzkiej wrażliwości nie zasługuje na zaufanie – prędzej czy później więc nastąpi powtórne zderzenie iluzji z rzeczywistością, klęska dotkliwsza niż dotychczasowe, okupiona ofiarą życia, a w najlepszym razie druzgocącym rozczarowaniem. W perspektywie widać już katastrofę ostateczną, przegraną tego, co człowiecze, co tak człowiecze, że aż boskie: nieuwarunkowane, nieprzewidywalne, twórcze.

W Zepsutym ornamencie po raz pierwszy zaznacza się indywidualny rys twórczości Romana Jaworskiego, cecha, która najpełniej objawi się w dziełach ukończonych w połowie lat dwudziestych: w dramacie Hamlet wtóry. Królewic wszechświata oraz w powieści Wesele hrabiego Orgaza – zapisie rozgrywki toczonej między amerykańskimi miliarderami: śmiertelnie znudzonym kolekcjonerem Havemeyerem, gromadzącym w swym ręku kulturalne zasoby ludzkości, a jego ekstrawertycznym konkurentem Yetmeyerem, próbującym nadać im nowy wyraz i tym samym uchronić ród ludzki od śmierci z kulturalnego wyziębienia. Przeczucie katastrofy przeradza się w jej coraz ostrzejszą świadomość. Akcja dramatu toczy się podczas rozruchów rewolucyjnych, w Polsce dopiero co odrodzonej, a już ulegającej wpływom różnych agentur, naporowi tendencji amerykanizacyjnych i zakusom na całkowite upartyjnienie życia zbiorowego. Powieść z kolei dotyczy beznadziejnych prób ratowania cywilizacji europejskiej, „przymusowego cucenia omdlałych dziejów”. Nie jest przy tym pewne, czy kres Zachodu dopiero się zbliża, czy też przypadkiem już nie nastąpił. Każda bowiem ozdrowieńcza idea ma w powieści Jaworskiego merkantylne podłoże, wskutek czego jest martwa już w zarodku.

Trzeba jednak zaznaczyć, że katastrofizm ten, choć pisarz, okresowo trudniący się dziennikarką, pożywkę dla swych lęków znajduje również w obserwacji otoczenia, nie wynika tylko z analizy przeszłych i aktualnych wypadków ani z powziętych wcześniej przekonań, ale też, a kto wie, czy nie przede wszystkim, z usytuowania autorskiego „ja” na przecięciu wielu rozbieżnych sił. Ma charakter zdecydowanie introwertyczny. Mówi najpierw o zagładzie świata wewnętrznego, miażdżonego przez bezduszne okoliczności, a dopiero potem o śmierci cywilizacji, ginącej z braku prawdziwie twórczej, czyli wolnej myśli.

Całe dojrzałe pisarstwo Jaworskiego rozgrywa się – zgodnie z formułą wielokrotnie przez niego powtarzaną i odmienianą – na „pograniczu dwóch rzeczywistości”: idei i ich wcieleń, snu i jawy, marzenia i doświadczenia, czy też – jak chciałoby się powiedzieć pomimo anachroniczności tych kategorii – Ducha i materii; dzieło Jaworskiego to też groteskowe Dziady (dzięki wskrzeszaniu bohaterów z płócien: Theotokopulosa, Orgaza i kardynała de Guevary, oraz dzięki odniesieniom misteryjnym) i, rzecz ewidentna, Wesele, co uwidacznia się w tytule, a potwierdza we współistnieniu zjaw i osobliwych bohaterów z kluczem: baletmistrza Podrygałowa będącego sui Genesis odpowiednikiem Siergieja Diagilewa, Havemeyera noszącego nazwisko kolekcjonera amerykańskiego, zbieracza płócien El Greca, czy też Piosia hrabiego Majcherka wyposażonego w rysy przyjaciela Jaworskiego, polityka i pisarza, Piotra Dunin-Borkowskiego. To misterium wszelako ma być odegrane nie z wiary, ale w celu jej wskrzeszenia, a pomiędzy fantomami o różnym ciężarze ontologicznym najbardziej trzeźwy, sceptyczny i najbliższy postawie autora okazuje się kot Omar, zniesmaczony bezguściem opanowującym ludzkość.

W przestrzeni pośredniej między rzeczywistościami zjawiska są kapryśne, a linie zdarzeń „zwichrowane”. Łączą się one ze sobą według dziwnej logiki, która dopuszcza ukazanie się dowolnego elementu w dowolnym miejscu, nie pozostawiając jednak tego przypadkowi. Przedmioty, pomieszczenia czy krajobrazy, wysoce umowne, zmieniają się na oczach czytelników, rozszerzają i kurczą, przenoszą z miejsca na miejsce jak obozowiska, czy raczej jak fatamorgana, „namioty wyobraźni”, „zamki napowietrzne”.

Bohaterzy naznaczeni piętnem maniactwa, ni to geniusze, ni półgłówki, ni reformatorzy religijni, ni gamonie, równocześnie prostaccy i wyszukani jak pan Pichoń czy Yetmeyer – to postaci bez jakiejkolwiek, choćby ograniczonej, autonomii, zależne za to od „nieobliczalności wyobraźni” autora. To – jakby to powiedział Ostap Ortwin – „żywe fikcje”. Złożone z różnoimiennych cech charakteru, ba, opisywane przy pomocy przeciwstawnych elementów, trudne czy wręcz niemożliwe do adekwatnego wystawienia sobie, chyba że dysponuje się imaginacją oraz kreską lub plamą taką, jak Witold Wojtkiewicz czy Stanisław Ignacy Witkiewicz, którzy sportretowali pokracznego dandysa, pana Pichonia, kiedy zasiadł na nagle substancjalizowanej górze swych mistyczno-epileptycznych uniesień. Oczywiście z tak pomyślanego wzniesienia bardzo łatwo się spada, toteż zarówno Pichoń, wynalazca i reżyser widowiska zwanego Pantomimą pośmiertną, jak i jego młodszy, w „wir gromadnego życia” rzucony brat, Yetmeyer, założyciel Pośmiertnego dancinga i choreograf Tańca trzech uśmiechów, i w ogóle wszyscy bez wyjątku maniacy Jaworskiego, żyją na pograniczu nie tylko fikcji, ale w ogóle niebytu, jakby w ciągłym podskórnym lęku przed utratą łask autora i odwołaniem ze sprawowanej funkcji. Adekwatne oddanie tej ich chybotliwości było nie lada artystycznym wyzwaniem, pełnym niezmiernego napięcia obmyślaniem światów wewnętrznie sprzecznych, od swego powstania naznaczonych niepewnością i przeczuciem końca. Sztuka nabiera w ten sposób charakteru ostatecznego. Wyraża ową nowoczesną, radykalną – jak chcą tego teoretycy moderny – świadomość apokaliptyczną.

Sny na jawie, zrazu dość kameralne, w późniejszych dziełach Jaworskiego rozgrywają się w skali wszechświatowej, przybierają kształt globalnych widowisk. Ale i wówczas nie zatracają związku ze swym mocodawcą, z tym, który marzy, z autorem, ze „śniaczem”. Jaworski nazywał go „konstruktorem dziwactw” czy „idiotyzmów”, maniakiem wyższego stopnia.

W Weselu hrabiego Orgaza przez blisko sto stron ciągnie się traktat estetyczny pod nazwą Amerykańskiego Pampucha baśniaki o własnych światach, o wiedzy własnej, o okrucieństwie i o konstrukcjach idiotów spółczesnych, co stanowi też podniesienie do kosmicznej potęgi Konstrukcji Dziwactw GenialnychTrzeciej godziny. Celne definicje i przemyślne alegorie sztuki znajdują się tam obok konceptów pokracznych, banalnych czy pseudogłębokich, a wyrażenia prostackie są za pan brat z wykwintnymi, dając rozmyślnie irytującą wypadkową. Między tymi zaś „mądrymi idiotyzmami” ukryte zostało wyobrażenie ich twórcy: „A w bujającym na ziemi fotelu, w tej sella curulis twórczego marzenia, konstruktor się rozsiadł”.

Tak oto bujak okazuje się mutacją rzymskiego taboretu cesarskiego, nowoczesnym, respektującym potrzebę wygody, atrybutem władzy imperatorskiej. Z tego najbardziej uprzywilejowanego punktu w na pozór chaotycznej przestrzeni autor rozkazuje artystycznym „światkom […] zupełnym z florą grymaśną i łajdacka fauną”, gest po geście podporządkowuje sobie rozległe obszary wyobraźni. Czyni to niejako z nudów, jak to człowiek próżnujący w fotelu na biegunach, w przekonaniu, że nie ma sprawy ważniejszej niż takie rozmyślne nicnierobienie. Zapewne do niego też odnosi się jedno z „wyspekulowanych, przedziwaczonych” dzieł w bibliotece Yetmeyera: Jaka kamizelka obowiązuje w chwilach natchnienia?

W tym właśnie miejscu należy zobaczyć dandysa, „najwyższe wcielenie piękna w życie materialne”, autoportret autora. Jaworski bowiem był bodaj najbardziej u nas konsekwentnym – przed Gombrowiczem – kontynuatorem sztuki sprawowania władzy dzięki środkom ulotnym, takim jak strój i gest. Był też miłośnikiem autora powyższej definicji, Baudelaire’a, który w swoim przełomowym eseju, zatytułowanym Malarz życia współczesnego, twierdził, że dandyzm pojawia się tylko „w epokach przejściowych, kiedy demokracja nie jest jeszcze wszechwładna, zaś arystokracja niezupełnie chwiejna i upodlona”. Ten „bohater mody”, odkrywający w rzeczach zwierzchnich prawdziwy wyraz ducha czasu czy też ducha współczesności, opierający się dominacji anonimowych gustów, przeciwstawiający upodleniu, wie jednocześnie, że wraz z całą kulturą wyższą jest na pozycji przegranej.

Wie, ale nie odda ani guzika od kamizelki. Należy on bowiem – jak to wyjawił już w dedykacji Wesela… – do „mądrych Indian, którzy z pogromu cywilizacji ocaleli jeszcze”. Ci zaś, z ich dzielnością i zamiłowaniem do ozdób i malowania się, byli w przekonaniu Baudelaire’a egzotycznymi krewnymi dandysów, niedobitkami, ocalałymi z zagłady jakiegoś wspaniałego organizmu cywilizacyjnego, heroicznymi przeciwnikami amerykańskiej przeciętności. Jaworski tę śmiałą Baudelaire’owską analogię wzbogacił o rys jeszcze śmielszy, własny, ponieważ stwierdził, że do nich tylko, którzy „odwagę posiadają zawsze, by zrozumieć wszystko, można przemawiać po polsku”. Skorzystał z przypominanego wielokrotnie w ciągu XIX wieku skojarzenia Polaków z Indianami, by, jak się zdaje, przenieść naszego – wysubtelnionego we francuskiej szkole estetycznej – ducha oporu w dziedzinę walki o wartości uniwersalne. O tej dążności świadczy najwyraźniej zmiana podtytułu Hamleta polskiego vel wtórego: z Królewica Polski na Królewica wszechświata. Takie dość niezwykłe udomowienie kosmopolityzmu, dandysowska mutacja myśli mesjanistycznej, może zastanawiać, ale Jaworski pojmował swoją i nie tylko swoją groteskę jako najszlachetniejszą sztukę rodzimą.

Określenie „zbawca świata” – a są nimi przecież wszyscy główni bohaterowie, wszyscy maniacy Jaworskiego – które najpierw chciałoby się uznać za deprecjonujące, oznacza w istocie nobilitację. Obłęd przecież sąsiadował z geniuszem nie tylko w słynnym studium Cesarego Lombrosa. Taką doborową reprezentacją nadwrażliwców, konstelacją „kosmicznych idiotów”, radą polskich Indian, arką prawdziwych artystów miał być powołany przed I wojną światową we Lwowie, w Kawiarni Szkockiej, Klub Konstrukcjonalistów. W jego skład wchodził Jaworski wraz z żoną Stefanią („pierwszą konstrukcjonalistką”) i Piotr Dunin-Borkowski, Roman Zrębowicz, Mieczysław Rettinger, wspomagani przez Ostapa Ortwina i Karola Irzykowskiego, a korespondencyjnie też przez Stanisława Ignacego Witkiewicza. Po wojnie to grono autorów, wyjąwszy Witkacego, próbowało wylansować ideę konstrukcjonalizmu dzięki czasopismu „Krokwie”, którego ukazały się tylko dwa numery. Trzeci, poświęcony zagadnieniu nowoczesnego baletu, czyli temu łabędziemu śpiewowi sztuki integralnej, symbolistycznej, jakim były „Russkije Balety”, „Les Ballets Russes”, został jedynie zapowiedziany, a byłby zapewne bardzo ważnym wprowadzeniem do Wesela hrabiego Orgaza – jako misterium tanecznego. Dzieło to, zawierające wykład konstrukcjonalizmu właśnie, w zamiarze autora łączyć powinno swobodę artystyczną z zasadą przemyślanej, żelaznej konstrukcji, jako że – zgodnie z prawem sformułowanym przez Baudelaire’a – tylko ona jest „najważniejszą gwarancją tajemniczego życia duchowego dzieł”.

Nie bez przyczyny pisarz oddający się „twórczemu marzeniu” nazwany jest „konstruktorem”. Jeżeli teraz to jego cesarskie siedzisko przenieść by do teatru i uczynić z niego fotel reżyserski, to bez wątpienia byłby to tron dla despoty. Despotyczne były zresztą już zalecenia czy wręcz rozkazy kierowane przez Jaworskiego najpierw do aktorów, a potem i do reżyserów Hamleta polskiego. Pragnął on ich przede wszystkim urobić według swoich pojęć, zmusić do „ukrycia się w samym rogu przestronnego świata i – jak zalecał – spojrzenia na przelewające się życie pod kątem równoległym memu zagapieniu”. Chciał, by w efekcie umieli się przedzierzgnąć w manekiny – „żywe marzenie autora” – i służyć ewokatorskiej sile sztuki.

Aktorzy więc muszą marzyć „i to – zwraca się do nich Jaworski – marzyć wraz ze mną”. Reżyser zaś, który ten punkt widzenia powinien z kolei uwewnętrznić, ma mieć wyraźną świadomość ruchomej architektury groteski, jej dynamicznych właściwości. Ponieważ niejako zapisuje ona niewspółmierność, dysharmonijność ludzkich dążeń i ich wcieleń, katastrofa jest nie tylko nieuchronnym finałem dzieła, ale niejako towarzyszącą wszystkim zdarzeniom, swoiście ubraną, narastającą myślą o śmierci. „Ja pragnę – pisał Jaworski – katastrofę do naturalnych rozmiarów rozszerzyć, do zawadiactwa rozbujać lub do rozpasania rozweselić”. Katastrofa, o dziwo, staje się też zasadą konstrukcyjną. Sztuka nadaje jej wymiar zdarzenia cudownego.

Metoda ta, gdyby ją przełożyć na język baletu, tak jak jego istotę wykłada w Weselu hrabiego Orgaza Igor Podrygajłow, polega na tańczeniu „głową”, na wyswobodzeniu myśli: „Tańczy tęsknota za tym, co najdroższe, co nieodzowne, czego nikt nie ma i mieć nie może, o czym nikomu żadnym spojrzeniem ani warg tchnieniem powiedzieć nie wolno, by czucia nie spłoszyć”. I dalej: „Przed tańcem nikt nie wie, dokąd dotrzeć zdoła w głębi świadomości, po tańcu zaś czuje, że wiedzę o sobie niebacznie pochłonął...”. Yetmayerowska przedśmiertna antrepryza, do której zatrudnił on Podrygajłowa, miała stać się „kosmiczną konstrukcją”, najdoskonalszym „zamkiem w powietrzu”, tańczącą świątynią świadomości – konstrukcją przechowującą w sobie burzycielski ruch i przez ruch na powrót wskrzeszaną.

W Szalonej lokomotywie Witkacego „słychać straszliwy trzask i huk. Para przesłania wszystko i widać, jak maszyna rozlatuje się na kawałki”. I z tą samą wspaniałą prędkością zmierzaku katastrofie w kolejnej inscenizacji.

Radosław Okulicz-Kozaryn – historyk literatury, krytyk, profesor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu; opublikował m.in. Małą historię dandyzmu (1995) oraz Gest pięknoducha. Roman Jaworski i jego estetyka brzydoty (2003).

Nagrody
Nagrody
Podsumowanie sezonu
Najlepszy, najlepsza, najl [...]
Wydarzenie
Sceny z Polski
Plac Wszystkich Świętych [...]
Polonocentryczna historia [...]
Nie kłamać sobie
Uwagi na stronie
Statystyka
Jaworski
Lemoniadowy Joe
Wesele hr. Orgaza
Śniacz na jawie
Po premierze
W garderobie Evity
Biała sukienka
Czterech Jeźdźców Nowej [...]
Smutek dziecka
No-Brand Product
Sportowe niesportowe
Ciemna strona teatru I
Piekielna pokusa
stand-up comedy
Stand-up made in Poland
Festiwale
Bębny i maski
Pudełko z muzyką
Pamięć zamknięta w prz [...]
Powaga zabawy
Zagranica
Teatr jako rocznik statyst [...]
Lalki
Wolne Tatry
Mrożek
Fragmenty Dziennika [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Sprawa Artura R. Cd.
Książki
Kto ma prawo do Holoubka?
Literatura jest teatrem?
Misje Aliny Obidniak

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone