22-09-2014

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Waldemar Wasztyl

fot. Radosław Rymut


Jeździec pierwszy na koniu białym – Bartosz Szydłowski, dyrektor Łaźni Nowej, Nowa Huta, osiedle Szkolne 25. Jeździec drugi na koniu rydzym – Marcin Wierzchowski, scenarzysta i reżyser Ostatniego kuszenia, twórca legendy Zsolta Zeldunga. Jeździec trzeci na koniu wronym – Zsolt Zeldung, tenże legendarny bojownik teatru. Jeździec czwarty na koniu płowym – Paweł Bończyk, bohater Ostatniego kuszenia, fan Zeldunga, niezmordowany poszukiwacz „prawdy totalnej”, a w czasie wolnym przykładowy mieszkaniec wschodniego Krakowa. Oto oni, nowohucka „drużyna marzeń”. „Na nas spoczęła odpowiedzialność za tworzenie mitów – wpierw tych małych, lokalnych, prywatnych – nawołuje w programie przedstawienia Wierzchowski – [...] od nas zależy stworzenie MITU, który przywróci rzeczywistości jej święty charakter”. Nad Ostatnim kuszeniem radośnie łopoce sztandar nowego mitu. Pięknie to brzmi, nie przeczę, zapytam jednak o parę konkretów…

Z czego można by skonstruować jakiś zgrabny kawałek mitu? Najłatwiej z materiału, który ma się pod ręką, czyli z dojmującej egzystencjalnej smuty z fasadą nowohuckiego placu Centralnego w tle. W tym celu na scenę wkracza Paweł Bończyk (w tej roli Szymon Czacki), absolwent elitarnej szkoły aktorskiej, w której dowiedział się, że musi zakochać się w swojej postaci. Od razu zostajemy poinformowani, że bohater jest emocjonalnie niestabilny, a więc z miłością u niego nietęgo. Paweł przyjeżdża do tajemniczego „miasta-twierdzy”, „miasta-smoka” (a Ważyk już dawno temu ostrzegał: „Nie jedź, chłopcze, do Nowej Huty”). Podczas spaceru nad Zalewem Nowohuckim aktor Paweł spotyka… aktorkę Milenę (Agnieszka Jaworska) i szybko się w niej zakochuje. Milena odwzajemnia mu się niechętnie, bo również należy do osób pokiereszowanych przez geny i trudy życia. Pojawia się reżyserka Maryla Ławrynowicz (Karolina Sokołowska), która proponuje Bończykowi udział w projekcie o Chrystusie. Właściwie to nie będzie opowieść o Jezusie, to nie będzie nawet opowieść… To będzie dążenie do „prawdy totalnej”. Aktor uważa reżyserkę za lepszego świra, zgadza się jednak – ciekaw osoby, która była asystentką Zsolta Zeldunga. Zeldung to następna postać z branży, mityczny reżyser Supernovej (którą w Łaźni „rekonstruował” wcześniej Wierzchowski), bezkompromisowość twórcza w stanie czystym. Po jednym ze swoich spektakli wygłosił on manifest przeciw „lenistwu wyobraźni” i „cuchnącemu profesjonalizmowi” w sztuce teatru – i na oczach publiczności podciął sobie gardło.

I tak snują się te opowieści, jedna z drugiej, dość składnie i logicznie (na przekór nieufności Maryli wobec istoty opowiadania). Czemu się tak uczepiłem tej fabuły? Cóż, wziąłem sobie do serca słowa Gombrowicza: „Krytykom nowoczesnej, najtrudniejszej sztuki trzeba poradzić, żeby nie byli z miejsca za głębocy – żeby byli na początku płytcy, a dopiero stopniowo i bardzo ostrożnie zanurzali się w poszukiwaniu dna”. Pisano o Ostatnim kuszeniu, że to twór poplątany i nielinearny. Spektakl Wierzchowskiego jest jednak konstrukcyjnie bardzo klarowny, rzekłbym nawet – sprytnie wykoncypowany. Całość zamknięta jest w ramach quasi-seansu hipnozy: tajemnicza postać odlicza do dziesięciu i Paweł Bończyk budzi się do scenicznego życia; w finale hipnotyzer, którego już zdążyliśmy rozpoznać (gra go Tadeusz Ratuszniak), odlicza od dziesięciu do zera – jakby dawał publiczności szansę oprzytomnienia. Uporczywie przypominany jest motyw terapii, czy to przy użyciu hipnozy, czy przy pomocy księdza-psychoterapeuty (Jakub Kotyński), czy wreszcie za sprawą namiętnej lektury Apokalipsy św. Jana. Ostatnie kuszenie jest trochę jak amerykański film, którego scenarzysta zachłysnął się Freudem: wyposażony w idee i schemat przebiegu akcji, dokłada scenę do sceny, cały czas mając na uwadze efektowny finał. Paralela między Nową Hutą a Hollywood wymaga jednego uściślenia: scenarzysta z USA automatycznie aplikuje większą ilość zwrotów akcji, elementów ironii i komizmu, żeby jego dzieło było łatwiejsze do strawienia.

Jak rozgryźć Ostatnie kuszenie? Problem z przyswojeniem jego idei wynika z faktu, że jest to dzieło zbyt poukładane, żeby oszołomić, a z drugiej strony za mało ironiczne, by bawić się z widzem. Słowem, trudno uwierzyć w intencje twórców, którzy „kuszą” nas w jednostajnie wysokim stylu serio. A przecież, jeśli przyjrzymy się uważniej, znajdziemy w inscenizacji perełki, które nieśmiało pobłyskują poczuciem dystansu. Hipnotyzer Jacek dworuje sobie czasem na temat wartości wyniesionych z PWST: „Twój teatr staje się twoim więzieniem”. Maryla w dusznej scenie nocnych marzeń potrafi zdobyć się na wyznanie: „Co ja robię? Ja robię teatr, żeby sobie zrobić dobrze”. Takim momentom trudno jednak przebić się przez patos.

Postaci drugoplanowe stanowią jedynie tło dla niewyżytych ambicji Pawła i Maryli. Szkoda, bo i Jacek, i Robert – a zwłaszcza Milena – mogliby w tercecie stanowić niezłą przeciwwagę dla partyzantów natchnionych Zeldungiem. Tak ich postaci zostały chyba pomyślane… Prawdopodobnie ogień prób niewłaściwie te role zahartował, a mówiąc szczerze: rozmiękczył. Milena Maj, której scenariusz nie poskąpił ani zdrowego rozsądku, ani seksapilu, jest w wykonaniu Agnieszki Jaworskiej kompletnie zagubiona i niepewna. Co innego partia Zeldungowców; postaci Maryli i Pawła przeżyły w trakcie prób prawdziwy szturm aktorów: reżyser zarządził siedem dni głodówki dla Karoliny Sokołowskiej i Szymona Czackiego, by nabrali właściwego rozpędu przed premierą. Siedem dni to znacznie mniej niż biblijne czterdzieści – ale zawsze coś. Zwłaszcza gdy rejestrują to kamery, a efekty można kontestować na wideoblogach. Szczególnie frapujące są słowa Maryli z ostatniego filmu: „Te siedem dni to fiasko”. A może należało pójść tym tropem? Przyznać, że czasem warto odpuścić duchowy łup, że nie ma sensu generować wielkich słów, gdy ciało nieprzyjemnie głodne?

Aktorzy Wierzchowskiego z zaangażowaniem brną w najgłębsze emocje i bardzo górnolotne myśli. Mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu pewnego niezdecydowania twórców Ostatniego kuszenia. Skąd bierze się to wrażenie – może ze scenografii? Owszem, jest to konstrukcja drastycznych wprost ambiwalencji. Trzy mansjony, jeden obok drugiego. Część środkowa jest w miarę obszerna, pozbawiona rekwizytów, za to mocno symboliczna. Na jej białym prospekcie wyświetlane są projekcje wideo (autorstwa Dawida Kozłowskiego). Po bokach mamy pokoiki, w których postaci żują codzienność. Drzwi, okna, kuchnie, stoły, garnki – to wszystko mieści się w szarych klitkach – bo jest narysowane grubą kreską na ścianach. W komiksowych mieszkaniach mieszkają przypadkowi ludzie. Sprzęty i widoki z okien mają postać kawałków gumy, elastycznych przylepców, które łatwo schować do walizki czy wrzucić do worka na śmieci. Ergonomia lepsza niż w IKEA – jestem pod wrażeniem pomysłu scenografki Matyldy Kotlińskiej. W takich pokojach wykuwa się nowoczesny mit – wśród prowizorycznych sprzętów, przez ludzi, którzy trafili tu przejazdem. Sytuacja nie rysuje się jednak tak poważnie, gdy przychodzi do zainscenizowania emocjonalnych eksplozji. Zabrzmi to brutalnie, uprzedzam: Paweł z wściekłością rzuca o ścianę płaskim gumowym radiem, które przylepia się bez trudu. Komiks przestaje mówić o współczesności, ironię zostawia daleko w tyle, staje się swoją parodią.

Ostatnie kuszenie nie jest dziełem nieudanym – po prostu ponosi konsekwencje tego, że jest nieszablonowe. Gra w klasy z teatralnymi standardami, swobodnie skacząc po polach, które zarezerwowane są dla grup offowych, i po takich, które obrysowane są kiczowatą kreską. Wyraźnie widać w poczynaniach Wierzchowskiego niechęć do bezpiecznych rozwiązań. Rola Szymona Czackiego posiada
żar zdolny unieść symbole najcięższego kalibru. Skoro o nich wreszcie mowa, to zapytam na koniec: co mają wspólnego Majowie z placem Centralnym? Finałowa projekcja ukazuje nam panoramę znajomego miasta, w którego sercu sterczy dumnie piramida z Chichén Itzá. Po co nam symbole z importu? Nie przesadzajmy z tą globalizacją… A nie można by tam wstawić czegoś bardziej swojskiego, bo ja wiem – celtyckiego kopca Wandy? Chichén Itzá na placu Centralnym słabo nadaje się do indukowania mitycznych napięć. Czy zamiast mitologizacji nie robi się tu przypadkiem Nowej Huty – macdonaldyzacja?

Waldemar Wasztyl – absolwent krakowskiej teatrologii, doktorant Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Nagrody
Nagrody
Podsumowanie sezonu
Najlepszy, najlepsza, najl [...]
Wydarzenie
Sceny z Polski
Plac Wszystkich Świętych [...]
Polonocentryczna historia [...]
Nie kłamać sobie
Uwagi na stronie
Statystyka
Jaworski
Lemoniadowy Joe
Wesele hr. Orgaza
Śniacz na jawie
Po premierze
W garderobie Evity
Biała sukienka
Czterech Jeźdźców Nowej [...]
Smutek dziecka
No-Brand Product
Sportowe niesportowe
Ciemna strona teatru I
Piekielna pokusa
stand-up comedy
Stand-up made in Poland
Festiwale
Bębny i maski
Pudełko z muzyką
Pamięć zamknięta w prz [...]
Powaga zabawy
Zagranica
Teatr jako rocznik statyst [...]
Lalki
Wolne Tatry
Mrożek
Fragmenty Dziennika [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Sprawa Artura R. Cd.
Książki
Kto ma prawo do Holoubka?
Literatura jest teatrem?
Misje Aliny Obidniak

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone