16-09-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Wojciech Majcherek

fot. Ewa Kunicka


Sport rzadko bywa tematem dramaturgii. Ile na przykład mamy sztuk poświęconych wybitnym zawodnikom? A ich życie niejednokrotnie dostarcza materiału na scenariusze nie mniej emocjonujące niż dokonania na sportowych arenach. Sport w teatrze zainteresowania nie budzi – dwa utwory, które wiosną miały swoje prapremiery w Gorzowie Wielkopolskim i w Gdańsku, to wyjątek, który potwierdza tę regułę. W obu punktem wyjścia są legendy sportowców. Zapach żużla przypomina postać Edwarda Jancarza, który blisko dwadzieścia lat ścigał się na czarnym torze (z dzieciństwa pamiętam dwa nazwiska żużlowców: Zenona Plecha i Jancarza właśnie). Tytułowego bohatera sztuki Być jak Kazimierz Deyna nie trzeba chyba przedstawiać. Gdyby przyjrzeć się losom obu sportowców, to pewnie można by znaleźć różne punkty wspólne, ale łączy ich przede wszystkim fakt, że obaj przedwcześnie zmarli, a ich dramatyczne odejścia były konsekwencją nieszczęśliwego życia po zakończeniu karier. Co ciekawe, autorami obu sztuk są ludzie młodzi, którzy nawet nie mogą pamiętać swoich bohaterów, a na pewno nie
widzieli ich w czasach największych tryumfów. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że ani Edward Jancarz, ani też Kazimierz Deyna nie są głównymi bohaterami dramatów. Ich historie, jako się rzekło, stanowią tło opowieści o różnym charakterze.

W sztuce Radosława Paczochy Deyna jawi się jako symboliczny patron narratora. Bohater utworu rodzi się 29 października 1977 roku, w dniu, w którym Polska rozgrywała w Chorzowie mecz z Portugalią, decydujący o awansie do Mistrzostw Świata w Argentynie. Ten mecz przeszedł do historii właśnie dzięki Deynie, który był niemiłosiernie wygwizdywany przez śląskich kibiców, a mimo to strzelił prosto z rzutu rożnego bramkę, która ostatecznie pozwoliła nam zagrać na mundialu. Ojciec bohatera zamiast wyczekiwać nadejścia pierworodnego, oczywiście oglądał mecz w telewizji.

Być jak Kazimierz Deyna jest zapewne po części sztuką autobiograficzną (Paczocha również urodził się w październiku 1977 roku), ale nie indywidualny życiorys jest w niej najważniejszy. W tej opowieści odzwierciedlają się bowiem losy pewnego pokolenia, a nawet przeglądają dzieje Polski ostatnich trzech dekad. Bohater Paczochy opowiada o kolejnych doświadczeniach życiowych – dzieciństwie, szkole, studiach, dojrzewaniu – a robi to z dużą dozą autoironii. Ona zresztą ratuje historię życia przed banałem. W istocie bowiem Paczocha zapisał fragment biografii pokolenia, które tak naprawdę nie ma za wiele do opowiedzenia. Dzisiejsi trzydziestolatkowie urodzili się za późno, by w jakiś szczególnie trudny sposób doświadczyć życia w PRL-u. Nie pamiętają tzw. pierwszej „Solidarności” ani stanu wojennego. Oczywiście na ich dzieciństwie odbijają się refleksy sytuacji politycznej, społecznej czy gospodarczej. Paczocha zabawnie to ukazuje w rysunku rodziców, zwłaszcza ojca, członka partii, który, by ochrzcić dzieci, wywozi je na drugi koniec Polski, a w 1989 roku zapisuje się do „Solidarności”, by po przełomie, bez wielkiego powodzenia, włączyć się w budowę kapitalizmu. Co ciekawe, bohater Być jak Kazimierz Deyna nie buntuje się przeciwko konformizmowi pokolenia rodziców. Przyjmuje raczej postawę zdystansowanego obserwatora. W relacjach z rodziną ważniejsze okazują się podstawowe doświadczenia: ślub, narodziny dziecka, chrzciny, choroba, śmierć dziadka.

Narrator sztuki przywołuje postać Deyny jako wzór postawy człowieka, który podejmuje wyzwania na przekór otoczeniu. „Musisz grać, choć cały stadion gwiżdże na ciebie” – takie przesłanie pada w finale sztuki. Prawdę mówiąc, nie wiem, co w życiu bohatera sztuki było działaniem wbrew i co mogłoby spotykać się z niechęcią? Co byłoby zasadniczym konfliktem i w czym wyrażałaby się wielka indywidualność? Wybór polonistycznych studiów jako mało przydatnych w nowych czasach? Ale być może właśnie tu Paczocha trafia w problem swojego pokolenia – które w innej rzeczywistości właściwie powiela tylko wzór życia swoich rodziców – zamkniętego w bezpiecznej, swojskiej prywatności.

Być jak Kazimierz Deyna to nie jedyna pozycja w najnowszym repertuarze teatralnym, w której o głos dopomina się pokolenie trzydziestolatków. Utopia będzie zaraz Pawła Demirskiego w reżyserii Michała Zadary w Starym Teatrze w Krakowie jest przecież również rozrachunkiem z własną biografią. Podobnie tekst Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami Artura Pałygi, grany w Bielsku-Białej w realizacji Piotra Ratajczaka, czy do pewnego stopnia sztuka Człowiek z Bogiem w szafie Michała Walczaka, której prapremiera, w reżyserii Piotra Kruszczyńskiego, odbyła się w Toruniu. Oczywiście brzmią w nich różne tony, ale łączy niewątpliwie to, że pamięć pokoleniowa w gruncie rzeczy jest wypełniona nie tyle realnymi doświadczeniami, ile raczej sentymentami, które podtrzymuje popkultura: muzyka, telewizja, film, także sport. Przekorne pytanie brzmi: czy jeśli nie ma się przeżyć istotnych, to trzeba zaraz o tym robić sztukę?

Spektakl w Teatrze Wybrzeże zapewne zdobędzie sympatię publiczności. Jest dostatecznie zabawny, czasami być może w nieco kabaretowy sposób wywołując śmiech widowni. Narracja głównego bohatera układa się w serię skeczy, w których aktorzy płynnie przechodzą z roli w rolę. Reżyser Piotr Jędrzejas sprawnie porusza się w konwencji teatru, w której sytuacje sceniczne tworzy się właściwie z niczego, z niewielkim użyciem dekoracji czy rekwizytu, a obraz wypełniają aktorzy. Lokalni recenzenci po premierze trochę kręcili nosami na sztukę i spektakl. U nas jak teatr jest komunikatywny i w dodatku widz rozpoznaje w nim swoje doświadczenia, to oczywiście nie jest godny uznania. Bo im mętniej, tym lepiej. Czy Paczocha nie słyszał o czymś takim jak dekonstrukcja?

*

Zapach żużla Iwony Kusiak w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim wykorzystuje sportową legendę dla innych celów. Popularność żużla buduje koloryt lokalny Gorzowa. Jest fenomenem, który zapewne mówi coś o miejscowej społeczności. Gest Teatru Osterwy, by podjąć temat i nawiązać w ten sposób dialog z własnym otoczeniem, zasługuje na uznanie. Do realizacji spektaklu zaproszono Jacka Głomba, bądź co bądź specjalistę od lokalnych historii. Ale co się sprawdza w Legnicy, nie musi automatycznie udać się gdzie indziej. Zapach żużla niestety nie powtórzy sukcesu Ballady o Zakaczawiu. Największą winą obarczyłbym właśnie reżysera. Głomb nie jest inscenizatorem szczególnie subtelnie budującym sytuacje sceniczne, cieniującym nastroje i emocje. Komiksowa forma teatru, której hołduje, w niewielkiej przestrzeni Sceny Kameralnej wyjątkowo jednak drażni. Jeżeli oglądamy aktorów niemal na wyciągnięcie ręki, to u licha nie muszą oni wykrzykiwać swoich kwestii, rysować grubą krechą postaci, tak jakbyśmy nie umieli rozpoznać, że lump to lump, pijak to pijak, a zła pani prezes klubu żużlowego to wyjątkowa suka. Ta przerysowana konwencja robi się nie do zniesienia, i co gorsza – działa przeciwko bohaterom. Historia młodego Włocha, który przybywa z misją od ojca: prosić gorzowskiego mistrza o przebaczenie za wypadek, który ongiś spowodował na torze, nie jest ani zabawna, ani wzruszająca. Razi nieprawdopodobieństwami (czy do słonecznej Italii nie dotarła wiadomość, że nasz żużlowiec nie żyje od blisko dwudziestu lat?). Kontekst społeczny opowieści jest ledwo naszkicowany i prawdę mówiąc, nie wiem, czego istotnego dowiaduje się o sobie publiczność, która przyszła do teatru, a chodzi również na stadion Stali Gorzów. Refleksja o tym, że dawniej sport miał prawdziwego ducha, a dzisiaj rządzi nim mamona – jest banałem, który powtarzają wszyscy kibice, pamiętający i Kazimierza Deynę, i Edwarda Jancarza. W spektaklu jest właściwie jedna ładna scena – finałowa, gdy w końcu zjawia się poszukiwany słynny żużlowiec. Siedzi na motorze i wygłasza z zaświatów monolog o tym, żeby ze wszystkim dać sobie spokój. Cała jego sylwetka i maszyna są pozłacane. Zrozumiałem ten zabieg, gdy wracając z teatru, zobaczyłem na ulicy dokładnie taki pomnik Edwarda Jancarza.

Wojciech Majcherek – krytyk teatralny, wieloletni redaktor i sekretarz miesięcznika „Teatr”; obecnie redaktor TVP Kultura.

Nagrody
Nagrody
Podsumowanie sezonu
Najlepszy, najlepsza, najl [...]
Wydarzenie
Sceny z Polski
Plac Wszystkich Świętych [...]
Polonocentryczna historia [...]
Nie kłamać sobie
Uwagi na stronie
Statystyka
Jaworski
Lemoniadowy Joe
Wesele hr. Orgaza
Śniacz na jawie
Po premierze
W garderobie Evity
Biała sukienka
Czterech Jeźdźców Nowej [...]
Smutek dziecka
No-Brand Product
Sportowe niesportowe
Ciemna strona teatru I
Piekielna pokusa
stand-up comedy
Stand-up made in Poland
Festiwale
Bębny i maski
Pudełko z muzyką
Pamięć zamknięta w prz [...]
Powaga zabawy
Zagranica
Teatr jako rocznik statyst [...]
Lalki
Wolne Tatry
Mrożek
Fragmenty Dziennika [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Sprawa Artura R. Cd.
Książki
Kto ma prawo do Holoubka?
Literatura jest teatrem?
Misje Aliny Obidniak

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone