21-07-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Sławomir Mrożek

fot. Wojciech Plewiński


30 stycznia 1964, czwartek

Tak. To była znowu długa przerwa.

Nie mam zaufania do rozumu. Dlaczego więc nie przyłączam się do grabieży, rozszarpania ostatecznego rozumu, ale jak powiedział wczoraj Lerici1 w Mediolanie, w przeciwieństwie do innych nie burzę teatru, ale go konstruuję? Może dlatego, że nie mam bezgranicznego zaufania także do analizy jako do metody, bo do żadnej metody nie mam już zaufania. [...]

5 lutego 1964

Sztukę, sztukę, napisać sztukę, co za sztukę, jaką sztukę, o czym sztukę? Tylko na pytanie: „po co sztukę?”, umiałbym odpowiedzieć.

Zobaczmy, jakie to mamy dawne pomysły:

1. Wnuczek, Babcia, forma i nie-forma. Dawny styl – sztuka teza. Sztuka mózgowa, sztuka z wizją nic nie mająca wspólnego. (Dlaczego słowo „wizja” ma od razu tyle patosu, czy nie może być wizja podejrzana w gatunku?) Trochę to nudne dla mnie, nieco.

2. „Każdy opowiada sobie bajeczkę” – typowa jednoaktowa sztuka, postawiona sytuacja, wyjście z sytuacji, z całą pewnością tak, jeśli chodzi o prawdopodobieństwo napisania sztuki.

Tak, można by znaleźć jeszcze w papierach coś tam poza tym, usiłując naciągnąć ten kondom na głowę, ale po co. Wszystko to będzie, byłoby tylko odrąbaniem zadania, a ja chciałbym teraz, coś zaraz, coś, co by mnie zabawiło. W każdym razie wolałbym, żeby to było bardziej tragiczne niż śmieszne, bardziej przejmujące niż zajmujące, powinno być przejmujące przez to, że jest zajmujące. Przede wszystkim zajmujące mnie. [...]

ROZWAŻANIA O NAPISANIU NOWEJ SZTUKI

…trzyaktowej. Żeby taką sztukę napisać, musi się mieć coś więcej niż samą tylko sytuację (jak w sztuce jednoaktowej), najlepiej sytuację zastaną, którą można rozwinąć dynamicznie i zakończyć (ale tu błędne sformułowanie, bo każda sytuacja jest zastana i żadna nie jest zakończona, co najwyżej można mówić o odcięciu ze strumienia rzeczywistości jednego kawałka, w odpowiednim, chytrze wybranym miejscu tej wstęgi).

Tymczasem sztuka trzyaktowa – być może należy tu mówić nie o sytuacji, ale o położeniu. Co to znaczy położenie? Czy po prostu ten strumień, o którym wspomniałem, ma być grubszy, czyli rzeką ma być, czy też ma być to strumień, ale nie jeden, tylko kilka, różnokierunkowych, ale to będzie bzdura, bo wtedy można mówić co najwyżej o delcie, czyli o sieci kanałów. Dajmy spokój tym grafikom. Jak to opisać?

Bohater, bohaterowie jednego aktu wchodzą na scenę i deklarują się przez działanie, przez natychmiastowy konflikt. Dlatego pisać pojedyncze akty jest łatwo. Po pierwsze, wystarczy wyobrazić sobie jakąkolwiek sytuację, w zasadzie do każdej można dorobić coś w rodzaju jednego aktu. Po drugie, zaczynając się od razu żywo, toczy się żywo i przyciąga widza, cokolwiek by można o niej w ogóle, poza tym, powiedzieć.

W trzech aktach, wyobrażam sobie, bohaterowie powinni mieć, jeszcze przed wejściem na scenę, jakąś historię, najlepiej jakąś historię wspólną z innymi bohaterami. Na przykład wprowadzając na scenę życie rodzinne, w sposób najprostszy historię jaką widzowi sugerujemy, widz wyobraża sobie wspólną historię bohaterów, to znaczy wspólną dotychczasową historię, w sposób choćby najogólniejszy, stereotypowy (rodzina w ogóle, życie rodzinne w ogóle, związki rodzinne w ogóle), ale już w każdym razie sobie wyobraża. Dlatego też tyle sztuk, i mam wrażenie, że większość znanych sztuk pełnoaktowych napisano na podstawie czy to zdarzeń historycznych, czy to epoki wybranej, czy to tak, czy owak, w każdym razie na tle czegoś, czasu, wydarzeń, klimatu epoki, na tle czegoś, co widzom było choćby w ogólny sposób znane, i tak sprawa prehistorii bohaterów została załatwiona, a widz przygotowany do właściwej sztuki. [...]

Krótkimi słowy – powiedz, ptaszku, jak byś teraz w formie sztuki teatralnej opisał swoją obecną sytuację wewnętrzną, jaką sytuację zewnętrzną, już utworzoną scenicznie, byś dobrał, żeby tę sytuację wewnętrzną wyrazić? Czy byłaby to jakakolwiek paradoksalna, tragiczna, nijaka czy śmieszna sytuacja? Wyobraź sobie, że masz napisać list, ale list w formie sztuki, a w niej powiadomić adresata o sobie, a jeszcze najlepiej, jeżeli adresatem zrobisz siebie. (Dziwna, liryczna metoda pisania utworów scenicznych, ale czy nie jestem ja lirykiem, jak to już ktoś tam odkrył?) [...]

Więc może jednak o tym kalece na wózku, dwóch sąsiadach sprzecznych, skłóconych na tle traktowania kaleki i mnie pośrodku – nie pośrodku, ale wciągniętego w sprawę, bo przecież ja też muszę jakiś do tego stosunek znaleźć.

Nie wiem jeszcze, ale pomyślmy o tym.

RÓŻNE MYŚLI O TYM.

Doprowadzony do ostateczności naciskami sąsiadów, skłaniających mnie do zajęcia stanowiska, posuwam się do próby usunięcia kaleki- przyczyny. Symbolicznie – usunąć życie, żeby nie stwarzało kłopotu. To mało wszystko na trzy akty (vide: powyższe rozważania). Ale gdyby tak wyciągnąć z tego wszystko, co możliwe, a także w pewnym momencie podciągnąć to nieco wyżej i rozszerzyć?

Po nieudanej (z różnych powodów i okoliczności) próbie usunięcia przyczyny puszczam się w podróż z kaleką, odchodzę od żony i dzieci, poświęcić się mu, zjednoczyć z nim. (Namawiam nawet żonę własną, żeby się z nim wypuściła daleko, na zawsze, na nią żeby zrzucić wszystko, jak zwykle. Kiedy się nie udaje, decyduję się sam).

I to też musi być jakoś przełamane, nieudane, utopia okaże się utopią.

1. Namawiam kalekę do samobójstwa.

2. Potem sam myślę, żeby go usunąć.

3. Kiedy zawodzą środki negatywne, uciekam się do pozytywnych, a więc najpierw żona…

4. Potem sam…

…A wszystko, żeby się uwolnić od niego.

W związku z tym, od początku, musi to być bardzo czuły, wrażliwy pan.

Czy jest możliwość osadzenia tego wszystkiego w sytuacji bardziej „uprzedniej”, jak tylko wprowadzenie się do nowego domu, jak tylko „odsłona”, odsłonięcie sprawy? Dwaj sąsiedzi nieco statyczni, mechaniczni, Aryman i Ormuzd2.

Pytanie: jeżeli go tak męczy, to dlaczego się nie wyprowadzi?

Kaleka jest kobietą? W tym wypadku ja sam ofiaruję się erotycznie, byle załatwić.

Hm… w jakiej rzeczywistości „uprzedniej”… w jakiej by tu…

Przecież sąsiad, „optymista i wychowawca”, może być jak ulał romantycznym socjalistą, specjalistą od świetlanego jutra (kaleka mu bardzo przeszkadza, a jakże, i w dodatku został kaleką przy budowie socjalizmu, tym bardziej), negowaczem rzeczywistości i cierpienia, może sprowadzać do pomocy rekwizyty i argumenty „oficjalnego”, negując niewygodnego kalekę, usiłuje z niego zrobić zupełnie co innego.

Jego antagonista, czy nie przegiąć go w stronę przeciwnika raczej światopoglądowego? (Wulgarnie wyjaśniając: jeżeli kaleka został kaleką przy budowie socjalizmu, czy nie używa kaleki do walki poglądowej).

Różnie mogą się przebierać. Ja za księdza, żeby wyjaśnić kalece, wskazać mu życie wieczne:

– Patrz, ty jesteś kaleką, ktoś musi nim być, może dzięki temu ja nim nie jestem albo twój sąsiad? Czy chciałbyś, żeby twój sąsiad kaleką został?

– Tak – odpowiada kaleka i wszystko siada. [...]

7 lutego 1964

[...]
Przyszło mi do głowy: a jakby tak napisać operę o zdziecinnieniu; vide, co napisałem przedwczoraj, nie ma już oprawców ani ofiar, zamienili się w ofiarki i oprawczyków, oprawcuniów.

Więc dobrze, o zdziecinnieniu, dajmy na to, o zdziecinnieniu terroru, o zdziecinnieniu imperium. W takim razie znowu wychodzę od tezy, nie wychodzę od obrazu, od wizji, od pomysłu. Mniejsza z tym, być może u mnie tak już jest, może się zdarzyć, być może zdarzyło się na przykład z okazji Policji (nie pamiętam, jak to było dokładnie), że także wyszedłem od tezy, teza sprowokowała obraz, a ten z kolei po realizacji wyłonił tezę, już sprecyzowaną. W każdym razie mam tę tendencję do myślenia od razu tezą, co pewnie sprawia, że niektóre osoby widzą we mnie pisarza politycznego. (Co to napisał Chiaromonte o teatrze politycznym3? Znowu nic nie pamiętam, a tak by warto pamiętać, w ogóle wszystko).

Wolność to pustka, w porządku, można się zgodzić. Ale od czego to ja nie jestem wolny, bo przecież niepodobna, żebym był wolny od wszystkiego. Zastanówmy się. Pisałem, że jestem w trakcie uwalniania się od siebie, ale czy to możliwe? Nie jestem więc wolny od siebie, ale co to znaczy z kolei? Od siebie takiego, jakim jestem, zmierzam od tego siebie do innego, takiego, jakim chciałbym być, co także jest niejasne, bo tę wędrówkę zacząłem pod hasłem: zawrócić od tego siebie, jakim chciałbym być. Z rozmaitych przyczyn: ambicja, naciąganie się ponad własną rozciągliwość, usiłowanie, żeby dorównać, własny sen o sobie. Czyli: chcę być taki, jaki nie jestem, ponieważ jestem nie taki, jaki jestem.

Wróćmy do sztuki. Może ta stara historia o mieszkańcu szafy nadaje się najlepiej do interpretacji tego wszystkiego. Ale cóż, szafa to nie wszystko, to tylko kawałek, myślątko. Ale czy nie zaczyna się wszystko od myślątka, od kawałka? Trzeba złapać tę nitkę, jak pociągnąć – na końcu może być przyczepiona lina.

Ten sąsiad, ten od optymizmu i miłosierdzia, niekoniecznie musi być tylko port-parolem komunizmu. Niech on będzie szerszy, niech on także nosi inne postawy i pomysły, jak i ten, że powinniśmy wszyscy uciąć sobie po jednej nodze, żeby koleżce nie było przykro. Albo – ponieważ ja zgadzam się zawsze ze wszystkimi, przystaję zawsze i przytakuję, więc zapędzam się jeszcze dalej niż on i wyciągając wnioski z jego postawy, domagam się ucięcia nóżki sobie i jemu. Latam za nimi z piłą, a tamtego, przeciwnika, zamierzam amputować z użyciem piły. Oczywiście przy tym zaczynamy od niego.

Sąsiad A może praktykować swoje poetyczne zasady tylko w stosunku do koleżki, natomiast bija żonę ustawicznie i ma z nią setkę dzieci. Może na niej jeździć jak na koniu, każe się nosić na barana, do pracy i z pracy.

Sąsiad B żyje i pije sam.

A – namawia kalekę, żeby służył nowemu społeczeństwu, wychowuje go.

Bohater – kim jest? Kiedy pytają go o zawód, odpowiada, że on myśli, że przede wszystkim jest po to, żeby rozwijać swoją osobowość, uczucia i tak dalej (moje sławne „i tak dalej”).

Dzieci sąsiadowi mogą się rodzić symbolicznie, bardzo szybko. Wszędzie pełno pieluszek albo coraz to nowy krzyk dziecka za sceną.

Do bohatera: tutaj bardzo dobrze będzie się panu rozwijało osobowość. Woda bieżąca jest, czynsz nieduży.

B – nie ma programu, rzeczy niech są, jak są. „Więc dlaczego pan pije?”

Wszystko ładnie, ale powinna w to wkroczyć jakaś sprawa, jakaś akcja, która by włączyła inne osoby.

Bohater wnosi pianino, żeby rozwijać osobowość.

Oto garść „pomysłów”.

Napad na bank. Albo na jakąś instytucję handlową. Ręce do góry. Za chwilę wpada następna ekipa. Również ręce do góry. Dwa niezależne od siebie napady, które zbiegły się konkurencyjnie. Rozmowy między ekipami, koledzy od jak dawna? Jednak okazuje się, że kierownik banku z radością wita napad. Popełniono ostatnio nadużycia, napad rozwiąże sprawę, na konto napadu mogą pójść popełnione nadużycia. Kierownik poleca więc:

– Panie Heniu, daj pan wywieszkę: chwilowo nieczynne, remanent. Pani Stasiu, herbatki dla wszystkich panów i coś mocniejszego.

Narada, jak wyjść z sytuacji. Wszyscy obawiają się teraz, że nadejdzie policja (milicja raczej, rzecz jest w obyczajowości naszej). A kiedy wchodzi milicja, to wchodzi także, żeby się pojawić po swoją dolę. Wspólnie się naradzają, jak wyjść z sytuacji, poza prawem są wszyscy. Więc jeżeli wszyscy są poza prawem, to gdzie jest to prawo i kto je ustanowił? I po co? (Jedna ekipa – zawodowcy. Druga – amatorzy). Wchodzi klient, też w sprawie jakiegoś krętactwa.

Sztuka – w której wszyscy umierają po kolei. Ależ to dopiero bzdura, Boże drogi.

Rolę żony A, z uwagi na konieczność noszenia go na plecach, może grać mały, drobny mężczyzna.

Powroty z kina. Za każdym razem, zależnie od filmu, wraca się w innym kostiumie, kim innym. Cowboy, szary lord4, cezar. Może to i dobre do sztuki „Babcia i wnuczek”. Jest taki jeden, który zawsze wraca z kina kim innym. Jest taki jeden ktoś stały w domu, który z jakichś powodów do kina nie chodzi i który o mało nie zwariuje, bo za każdym razem wracają innymi i inaczej podchodzą do jakiejś sprawy, którą należy rozwiązać.

Być może dorzucić do sztuki o koleżce coś w rodzaju agitatorka, który wciąż przychodzi wychowywać. Przy tym, zależnie od bieżącej uchwały KC, wszystko przedstawia się w innym świetle. Przychodzi na przykład do swojej własnej rodziny, w końcu już sam nie wie, czy służbowo jest, czy prywatnie. Ma też podręczną mównicę, z której wciąż przemawia. Temat do skeczu raczej niż do sztuki, do monologu z akcją, kostiumowego.

To mi nasuwa myśl inną – skecz dla jednego aktora, który gra wszystkie postacie, aż wreszcie sam nie wie, jaką jest postacią. Może dwie takie akcje równoległe, aż wreszcie się porozumieją. Grają wspólnie coś jednego. Jeden gra komedię, drugi tragedię (coś dla teatrzyku eksperymentalnego oszalałego wujcia kukiełkarza).

A może połączyć „Babcia i wnuś” z „Koleżką”?

Wnuś może mieć młodszego braciszka, tego właśnie z kina, który będzie wszystkich bił po pysku.

Może tam być jeden kuzyn od ankiet i statystyki, funkcjonalista, żadne normy, tylko funkcjonowanie jest ważne.

Przy próbie wprowadzenia ładu przez terror wnuczek angażuje kuzynka pyskobijca. Obraz całości w rytmie baczność i  musztry wojskowej. Może takie zakończenie: odchodzą wszyscy ze śpiewem. Babciu, na ramię broń.

Wnuczek obiecuje, że sobie poburzymy normy, tylko musimy je najpierw stworzyć. Stworzyć – jakie? Stare – pękają, nic po nich. Nowe? Do szeregu.

Konformizm zrobiony z antykonformizmu w dawnym stylu.

1 Roberto Lerici – mediolański wydawca i tłumacz, m.in. opublikował w 1963 roku Policję oraz Męczeństwo Piotra Ohey’a Mrożka.
2 Aryman – w religii staroirańskiej bóg zła, przywódca zastępów złych duchów, jego przeciwnikiem był Ormuzd, bóg dobra i światła.
3 Mowa o książce Nicola Chiaromonte La situazione drammatica, Bompiani, Milano 1960.
4 szary lord – aluzja do brytyjskiego melodramatu kostiumowego Szary lord (1943) w reż. Lesliego Arlissa.

Nagrody
Nagrody
Podsumowanie sezonu
Najlepszy, najlepsza, najl [...]
Wydarzenie
Sceny z Polski
Plac Wszystkich Świętych [...]
Polonocentryczna historia [...]
Nie kłamać sobie
Uwagi na stronie
Statystyka
Jaworski
Lemoniadowy Joe
Wesele hr. Orgaza
Śniacz na jawie
Po premierze
W garderobie Evity
Biała sukienka
Czterech Jeźdźców Nowej [...]
Smutek dziecka
No-Brand Product
Sportowe niesportowe
Ciemna strona teatru I
Piekielna pokusa
stand-up comedy
Stand-up made in Poland
Festiwale
Bębny i maski
Pudełko z muzyką
Pamięć zamknięta w prz [...]
Powaga zabawy
Zagranica
Teatr jako rocznik statyst [...]
Lalki
Wolne Tatry
Mrożek
Fragmenty Dziennika [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Sprawa Artura R. Cd.
Książki
Kto ma prawo do Holoubka?
Literatura jest teatrem?
Misje Aliny Obidniak

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone