20-07-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Piotr Cieplak

Fot. Piotr Cieplak


Nie bardzo wierzę w multi-kulti, w jakieś kulturowe esperanto. Tak samo jak we wspólnotę sąsiadów w moim bloku na Kabatach w Warszawie. Połączenie i bliskość zdarza się wyżej lub niżej, nie na poziomie programu i nazywania. Ludzie nie są bliźnimi. To znaczy są, ale nie bywają. Statystyki, ekonomia, socjologia, psychologia, geopolityka i historia to tylko pożyteczne, oczywiście sensowne, niezbędne narzędzia do oswajania jątrzącej przestrzeni między mną i tobą. Myśl o tajemniczych sąsiadach z mojej klatki schodowej przychodzi mi do głowy, kiedy przekraczam granicę z Czechami i mknę jak hm… poniemiecka torpeda w stronę Hradca Králové. Czy potrafię przeniknąć życie i myślenie sąsiadów, którzy mieszkają ze mną drzwi w drzwi?

Bo tu, za granicą, już nie obowiązuje zapach jaśminu. Skończył się po prawdzie wcześniej, jeszcze w Polsce. Tutaj, 16 czerwca 2009 roku, królował już zapach lip. Tulił się wokół starych kapliczek, zignorowanych przez komunizm, wśród starych drzew, też zignorowanych (duży błąd systemowy, jeśli chce się zacząć świat na nowo, należy, poza burzeniem starego świata myśli, wykarczować wszystkie stare drzewa). W Czechach uderzyła mnie różnica zapachu. Trudno ujmowalna w jakimkolwiek systemie. To zdaje się pierwsze, o czym czytamy u każdego emigranta. Zapach miejsca. Gombrowicz o sosnach w Berlinie! Miłosz o Litwie! Bobkowski! Wystarczyło przejechać kilkadziesiąt kilometrów w głąb.

Samo przekraczanie granicy w Kudowie to przyjemność zarezerwowana dla tych, którzy pamiętają wieże strażnicze, zaorane pola i psy. A teraz jedzie się, jedzie, tablica, że koniec jednego i  początek drugiego, i nic. Córko moja! Synu! Na szczęście odebrana wam została egzystencjalna przyjemność przekraczania państwowych granic! Możemy sobie po prostu jechać dalej i nikt do nas nie strzela. Sąd Ostateczny i pytania „Kim jesteś? Co niesiesz ze sobą?” odroczone.

Dalej nic nie jest takie samo. Nie ma kraju, w którym nawet tablice informacyjne na drogach byłyby takie same. W Polsce zielono-białe, w Niemczech żółto-czarne, potem niebiesko-białe, biało-czarne…

Z historii Czech, raczej Czechosłowacji, pamiętam tylko jedno. Była noc, stałem przy oknie, bo obudził mnie niesamowity hurgot, chrzęst, hałas. Jechały czołgi. Nie jestem pewien, czy już wtedy odbywały się telewizyjne msze Czterech pancernych. Ale to był cud przemienienia mojej ulicy. Zachwyt i groza. Mój tata (nie napiszę: ojciec, bo to był mój tata) ryknął głosem, którego nigdy wcześniej, a tym bardziej później, nie słyszałem: „Odejdź od okna!”. Jechały czołgi. Wypasione czołgi z Czterech pancernych jechały na wojnę z Czechami! Nasi jechali się bić. Z mgły pamięci wyławiam jeszcze tylko jeden kadr telewizyjnego obrazu: płonący samotnie słup ogłoszeniowy w Pradze.

Mój przyjaciel, Brytyjczyk, chociaż nie, trzeba to powiedzieć uczciwie, rasowy Angol, który, gdy miał roczek, został zapisany, jak wszyscy synowie w rodzinie, do Eton w hrabstwie Berkshire, odwiedził mnie w stanie wojennym, jako emisariusz END (European Nuclear Disarmament). I zapytał: „Dlaczego tramwaje są tak przepełnione o 12 w południe, kiedy wszyscy powinni być w pracy?”. Wtedy zacząłem swoją opowieść: „W 1410 roku wygraliśmy pod Grunwaldem, ale trzeba było jedenastu dni, aby podejść pod opustoszały w tym czasie Malbork. Zmarnowana szansa nigdy się nie powtórzyła, no i…”. Kuriozalność własnej odpowiedzi, która w intencji miała być serio, pamiętam do dzisiaj.

Opowiedzieć własną historię – kłopot. Pojąć historię sąsiada – kłopot jeszcze większy. Nie za bardzo wierzę w multi-kulti. W taki język esperanto, który pojedna i zniweluje różnice, uwzględni niuanse. Nie wierzę w globalny język teatru, wspólną konwencję, warsztaty inter… coś tam, nawet w europejską wrażliwość. Chociaż, owszem, przyznaję, kiedyś, dawno temu, po trzech tygodniach pobytu w Filadelfii, pierwsza dziewczyna, którą prawdziwie zauważyłem na ulicy, a potem spotkałem na przyjęciu, okazała się… Czeszką. Nie wyjdziemy poza siebie, nie uznawszy wcześniej swojej niepodważalnej odmienności. Osobności. Nieporównywalnej z niczym i dla mnie samego dość zagadkowej. A im dalej od indywidualnego, pojedynczego, osobnego, lokalnego, tym klisze grubsze, rysunek bardziej uproszczony. Gęstwina rzeczywistości zamienia się w płaską deskę kreślarską i rysowane na niej geometryczne modele doktryn lub mody, z jakąś wyznaczoną stolicą i satelitami prowincji. Z doktrynalnym założeniem, jak ma być, jak być powinno. Pragnienie porządku nie jest głupie. Chciałoby się widzieć. Ale im większy strach przed niewiedzą, tym większy porządek. Tym skrupulatniej wyznaczone linie podziału. Mnożą się nazwy i klisze.

Hrabal w Kersku z kotami, Schulz w Drohobyczu, Jerofiejew w pociągu do Pietuszek, Białoszewski na placu Dąbrowskiego, a potem „wywindowany na dziewiąte”, Kantor w Krzysztoforach, Bułhakow w zaułkach Moskwy, Márquez w Macondo. Vermeer i Nowosielski… Niekończąca się lista osobności i lokalności. Lista zaprzeczeń myślenia odgórnego, stołecznego. Gdziekolwiek by tę stolicę umieścić.

Wyprawa Petera Brooka do Afryki w poszukiwaniu źródeł teatru wydawała mi się kiedyś najbardziej ekskluzywną, ekstrawagancką i megalomańską wyprawą w historii sztuki. Było tak, dopóki nie uzmysłowiłem sobie, że… jest Anglikiem. Że Afryka należy do jego świata tak, jak Berdyczów był w świecie Jerzego Stempowskiego, a Indie w świecie Eliota. Brook wyprawił się na koniec swojego świata, aby odkryć osobność i lokalność człowieczą w stanie prawie czystym. Intymną rozmowę ludzi na lokalnym i wyjątkowym, pustym kwadracie podłogi.

Sąsiedzi, drudzy, inni, osobni są błogosławieństwem. Dopiero zapach lip w Czechach kazał mi na powrót pomyśleć o zapachu, który towarzyszył mi wcześniej, w Polsce. Pytania „Kim jesteś? Co ze sobą wieziesz?” wracają już nie jak opresja, są raczej wyzwalające, dowiadujesz się o sobie trochę na nowo. Dowiadujesz się też o innych, żeby ich nie sądzić pośpiesznie. Siostra Zwątpienie, kiedy ma lepszy dzień, okazuje się prawdziwie ponętna. Z rozmazanym makijażem, ze wzrokiem błądzącym, szepcze „You’ll never know. Call me Surprise…”.

* * *

Nie kupiłem wcześniej mapy Czech ze szczegółami. Trudno jechać z całą biblioteką w sakwie i planować na ileś dni wcześniej, którą leśną przecinkę się wybierze. Mapy! To dopiero jest temat. Aż ślinka cieknie. Mapa jest potrzebna, bez mapy ani rusz. Błądzi się po omacku. Każdy harcerz ci powie, że mapa daje orientację w terenie i pozwala określić kierunek. Mapę trzeba mieć. GPS jest przereklamowany. Kiedy się leży w trawie, a obok ciebie tradycyjna płachta z czerwoną, żółtą, białą kreską twojej trasy, i zerkasz na nią, to jesteś trochę bogiem, co widzi tam jeszcze czarny ruchomy punkcik położenia własnej dwukółki, aż zniknie za krawędzią zagięcia i żadna elektronika nie dorówna heroizmowi twojej wyobraźni. Mielisz wtedy w rękach wielki arkusz, odsłaniają się następne skrzyżowania, zakręty, rzeki, szczyty gór. Aż do… krawędzi. Można by rzec: nie zna życia, kto nie miąchał mapy, aby dowiedzieć się, gdzie jest i co go czeka. GPS jest taki jakiś za obiektywny, klikający, zawsze taki sam ekranik, piwo bezalkoholowe.

Oto Czechy bez mapy. Siedzisz sobie na poboczu, podjadasz czekoladę, kreski na mapie sobie, a świat sobie. Niby to wszyscy wiedzą, a jednak pragnienie, aby mapa była światem, jest przemożne. Na mapie jednak ten zielony kwadracik się nie chmurzy. W którą mapę wpisana jest ta adrenalina, gdzie zaznaczony jest ten pośpiech w połykaniu czekolady z myślą, że kiedy za chwilę lunie, dobrze mieć nad głową zardzewiały daszek przystanku czeskiego pekaesu!?

Mapa niedoskalowana, to znaczy zbyt ogólna, jest zawracaniem głowy. Pokazuje po prostu, że jedziemy na Hradec Králové, co wiemy też bez mapy, bo przed wyjazdem zerknęło się w gugle, albo było w szkole na geografii, choć to akurat dosyć dawno. Ale czy to będzie doliną, wzdłuż rzeki, czy w poprzek gór, przełęczami? Czy warto ryzykować krótszą, boczną drogę, czy jednak ścigać się z ciężarówkami po dłuższym, równym i szerokim? Może jednak ostra wspinaczka z obietnicą szaleńczego zjazdu wprost do celu? Takiej przyjemności spekulacji nie dostarczają mapy zbyt ogólne. Map zbyt szczegółowych też nie ma co kupować, bo rozpraszają. Więcej gapienia się niż jechania. Dobra jest mapa w sam raz. Można się jej przyjrzeć, rozważyć za i przeciw, po czym podjąć decyzję. Ale wcześniej, przed decyzjami, cóż za przyjemność, bez konsekwencji przeskakiwać dziesiątki kilometrów, można lotem błyskawicy wspinać się na szczyty i pruć dolinami rzek. Można być w mocy. Mapy są dobre. Od mapy trzeba koniecznie zacząć, wziąć głęboki oddech, a potem… schować do sakwy.

Kiedy po długim czasie spoglądam w satelitarne zdjęcia trasy swojej podróży, nie rozpoznaję ani w ząb tych wzniesień, lasów, skał, zakamarków, nie mówiąc o studzienkach kanalizacyjnych w asfalcie i dźwięku zatrzaskiwanych furtek, o miliardzie obrazów, dźwięków i zapachów, które mi towarzyszyły. Gugle dają złudzenie lepszej mapy, ale nią pozostają. Można o mapie w obrazach mówić dla wspominków, ale nikt poza tobą nie będzie tak dobrze wiedział, że to tylko elektroniczny cień twoich wspomnień. Ten kwadratowy kwadracik na ekranie to hotel Turist w Krasnojarsku! Byłem tam! Słowo kosmonauty! Choć nie tym razem i nie rowerem. Mapa, tekst sztuki teatralnej, scenariusz najbardziej precyzyjny nie zastąpi rzeczywistej wyprawy. Mapa nie jest podróżą. Mapa nie jest podróżą. Mapa, scenariusz, pozostanie kartą papieru lub pikselem na monitorze mojego wypasionego laptopa.

Mapa jest ważna, niezbędna i biada temu, kto ją ignoruje. Kto ignoruje wpisane w nią literki i cyferki. Napisane jest, że ta góra ma 1300 metrów nad poziomem morza – i to po prostu będzie bolało. I nie można jej usunąć z trasy. Owszem, można, na papierze, można w teatrze. Można się tak umówić, pijąc herbatę. Dobrze jest mieć pogląd i swoje zdanie. Można powiedzieć, że ta góra nas nie interesuje. Mam zamiar przejechać dzisiaj dwieście kilometrów i w mojej, kurwa, narracji, nie ma takiej góry! W teatrze łatwiej. Łatwiej zignorować mapę Shakespeare’a i uznać, że Otello nie kocha Desdemony, a ta puszcza się z całym światem. Ich miłość nas nie interesuje, jej po prostu nie ma, bo jest niepotrzebnym zakrętasem na drodze do morderstwa, do rozświetlonych miast Sodomy i Gomory, w których wyszamotamy się na maksa i przy okazji, ze zmarszczką na czole, zasromamy nad upadkiem świata i palącymi problemami współczesności. Przyznaję, to uproszczenie. Drwina z niektórych wypraw współczesnego teatru i jego doktrynerskiej krytyki wszystkiego, co się rusza. No, nie jest się buddystą. Chciałbym, ale nie jestem. Już lepiej, abym jechał rowerem. Tutaj zignorowanie mapy, nieuważne przeczytanie autora sztuki, kończy się bardzo prosto. Oznacza ból dupy oraz wszystkich innych, doczepionych do niej fragmentów ciała, z powiekami włącznie.

Mapa jest ważna. I ta rowerowa, i teatralna. Wymaga namysłu, oszacowania sił, ale też pozwala na marzenia. Wtedy, kiedy leży się w trawie, pije herbatę, jest dużo czasu na gadanie i spekulacje, na rozważanie wariantów i wersji. Paluchem można wtedy pojechać nawet do Oslo. Dlaczego nie? Może wspomnienie Skandynawii otworzy jakąś klapkę w mózgu i przyda się teraz, w trawie? Ale nie jedziemy do Oslo. Jedziemy przez górzyste Czechy. Przez żywioł mięśni, pogodę i krajobraz. Zignorowanie mapy niezawodnie owocuje bólem. Jeśli jedziesz sam, to pół biedy. Można się uśmiechnąć. Można powiedzieć sobie: „Ale wtopa! Ten stromy podjazd był na mapie tylko małą kreską szosy”. Gorzej, jeśli prowadzisz za sobą innych. Dobrze jest wyczuć, kiedy potrzeba odpocząć, kiedy jest czas na żarty, kiedy zadbać o nocleg. To wszystko podpowiada mapa. Uważnie przeczytany scenariusz pozostanie dobrą ściągawką w trakcie prawdziwego egzaminu.

Wyprawa rowerem, sztuka w teatrze, życie samo jest usypywaniem mandali, która potem zostanie zdmuchnięta do rzeki. Dlatego teatr jest taki fajny, bo nie pozostawia złudzeń trwałości, scenariusze są pełne białych plam. Zasada teatru jest bliżej życia niż wszystkie inne gałęzie sztuk. Najbardziej ubrudzona, nieczysta, chwiejna, chwilowa.

Tym bardziej warto studiować mapę. „O co chodzi? Dokąd jedziemy?” Mapa jest jak tekst sztuki, jak scenariusz do zrealizowania. Widać tam hotelik „Tajemniczy Ogród” w Szczytnej, gdzie nocowałem, granicę w Kudowie – i dalej, całą trasę. Jak w guglach. I koniecznie należy go starannie przerobić. Jednak najpełniej odsłania się po odbyciu podróży. Po drodze nie znasz dnia ani godziny. Nie wiesz, za którym zakrętem dopadnie cię chandra z mapą, czy bez. Kiedy zacznie boleć żołądek. Kiedy po prostu, tak z sekundy na sekundę, na równej drodze, kurwa, ci się znudzi.

* * *

Dojechałem do Kutnej Hory. Miasteczko. Starówka opustoszała, nikły blask dawnej świetności. Jak odpaństwowić barok? Po odpytywaniach, jeżdżeniu w górę i na dół po kocich łbach, ląduję „U kata”. W restauracji takie średniowiecze dla ubogich. Na górze pokoik z ciepłą wodą i czystą pościelą, co zawsze jest cudem. Mój srebrny mustang nocuje w komórce z hydroforem albo inną pompą. Jedzenie okropne, wszystko opisane po włosku, udające coś innego, abstrakcyjnie drogie dla frajerów niemieckich i… polskich. Nastroje pagórkowate.

Dzień szósty

Znowu szczęśliwy dzień. Jeszcze jeden szczęśliwy dzień. Jak dotąd. Z upodobaniem powtarzam tę Beckettowską frazę. Uczeni powiadają, że to o umieraniu, o końcu, o końcu wszystkiego. Fakt. Się umiera.

Kończy się. To ostatnie zdanko wypowiada Winnie o tubce pasty do zębów. Człowiek się oplata siateczką drobnych ścieżek, czynności najzwyklejszych, rytuałów codziennych, jakoś się opatula. Zauważanie ich i docenianie ze względu na finał ma sens. Ale jeszcze większy sens ma pielęgnacja codzienności ze względu na nią samą, bo ów finał przemienia, otwiera okienko na Teraz, gdzie terror przeszłości i przyszłości… chciałoby się uznać, że zanika. Zanika mistrzowi medytacji, zanika w Niebie, które mistrz sprowadza na siebie Teraz. Mnie nie za bardzo się udaje, ale próbuję otwierać okienko najszerzej, jak się da.

Jako się rzekło, jazda rowerem jest prostsza niż życie, więc i opisanie jej rytuałów wydaje się bardziej osiągalne. Regularność i dyscyplina konieczne, ale bez przesady. Codziennie nocujesz w innym miejscu, raz słońce, raz deszcz, z górki lub pod górkę, i trudno gonić się z zegarkiem. Wstaje się bez budzika, po obudzeniu. Organizm sam wie, ile mu trzeba snu. Pod namiotem, na ziemi, idzie szybciej, bez ceregieli. Zwłaszcza jak para z gęby bucha i wszystko wokół zroszone. Golenie raczej codziennie. Zwłaszcza że schludność nie jest moją najmocniejszą stroną. Stawia na nogi, mobilizuje. Coś jak zaciągnięcie pasa w portkach. Pakowanie manatków idzie błyskawicznie. Każdy przedmiot w sakwie ma swoje oczywiste miejsce. Wystarczy popatrzeć na muzyka, który wkłada instrument do futerału lub go wyjmuje. Nieśpieszna, naturalna ekonomia. Jedzenie rano konieczne, bez obżerania się. Ciepła herbata, kakao. Kawy się unika, bo serce w ciągu dnia i tak się nałomocze. Przy okazji mapa, ta sama, co była studiowana wczoraj wieczorem, ale nigdy nie wiadomo, co zobaczy się świeżym okiem. Zresztą wczoraj wieczorem medytowało się strategię, plany na cały dzień, na następne dni kampanii, było się prawdziwym generałem. Rano zostaje tylko dowódca jednoosobowego oddziału i dla niego istotne są: numer drogi przy wyjeździe z miasteczka, wbicie sobie do głowy, że za torami będzie odbicie w lewo, i ustalenie, gdzie wypada pierwsze śniadaniowe dwadzieścia, trzydzieści kilometrów, słowem: gdzie leży Grójec. Rano, przed wyjazdem, trzeba jeszcze prysnąć tłustym sprayem w tryby, bo nie dość, że bez tego można zwyczajnie upiłować łańcuch, to jeszcze sam dźwięk, monotonne, miarowe popiskiwanie, stałby się po kilku kilometrach chińską torturą.

Gdy dzień zastanie cię pod drzewem, nad rzeką, wszystko jest podobnie, tyle że z rozwieszaniem płachty namiotu na gałęziach, aby trochę wygonić rosę, i z gotowaniem herbaty w metalowym czerwonym kubku ze wzorkiem ą la Joan Miró. Jak trzeba racjonować wodę, to mamy po prostu „Dzień Dziecka”, w innych domach nazywany „Dniem Lasu”, i powołujemy się na Kłapouchego, który nie od rzeczy twierdził, że higiena jest współczesnym przesądem. Czasem trzeba jeszcze wyganiać mrówki z paczki snickersów. W Czechach nie było o tym mowy. Chmury wisiały nisko, napęczniałe, co jakiś czas się ulewały. Chłodek nawet w ciągu dnia. Namiocik wieziony w sakwie wydawał się jakiś abstrakcyjny. Potrzebowałem wielu lat podobnych wypraw, aby wreszcie odkryć, że warto zdejmować zegarek, który podczas jazdy stawał się często drobnym, ale uporczywym utrapieniem. Godzinę pokazywał i tak licznik na kierownicy, wystarczyło przycisnąć guziczek. Brak zegarka sprawił, że czas fundował większe niespodzianki. Nie, nie znikał, to byłoby za piękne. Ale tworzył większe zawijasy, zaskakiwał. „Ach, to już! Och, to jeszcze nie!” Łatwiej można było o nim zapomnieć, albo lepiej: pozbawić go roli strażnika.

Pierwsze poranne dwadzieścia, trzydzieści kilometrów: największa przyjemność. Z jednej strony to oczywiste. Baterie w nogach podładowane, zwyczajnie ma się jeszcze zdrowie. Ale jest jeszcze coś. Teraz spełniają się postulaty i wyobrażenia pierwszego dnia wyprawy. Wtedy były gorączką, wtedy się wyobrażało, teraz się dzieje. No więc… Dobrze jest zacząć o świcie, z fasonem, do dnia. Nawet jeśli cały rok wstawało się z mozołem przed dziesiątą. Stary chłop jak źrebię wypuszczone na pastwisko, na wolność. Wszystko wtedy jest nowe, świeże, nietknięte, rześkie. Adrenalina wyrywa do przodu. Pusto na ulicach. A potem jak już się wyjedzie z miasta, mgła jeszcze unosi się nad łąkami, człowiek jeszcze nie śmierdzi, nogi sprawne, telefon wyłączony, a w nim nagranie: „odjechałem… dzwoń za miesiąc”. Rower po gruntownym przeglądzie, z nowym łańcuchem, linki przerzutek wyregulowane, miarowe murmurando opon…

Zostawiam za sobą „U kata” w Kutnej Horze, z całym swoim marudzeniem na sztuczność miejsca, na własną sztuczność. Jeszcze upewniam się u pana, który zamiata chodnik przed otwarciem warzywniaka, czy tu jest „wylotowka” (takie polsko-czeskie słowotwórstwo). „Jo, jo”. Zagadka całego, długiego dnia pląsa zalotnie. Wszystko od nowa! Jak skok do basenu. Taki prawdziwy Big Splash Hockneya. Wszystkie telefony i listy, na które się nie odpowiedziało, wszystkie decyzje, których się nie podjęło, wszystkie terminy, których się nie dotrzymało, myśli, które się pomyślało i zarzuciło, wszystkie moje dzienne sprawy pozostawiam „U kata”… „Wszystko od nowa!” – jak z uporem powtarzają bohaterowie gonitwy za Słomkowym Kapeluszem.

Pierwsze dwadzieścia, trzydzieści kilometrów jest najprzyjemniejsze. Potem, jeśli to w Polsce, to przyznaję… „Wyborcza”. No, nie jest się buddystą. Decyzja o miejscu postoju zawsze natychmiastowa, bez konsultacji z dowództwem. Takie ćwiczenie z wewnętrznej asertywności. Czasem też, rzadko, ale zdarza się, natychmiastowa zmiana decyzji, że nie tutaj, że śmieci, że śmierdzi, albo hałas, albo jakiś idiotyczny szczegół, jakiś odrapany murek, który innym razem właśnie przesądzi o pozostaniu na popasie. Czasem decyzja o miejscu zjedzenia bułki odwlekana, długotrwałe, wielokilometrowe czekanie na jakieś drzewko, ławeczkę, kamień, znak. Przyjemne grymaszenie, jak przechadzka po luksusowym sklepie. Przyjemne czekanie wędkarza na rybę. Dobrze jest starać się, należy to powtórzyć: STARAĆ SIĘ, nie żałować ostatecznej decyzji. Wielkie zagadnienie! „Trzeba było jechać, tam było lepiej, trzeba było zostać, a gdyby coś tam, a może jednak…”. To wieczne wyłażenie poza własną obecność, ciągłe zatrzaskiwanie, murowanie okienka Teraz, które przekłada się na najbardziej prozaiczne sytuacje. W rezultacie można się tak załatwić, że nigdy nie będzie właściwej pory, aby jechać rowerem, nie będzie odpowiedniego miejsca, aby przystanąć i wypić jogurt, a jak już się to robi, to nie z powodu jazdy rowerem i smaku jogurtu, ale z miliona innych Ważnych Powodów, które nie polegają na jeździe rowerem i piciu jogurtu. A wtedy zawsze coś nie tak. Zawsze miejsce i czas będą nieodpowiednie. Tak było wczoraj „U kata” z powodów nie do końca wyjaśnionych. I lepiej takimi je pozostawić. I to nie z lenistwa ani pragnienia świętego spokoju. Po prostu. Jak każdy z ludzi na ziemi, nigdy nie widziałem swojej twarzy1. Nigdy nie dowiem się o sobie wszystkiego.

Odbicia, owszem, widuję. Przekonanie, że znam swoją twarz, że znam siebie, jest równie buńczuczne, jak pewność co do obrazu świata, który dziś się odsłoni. Czasami wydaje się, że nawet „wiem,
że nic nie wiem” zbyt optymistycznie szacuje stan mojej orientacji. Dlatego, aby wytrzymać w jakim takim milczeniu przez miesiąc, musiałem obchodzić się ze sobą w miarę łagodnie, być wyrozumiałym dla własnych fochów, nie rozdrapywać ran, nie drążyć sztuczności średniowiecznych toporów z blachy, które zdobiły ściany gospody „U kata”. Te wszystkie „co ja tu robię?”, „powiedz sobie prawdę!”, „o co ci chodzi?” muszą od czasu do czasu się wyszumieć, i trudno. Do licha, powoli dochodzę do wniosku, że jazda rowerem nie jest jednak taka prosta.

Po jogurcie, bananie Małysza, słodkiej bułce, może jeszcze jednym jogurcie, ale o innym smaku (trzeba, do cholery, fundować sobie przyjemności), rozpoczyna się główna rozgrywka dnia. Zasadnicze pięćdziesiąt, osiemdziesiąt, sto kilometrów. Statystyki na niewiele się zdadzą. Czasem prujesz trzydzieści na godzinę, a czasem wspinasz się mozolnie i żadne tempo nie jest ważne, bo człowiek jest zachwycony, że trzyma się roweru. Nawiasem mówiąc, górom należy się osobny rozdział, ale to wtedy, kiedy nastaną. Jedzie się. Nigdy nie jest nudno. Ludzie w Europie pielą ogródki, w miasteczkach starsze panie wyprowadzają na siku swoje utuczone, wyleniałe kundelki, chłop pije wodę na traktorze, chłopaki podkręcają gaźniki motorów, a młode mamy prowadzą wózki wzdłuż asfaltówki. Jakoś nie chce być inaczej, choć za każdym razem na nowo. Nie jest nudno, bo droga, poza Mazowszem i potem daleko, daleko dalej, poniżej Bordeaux, gdzie równo jak stół, droga ciągle wije się, góry i pagóry, wieczne zmienianie przerzutek, maleńkie lotne premie, odsłanianie się widoków, lawina świata, który spada kaskadami, za szybko, żeby się nachapać, za wolno, bo za drzewami już nęci kolejna niespodzianka. Do tego trzeba zwyczajnie gapić się w asfalt wprost przed sobą, krawężniki, studzienki, spękania, piasek, kałuża, rozbita szyba samochodu, niestety, także, przepraszam, trupy rozjechanych zwierząt. Tablice mijanych wsi i miasteczek, czasem przeprawiane sprayem, ale też wyczyny europejskich gminnych plastyków z urzędu, którym zlecono umajenie wjazdu i wyjazdu z naszej mieścinki okolicznościowym „hasiorem”. Słowem: nie nudzi się. Nie ma wolnej chwili! Cały dzień na rowerze nie nudzi się zupełnie. Co godzinę, dwie, krótszy lub dłuższy postój. Czasami zapadanie się w jakieś zmyślanki i dyrdymały, a nogi, jakby oddzielone od reszty, kręcą równo dziesiątki kilometrów. Zawsze od miasteczka do miasteczka, od rzeki do rzeki, a czasem tylko od postoju do postoju.

Bo poza przyjemnościami i chandrami, chwiejnością pogody i filozofii, siłą i zmęczeniem, pozostaje jednak jeszcze robota do zrobienia, kilometry do przejechania. Swoją drogą, to cudownie proste, jednak prostsze niż w życiu. Główna część dnia, główny etap, polega zwyczajnie na przejechaniu możliwie najdłuższej drogi. Zwyczajne fizyczne zasuwanie. Zupełnie nic szczególnego. Czasem chałwa sięgnięta z tylnej kieszeni, u dołu koszulki. Bidon z wodą. Rozprostowanie pleców jako jedyna atrakcja na całą godzinę. Smarkanie, odsik. I tyle.

Główna część dnia, główny odcinek, kończy się dużym jedzeniem. A potem dużym, albo bardzo dużym piwem. Piwo jest dobre, środkowoeuropejskie. Łagodzi obyczaje. Tonuje triumf, wygładza klęskę. Zwykle to późne popołudnie. Potem pozostają dwie, trzy godziny jazdy rekreacyjnej na deser, bez żadnych norm wydajności i mocowania się. Wtedy pozostaje jeszcze do przyjemnego rozważania odpowiedź na pytanie: „Co ważniejsze przed nocą? Ciepła woda i dach, ale też przykrość ludziowiska? Czy raczej las i dzika przyjemność, ale też trochę dodatkowego wysiłku?”. Tego roku aura rozstrzygała za mnie te pytania jeszcze przez wiele dni. Budzenie się w lesie mokrym lub oszronionym należało do innej zabawy.

Jakkolwiek strzeliście to może zabrzmieć, przy odrobinie wprawy w obchodzeniu się z samym sobą, te chwile – swobodny moment podejmowania decyzji o jedzeniu, spaniu, jechaniu, odpoczynku, decyzji, która przychodzi jakby sama, a potem wypełnianie jej – to chwile najpełniejszej wolności, jakiej udało mi się zaznać. Przyjemne jest wieczorne zmęczenie. Słońce chyli się ku zachodowi, jak to się dawniej mówiło. Czasami można tak przejechać dziesiątki kilometrów, niezauważenie. Jeśli kiedykolwiek zapadają chwile prawdziwej ciszy, to właśnie wtedy. Głowa umęczona bardziej niż nogi, daje za wygraną i nie przeszkadza. Ziemia oddycha. Ptaki sadowią się w gałęziach drzew. Kolory nasycają się, gęstnieją. Mamy spędzają dzieciarnię na kolację. Dzwonią kościoły. Bydło pobekuje. Tak, to istnieje. Świat jeszcze istnieje. Bywa, że istnieje.

Szóstego dnia naruszyłem rytuał dość zasadniczo. Do naruszenia porządku dnia, do tonowania triumfu i łagodzenia klęski skłonił mnie fakt, że szło mi świetnie, ale tylne koło zaczęło kuśtykać, jakby pochodziło z drewnianej zabawki. Bum, bum, bum. Przed przystąpieniem do procedury awaryjnej (patrz: początek dnia drugiego), postanowiłem głębiej pooddychać, aby, zgodnie z instrukcją, nie kopać niewinnego roweru. I… napiłem się – jak powiada Wieniczka Jerofiejew, wspominając pracę przy układaniu ziemnego kabla. Nad brzegiem mijanego jeziora, odludzie kompletne, w samotnej budce udającej jakieś Auberge la Folie z różowym wiatrakiem na ludowo i krasnalami, nie było nic poza chipsami i piwem właśnie. Papieros od osowiałej właścicielki Szalonej Oberży smakował wybornie. Wiśniówka, a jednak było coś jeszcze poza piwem, a potem strzemienna szklanka rumu ułagodziły i stonowały mnie kompletnie. Wymiana dętki trochę zajęła. Blady sceptyczny uśmiech oberżystki przesądził, że weszła do obsady szkockiej sztuki w roli Wiedźmy Drugiej.

Dalej trasa wiodła przez miasto Tabor. Myślało się, że to będzie na jakiejś górze. Ale nie. Może i lepiej, bo nie byłem gotów na „rewelacje”, zwłaszcza w łacińskim tego słowa znaczeniu. Chociaż, kto wie? Świetny sklep rowerowy z sympatyczną obsługą znajdował się w pierwszej, przypadkowej (?) przecznicy, w którą skręciłem! Jakbym podjechał z zamkniętymi oczami. Doprawdy, uzasadnione są podejrzenia o istnieniu kosmicznego dżi-pi-esa.

Okazało się, że 730 kilometrów zrobiło swoje. Tylne kółko do wymiany, nowa guma, podrasowywanie i oliwienie całości. Na koniec szczegółowa instrukcja, w które podwóreczko wjechać, aby najeść się prawdziwych knedlików z gulaszem, tez włosko-polsko-niemieckich bajerów. Zdjęcie wielkiego talerza z jedzeniem skasowałem, bo było z cyklu „stupid tourist”, a teraz żałuję.

Nie było mowy o dalszej jeździe. Medytacja ciszy i wolności wieczoru dotyczyć musiała innego dnia, innych dni. Atak na pierwszy napotkany hotel przy głównej ulicy był z mojej strony żenadą. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Tymczasem chmury, które pęczniały cały dzień, uwolniły swoje zasoby. W takich okolicznościach wystarczy minuta, aby zmienić sytuację rowerzysty. Wiedźma Druga dopiero teraz pokazała klasę i moc, bo jej szczodrze nalany rum okazał się rozpostartym nade mną parasolem.

W takich chwilach dzieją się ważne rzeczy. Stoisz w strugach ulewy na środku ulicy, przemykają samochody, ludzie po domach. Stoi się, nie trzeba nigdzie się kryć, bo więcej wody ubranko i tak nie wchłonie. Wszyscy zajęci swoimi sprawami, może nie jakimiś szczególnymi, ale wydają się sensowniejsze od tego, co ty w tej chwili robisz. Nawet jeśli ta moja robota to coś bardziej poważnego niż stanie na deszczu albo jechanie rowerem do Portugalii. Wszyscy wokół wydają się mieć życie ułożone jakoś tak gładziej, jakoś tak łatwiej zbierają wszystko do kupy. W każdym razie jest im sucho. To denerwuje. Budzi zazdrość. A potem budzi żal nad sobą i oczywiste na siebie wkurwienie. Pół godziny oberwania chmury może wystarczyć, aby zrzedła mina. Ale podróż rowerem jest jednak prostsza niż życie. Na rowerze łatwiej zdobyć się na dzielność. Łatwiej nie popadać w panikę. Łatwiej nie szukać wyjaśnień. Można schronić się i przekimać na przystanku autobusowym, w hali dworca, można, ostatecznie, załadować się z rowerem do pociągu i… odpuścić. Tak mi się kiedyś zdarzyło. Nie każdy jest komandosem. To dodaje otuchy i sprzyja wybaczeniu samemu sobie. Na rowerze łatwiej przychodzi do głowy skomplikowane słowo: po prostu.

1 To zdumiewająco proste odkrycie zawdzięczam Tomášowi Halikowi i jego książkom.

cdn.

Piotr Cieplak – reżyser teatralny, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie.

Nagrody
Nagrody
Podsumowanie sezonu
Najlepszy, najlepsza, najl [...]
Wydarzenie
Sceny z Polski
Plac Wszystkich Świętych [...]
Polonocentryczna historia [...]
Nie kłamać sobie
Uwagi na stronie
Statystyka
Jaworski
Lemoniadowy Joe
Wesele hr. Orgaza
Śniacz na jawie
Po premierze
W garderobie Evity
Biała sukienka
Czterech Jeźdźców Nowej [...]
Smutek dziecka
No-Brand Product
Sportowe niesportowe
Ciemna strona teatru I
Piekielna pokusa
stand-up comedy
Stand-up made in Poland
Festiwale
Bębny i maski
Pudełko z muzyką
Pamięć zamknięta w prz [...]
Powaga zabawy
Zagranica
Teatr jako rocznik statyst [...]
Lalki
Wolne Tatry
Mrożek
Fragmenty Dziennika [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Sprawa Artura R. Cd.
Książki
Kto ma prawo do Holoubka?
Literatura jest teatrem?
Misje Aliny Obidniak

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone