16-09-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Tomasz Różycki

fot. Adoc-Photo / East News


Rozpowszechniona przez francuskie media informacja o odnalezieniu nieznanego dotychczas zdjęcia Arthura Rimbauda potwierdziła pewien paradoks, szczególnie udany i wybujały właśnie we Francji, tym, wydawałoby się, par excellence literackim kraju. Powszechnie wiadomo, że mniej więcej od czasów triumfów Oulipo nikt nie darzy tam poetów zbytnim poważaniem. Gorzej nawet, są tacy, którzy twierdzą, że nie ma bodajże bardziej pogardzanego w tej chwili zajęcia wśród inteligencji niż bycie poetą. Dlaczego tak się stało? Zdaje mi się, że pytanie to powinno się postawić w szczególności kolegom z Oulipo oraz setkom naśladowców ekscentrycznych dokonań grupy, ale także tym, którzy ich wykształcili, a więc przede wszystkim angliście Stéphane’owi Mallarmému, parnasistom, złotoustemu dyplomacie Paulowi Valéry’emu, zatopionemu w błękitach Saint-John Perse’owi, niegroźnym wariatom pokroju Raymonda Roussela, a także temu, któremu oni wszyscy próbowali nieudolnie dorównać, z kim się wciąż mierzyli, kogo przeklinali i o kim śnili, kogo czytali z wypiekami na twarzy i kogo raz w raz symbolicznie starali się zabijać – Rimbaudowi właśnie, płowowłosemu chłopcu z Ardenów, po którym pisanie poezji ich zdaniem nie miało już sensu.

Tak właśnie i tylko tak pisanie poezji po Rimbaudzie nie miało żadnego sensu. Tylko w ten sposób można zrozumieć paranoję, w jaką popadł Mallarmé, i jego zmagania z kartką papieru, które dały Rzut kośćmi – poemat, który powinien być po prostu partyturą muzyczną i w ten sposób zaoszczędziłby olbrzymie połacie lasu europejskiego i amazońskiego zużytego na komentarze do tego tekstu i ambicjonalne próby opisania go, dorównania mu, wytłumaczenia jego niewytłumaczalności i wrogości wobec jakichkolwiek tłumaczeń. W ten sposób tylko można zrozumieć, dlaczego poezja we Francji, po kilku następujących potem jeszcze wspaniałych zrywach, zapadła w – chwilowy, mam nadzieję – letarg i stupor.

I tu właśnie paradoks – w kraju, gdzie przedstawianie się jako poeta jest równie pretensjonalnym i żenującym wyznaniem jak przedstawianie się jako misjonarz jakiegoś kościoła, a  uprawianie poezji należy do tego typu zajęć, co zbieranie pustych puszek po piwie lub handel obnośny, akwizycja niemodnych, nieekologicznych, niepraktycznych i niemoralnych czapek z lisa – w takim kraju właśnie media zajmują się sensacją, odnalezieniem jednej z kilku istniejących podobizn pewnego poety, którego na dodatek nikt nie czyta, ponieważ jego poezja jest zbyt trudna nawet dla takich, którzy wyłamaliby się i sprzeciwili pojęciu postępu i sięgnęli po te wiersze, siadając z nimi pod kasztanowcem w Ogrodzie Luksemburskim na jednym z trzech typów występujących tam uroczych krzesełek – na tak zwanym krzesełku czytelnika.

Dlaczego więc zdjęcie wzbudza takie namiętności? Ponieważ odnosi się ono do legendy Rimbauda, porusza nią. Legenda ta związana jest z życiem Rimbauda, jego poezja staje się zakładniczką życia, a szczególnie tej zadziwiającej przemiany z genialnego dziecka i nastolatka, piszącego nieprawdopodobne wiersze, w dwudziestolatka, który porzucił poezję i nigdy już do niej nie wrócił, a zajął się czymś zaskakującym: handlem w Afryce, dodajmy: handlem bronią. Jego śmierć, przedwczesna, jego szokujące i skandaliczne zachowanie, owa sodomia z Verlaine’em, wędrówki piesze i podróże na Jawę, Cypr, do Szwecji, epizody londyńskie i brukselskie zastępują wyznawcom legendy wiersze i poematy prozą. Dziecko, piszące łacińskie ody i komponujące poezje druzgocące całe ówczesne wyobrażenie o pisaniu wierszy, które nagle, z równą łatwością i w równie niewytłumaczalny sposób, przestaje pisać i zajmuje się czymś innym, tak jakby tamto było tylko etapem, jakąś dziecinną przypadłością, z której się wyrasta, jakimś szaleństwem umysłu, szczęśliwie minionym. Tak jakby coś wstąpiło w to dziecko, a potem opuściło je, robiąc miejsce dorosłości.

Przypatrzmy się: na krześle przed Hotelem de l’Univers w Adenie, zapewne na tarasie hotelowej kawiarni, w towarzystwie kilku osób siedzi pewien nie wyróżniający się niczym młody człowiek. Ma pociągłą szczupłą twarz, krótkie włosy, głęboko osadzone niewielkie i lekko skośne oczy, rzadki wąs i wpółotwarte usta, nadające całej postaci odrobinę gapowaty wygląd oddychającego przez usta nastolatka. Mężczyzna nie zdradza najmniejszych objawów geniuszu, wręcz przeciwnie, te wpółotwarte usta i sypiący się rzadki wąsik oraz odstające uszy sprawiają wrażenie, że ich posiadacz nie jest jakoś wybitnie inteligentny, a nawet ktoś wyjątkowo złośliwy mógłby powiedzieć, że to typowy przykład fizjonomii jakiegoś tępaka.

Jakaż różnica z natchnionym i pięknym obrazem Fantin-Latoura, jaka różnica ze wspaniałymi fotografiami Carjata, przerabianymi potem przez siostrę poety – Isabelle i jej męża, utrwalającego legendę. Na fotografiach tych widać kogoś innego: genialne dziecko, genialnego młodzieńca. Zdjęcia pochodzące z afrykańskich czasów Rimbauda, szczególnie późniejsze, robione niedługo przed śmiercią autoportrety hararskie, bardzo niewyraźne, przedstawiają szczupłą postać w fezie na głowie, o zapadniętych sczerniałych policzkach surowego ascety – dodajmy: szlachetnego ascety. To jest ktoś, kto wyrzekł się poezji i zmierzał ku śmierci. Mroczne, tajemnicze.

Ale co zrobić z tym środkowym zdjęciem: tępaka siedzącego i wpatrującego się z otwartymi ustami w obiektyw, w nas, nie rozumiejącego, co się stało z nim wcześniej, i co się strasznego stanie z nim już za rok, za dwa – że poniosą go gorączkującego, z nogą zajętą przez chorobę, w specjalnej lektyce ku morzu. Kto w niego wstępował wówczas, kiedy katował zwierzęta, znęcał się nad ludźmi, wdawał się w bójki, szydził z przyjaciół, sadystycznie dręczył kochające go osoby, pisał szalone i genialne poezje, był ścigany za zabójstwo na budowie, był stręczycielem i oszustem, dezerterem i przerażonym, uciekającym z domu dzieckiem, idącym przez pola pełne trupów do Paryża w 1870 roku? Czyja ręka prowadziła jego pióro, kiedy pisał Sezon w piekle? Kto podpowiedział mu Iluminacje? Kto i dlaczego napisał kiedyś, wiele lat temu, w tamtym życiu, kiedy to się zaczynało: „O, niech mój kil się strzaska! / O, niech już wyjdę w morze!”?

Tomasz Różycki – poeta, tłumacz literatury francuskiej. Autor tomu poezji Świat i Antyświat (2003) oraz poematu Dwanaście stacji (2004); ostatnio opublikował Kolonie (2006).

Nagrody
Nagrody
Podsumowanie sezonu
Najlepszy, najlepsza, najl [...]
Wydarzenie
Sceny z Polski
Plac Wszystkich Świętych [...]
Polonocentryczna historia [...]
Nie kłamać sobie
Uwagi na stronie
Statystyka
Jaworski
Lemoniadowy Joe
Wesele hr. Orgaza
Śniacz na jawie
Po premierze
W garderobie Evity
Biała sukienka
Czterech Jeźdźców Nowej [...]
Smutek dziecka
No-Brand Product
Sportowe niesportowe
Ciemna strona teatru I
Piekielna pokusa
stand-up comedy
Stand-up made in Poland
Festiwale
Bębny i maski
Pudełko z muzyką
Pamięć zamknięta w prz [...]
Powaga zabawy
Zagranica
Teatr jako rocznik statyst [...]
Lalki
Wolne Tatry
Mrożek
Fragmenty Dziennika [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Sprawa Artura R. Cd.
Książki
Kto ma prawo do Holoubka?
Literatura jest teatrem?
Misje Aliny Obidniak

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone