05-12-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Janusz Majcherek

Z satysfakcją przyjąłem wiadomość prasową,z której wynika, że w zapowiadanym procesie tak zwanej dezubekizacji obok premiera kluczową rolę będzie odgrywał minister kultury i dziedzictwa narodowego. Satysfakcja moja jest wieloraka. W nowej roli ministra widzę akt, może skromnej, ale jednak sprawiedliwości dziejowej, przynajmniej jeśli chodzi o dzieje ministrów. W Polsce Ludowej przeważnie bywało odwrotnie: to ministrowie bezpieczeństwa przejawiali zainteresowanie kulturą, niekiedy znaczne i ożywione, i niekoniecznie polegające na dręczeniu twórców czy wsadzaniu ich do ciupy, choć i tak się zdarzało. Ale weźmy, na przykład, przypadek generała Moczara.
Generał w pewnym momencie, gdzieś tak w połowie lat sześćdziesiątych, miał do swojej dyspozycji redakcje kilku popularnych tygodników, wydawnictwa książkowe, zespoły filmowe oraz teatry, z których Eref-66 Ryszarda Filipskiego był w zasadzie jednoosobowy, choć dzięki temu ruchliwy jak zwiadowcza szpicgrupa. Ale za to już w warszawskim Teatrze Klasycznym można było wystawić monumentalne widowisko patriotyczne pod tytułem „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”. Rzec by można, iż w widowisku tym ulubione hasło internacjonalistów brzmiące: „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” zostało zastąpione przez hasło, jakiego mogliby używać skupieni wokół generała nacjonaliści:
„Partyzanci wszystkich formacji kochajcie
się”, najlepiej w instytucjonalnych ramach Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Generał Moczar miał swoich oddanych zwolenników i pretorianów, wielu – czemu trudno się dziwić – pośród ludzi sztuki i kultury. Sprzyjali mu nawet wtedy, gdy za Gierka już poszedł w odstawkę i wili gniazda narodowego komunizmu w takich placówkach jak Teatr Ludowy w Nowej Hucie czy Teatr Żeromskiego w Kielcach. Niektórzy z nich próbowali złapać drugi oddech, zakładając na początku lat osiemdziesiątych Stowarzyszenie Patriotyczne Grunwald, które miało patent na tak zwaną prawdziwą polskość, a którego poglądy i ton jak upiór powracają dziś w skrajnie prawicowej
prasie. Czołowy reżyser tamtego środowiska, Bohdan Poręba, przytulił się po osiemdziesiątym dziewiątym roku do Samoobrony, dla której nawet wystawił w Sali Kongresowej utwór dramatyczny wierszem, niemal tak monumentalny (zwłaszcza pod względem grafomanii i głupoty) jak wspomniana przed chwilą śpiewogra Budreckiego i Kanickiego o partyzantach Gwardii Ludowej, Armii Ludowej, Armii Krajowej oraz Batalionów Chłopskich, bratających się w szczeropolskiej kniei. Dziwnym trafem
autorzy ominęli rolę Narodowych Sił Zbrojnych, choć do nich było im w pewnym sensie najbliżej.

W czasach jeszcze dawniejszych, tak dawnych, że żyjący w nich ludzie na razie nie podlegają lustracji i nawet doktor Dudek pomija je milczeniem w swoich enuncjacjach, pewien minister spraw wewnętrznych kładł podwaliny polskiej krytyki teatralnej, gdy wraz z kolegami ze sfer rządowych, artystycznych i naukowych pisywał recenzje, które publikowane były pod kryptonimem Iks. Działalność Iksów trwała krótko, pięć lat zaledwie, niemniej, ze względu na ministra Mostowskiego oraz jego pałac, ustanowiła, jak mi się wydaje, pewną symboliczną relację między przedstawicielami świata sztuki a funkcjonariuszami policji „widnych, tajnych i dwupłciowych”. W czasach, o których mowa, sui generis recenzentem teatralnym był zresztą także niejaki Macrott, którego dziś należałoby określić mianem TW.

Kończę tę przydługą dygresję i, jak mawiają ćwierćinteligenci, wracam do adremu. Co się tyczy dezubekizacji, którą chętnie bym nazywał dezubekistanizacją, minister kultury i dziedzictwa narodowego jest jako jej wykonawca właściwą osobą na właściwym
miejscu i we właściwym czasie. Zaryzykowałbym nawet w tym miejscu, licząc na powszechnie znane poczucie humoru panów ministra i premiera, odwołanie do słów znanej piosenki, którą śpiewała gwiazda jazzującej wokalistyki lat siedemdziesiątych, Marianna Wróblewska: „Odpowiednia dziewczyna w odpowiednim momencie/ Tylko ta, żadna inna/Zrobisz z nią to, co zechcesz”. (Co prawda uroczy ten przebój mogliby równie dobrze nucić sobie na ucho posłowie Samoobrony podczas sejmowych obrad, no ale, wiecie Państwo, jeśli coś jest, jak ta piosenka, artystycznie wybitne, to jest również wieloznaczne).

Moje przekonanie o właściwych właściwościach ministra bierze się stąd, że, jak wskazują wszystkie znaki na niebie i na ziemi, lwia część tego, co nazywamy dziedzictwem narodowym, została albo wytworzona przez służby bezpieczeństwa, albo z ich inspiracji, albo przynajmniej za ich wiedzą i przyzwoleniem. Z drugiej zaś strony to, co dziś jest promowane przez aktualną władzę jako kultura polega na odsłanianiu tych faktów i rozpamiętywaniu
ich w utworach, które w moim przekonaniu
nie przetrwają dłużej niż dzieła w rodzaju „Numer 16 produkuje” lub „Traktory zdobędą wiosnę”, niemniej w chwili obecnej są słuszne i popierane. Rzeczą zaś pojętnych twórców jest wywęszyć, skąd wieje wiatr i zrealizować polityczne zamówienie. Piękne przykłady umiejętności ustawiania się przodem do przodu daje ostatnio poniedziałkowy Teatr Telepisji, którego nowe wiatry najwyraźniej ożywiły. Szkoda tylko, że blisko godzinne wstępy przed spektaklem powierzono publicyście Ziemkiewiczowi, który jest rzadkim okazem człowieka ze wszechmiar prawego: ma dwie prawe półkule mózgowe, dwie prawe ręce i dwie prawe nogi, a w telewizyjnym studiu siedzi wyłącznie na prawym półdupku.

Ale co tam, czy to nasze zmartwienie? Jest jak jest i tak będzie, przynajmniej dopóty dopóki wszystkie drogi prowadzą do MDDNiK, czyli ministerstwa dezubekistanizacji, dziedzictwa narodowego i kultury. (Pan Bóg strzegł, że chociaż od sztuki się odczepili i w tym jest nasza szansa).

Przedstawienia
Teatr o niczym
Szwy miłości
Oni
Kikut
Wygnani z raju
Awaria
Oswajanie szaleństwa
O człowieku bez maski
PRL-owski bzik
Czyli zrób to sam
Patrząc na chmury
Felieton
Kalendarz przedwojennego c [...]
Zły felieton
Różewicz
Różewicz i teatr la [...]
Małe baśnie Różewicza
Różewicz mój osobisty
Brecht–Pollesch
Pollesch i Brecht: Wierzę [...]
Instrukcja obsługi przeds [...]
Festiwale
Ciało doskwiera
Herezje teatralne
Beckett – teatralniej
Zagranica
Mniej znaczy więcej
Kwartet – czyli taniec [...]
Sylwetki
Árpád Schilling: przed i [...]
Reportaż
Teatr w Kaunos czyli [...]
Polemiki
Pora umierać?
Niech się podpisują!
Loża szydercy
MDDNiK
Książki
Kamienie JG
Biały wywiad
Notatka T-RO/02/2007

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone