13-12-2017

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Andrzej Łapicki

1939| Ostatnie wakacje
Tym razem w Rzucowie koło Szydłowca (województwo kieleckie), u państwa Mokiejewskich. Rodzice nie byli tak odważni, żeby pchać się nad morze, dokąd jeździliśmy co roku. Byłem zadowolony z tej odmiany – znowu jak w Duksztach: konie, pływanie, skoki do wody, polowanie – tylko mam już piętnaście lat, jestem dorosły. Już nie wystarcza podglądanie z kolegami młodego małżeństwa, już bym i sam chciał wyjść z kokonu, gdyby nie obawa przed grzechem. Tak! Ale jeszcze do grzechu daleko, więc niewinnie pluszczę się w jeziorze, gram w tenisa, strzelam ptaszki i oczekuję ze wszystkimi wojny. Ostatnie dni sierpnia pozbawiają złudzeń. Panowie dostają karty mobilizacyjne i wyjeżdżają. Wśród nich młody pianista Grzybowski, wytańcowujący z mamą fokstroty; zakończy swą drogę w Katyniu. Ojciec jedzie przodem do Warszawy, a ja z mamą, trzydziestego pierwszego sierpnia, bryczką do Szydłowca i tam czekamy na pociąg. Po drodze mijamy oddziały wojska; żołnierze idą zmęczeni, zakurzeni, za nimi na wiejskich furach sprzęt, furaż, przodem zniechęcony oficer na koniu. Ani śladu entuzjazmu i dziarskości z ostatniej defilady, którą widziałem w Alejach Ujazdowskich w dwudziestolecie odzyskania niepodległości, z eleganckim Rydzem Śmigłym prezentującym nowiutką buławę. Ani czołgu, ani armatki – rzeczywistość postronkowo – rzemienna. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Potem pociąg – na stacjach rozdzierające sceny pożegnań – śpiewy rezerwistów. Ojciec na rozgorączkowanym, zatłoczonym dworcu. Warszawa zaciemniona, powitanie z Rózią i sen. Rano budzą mnie huki i syreny. Mama wchodzi i mówi: „śpij, to próbny alarm”. Wstaję późno, jem śniadanie, idę do Staszka – ten wita mnie z uśmiechem zwycięzcy – „no, mamy wojnę”. Przełknąłem ślinę, znowu poczułem niemiły dreszcz, ale po chwili razem, wychyleni przez okno, wołamy: „niech żyje Wojsko Polskie” do przechodzących oddziałów. Maski, paski na oknach, opaski OPL na ramieniu, mało to było rzeczywiste – nawet złe wiadomości w radio. Dopiero jak zobaczyłem saperów budujących barykadę pod oknami, zrozumiałem, że to koniec. Rodzice postanowili przenieść się do Centrum, bo bezpieczniej. Mieliśmy znajomych Belgów, państwa Poorten, mieszkających na Krakowskim Przedmieściu 5, tam gdzie jest ASP. Szóstego września dobrnęliśmy na Krakowskie, gdzie przeżyliśmy upiorne trzy tygodnie – bombardowani i ostrzeliwani, podczas gdy nasz dom na Akademickiej był oczywiście nienaruszony. Co mi zostało z września? Mdląca słodycz koniny, zachrypnięty głos Starzyńskiego, zwłoki dzieci na ręcznym wózku, mucha łażąca po oku trupa, okrzyk „gaz!” w piwnicy, czwarty rozbiór Polski siedemnastego, lany poniedziałek, czyli dwunastogodzinne bombardowania dwudziestego piątego, padający na wszystko czarny śnieg popiołu i dzwoniąca cisza dwudziestego siódmego – to Rydz Śmigły, jak głosiła plotka, wjeżdżał na białym koniu, przez most Kierbedzia, na czele bolszewików. Potem już była rzeczywistość – ceratowe płaszcze Niemców na motocyklach, stalowa obca szarość zamiast zgniłej swojskiej zieleni zwiędłych liści, które się zgarnia jesienią. Czerwone niebo nad kościołem św. Jakuba, w środku jeden modlący się żołnierz. Bez pasa.

Spór o teatr w Polsc
O nas
Nowa lewica w teatrze – p
Przeciw rozumowi cynicznem [...]
Gdzie prawo, gdzie lewo
Końskie okulary
Kalendarz przedwojennego chłop
Ostatnie wakacje
Przedstawienia
Zespół reprezentacyjny
Konrad chce być demokrat [...]
Aktorzy nieprowincjonalni
Śpiew i rżenie star [...]
Bezpieczni w ohydzie
Poland, moja ojczyzna
Pieśń o końcu świ [...]
Być jak Bee Gees
Niezłe kino
Idzie nowe
Peruka za jeden uśmiech
Blisko piaskownicy
Premiera: przed i po
„» Albośmy to jacy tac [...]
Marność nad marnościami [...]
Pomyłka
Oj, dziś dziś
Blekaut
Strzelba
Taniec
Francja tańczy
Piękni Amerykanie
Jaka Polska?
Opera
Kolejność uczuć
W łapach goryla
„Renowacja, czyli reżys [...]
Maszeruj albo giń!
Inny świat
Role
Cztery studia postaci w&nb [...]
Harper Pitt: subtelna ekol [...]
Postdramat
Przepisywacze
Barok postdramatyczny – [...]
Kufer z książkami
Biały wieloryb w skr [...]
Monologi
„Od Szekspira do Shakesp [...]
Przekłady
Wielkie ubudubu
Leksykon ubistyczny
Książki
Osterwa dla Teatru Społec [...]
Historia nowa czy powtórz [...]
Grzegorzewski zdezintegrow [...]
Wyobraźnia i manipul [...]
Biały wywiad
Teatr schodzi na psy

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone