14-11-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Ola Koehler

Co to może znaczyć? – zastanawiałam się, idąc na inaugurację Roku Herberta. Barbarzyńcy w ogrodzie poezji? (Już widzę te wyplute przez paszczę Popkultury resztki poety). Dziwna, trochę pretensjonalna nazwa była zapowiedzią wielkiej klapy lub – wielkiego wydarzenia.

Impreza zaczęła się od uroczystej akademii ku czci poety. Dopiero część druga miała charakter trudnej do nazwania jednym słowem symultany. Byli to właśnie owi kłopotliwi „Lirykożercy”, wymyśleni i wyreżyserowani przez Monikę Grochowską.

Założeniem było przyciągnięcie młodych ludzi, do czego, jak wiadomo, najlepiej nadają się gadżety. W foyer Teatru Narodowego nie mogło więc zabraknąć empetrójek z recytowanymi wierszami poety, które można było bluetoothem ściągnąć na komórkę. Skoro już celuje się w mass media, to warto nowoczesność połączyć ze snobizmem – i ustawić szafę grającą, z której dobiega głos samego poety. Tak też się stało.

Dla osób bardziej kreatywnych rozrzucono fragmenty wierszy, z których należało skleić całość, a potem sprawdzić, jak ma się nowy utwór do oryginału. Widziałam całe rodziny dopingujące tacie, który z uporem kleił nieszczęsne wersy, nijak do siebie niepasujące. W kuluarach można było również oglądać rysunki poety, wywieszone niczym pranie na sznurkach, lub obserwować zaczepionych na ulicy ludzi recytujących wiersze Herberta. Oczywiście z kartki.

Muzyka, światło, tłok, zamęt, błyski telefonów komórkowych: tworzyło to atmosferę jarmarku, faktycznego „zeżarcia” poezji przez Molocha kultury masowej. Wydawało się – i było to przerażające – że Herbert faktycznie umarł: skoro jego ducha zamieniono na barwny, nowoczesny show. Sytuacje ratowały indywidualne rozmowy z ekspertami na temat życia, twórczości czy też podróży Herberta. Uczucie niesmaku jednak narastało.

Trzeba było wyjść schodami do góry. Na ścianie znajdował się wiersz, „Potwór Pana Cogito”:

Pan Cogito jednak
nie lubi życia na niby

chciałby walczyć
z potworem
na ubitej ziemi

wychodzi tedy o świcie
na senne przedmieście
przezornie zaopatrzony
w długi ostry przedmiot

nawołuje potwora
po pustych ulicach

obraża potwora
prowokuje potwora

jak zuchwały harcownik
armii której nie ma

Nad wierszem anegdotka o młodym Herbercie, który burzy konwenans i wobec obmierzłego mu towarzystwa wykonuje w jakiejś sopockiej knajpie dziwną „gimnastykę”. Na ekranie ni to kreskówka, ni to dokument. Herbert tańczący. Wydawałoby się – profanacja. W tle bębny i kadry z kroniki filmowej. Z okazji dożynek na Stadionie Dziesięciolecia tańczą zespoły ludowe. Jest rok 1968. Obrazy nakładają się na siebie. Potem ujęcie się zmienia: ludzie zgromadzeni na trybunach stadionu uciekają, pną się ławkami do góry. A potem już wiadomo: płonie człowiek. Ryszard Siwiec. Herbert tańczący, Siwiec płonący – dwa oblicza buntu. W tle bębny. Tancerze tańczą. Są dożynki.

Ci, którzy dotarli na górę, stoją oniemiali. Co jest lepszą bronią w walce o prawdę, co ma większą moc, co jest potężniejsze: śmierć czy sztuka? Ale to nie koniec – trzeba iść jeszcze wyżej. Za zasłonę.

Cała hałaśliwa rzeczywistość niższych pięter opada bezszelestnie. Wokół mgła i labirynt. Oniryczna muzyka. Czyściec? Hades? Brniemy przez mgłę. Na pajęczych ścianach labiryntu – napisy. Im głębiej, tym większa cisza – i większe przerażenie. Epicentrum rozpaczy i zagubienia: fragment „Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda. I pytanie Herberta: „Czy ty pojmujesz, co to znaczy być kalkulatorem wysiłku jakiejś żałosnej resztki człowieka, który uśmiecha się do mnie bezzębnie, bo od postawionych przeze mnie cyfr zależy, czy zje jeszcze raz w życiu talerz zupy... I patrzy na mnie rozpłyniętymi oczyma, które kiedyś rozumiały Schopenhauera”.

Potem ścieżką z drewna wchodzimy w noc. Wieś, „gdzieś szczekają psy”, drewno trzaska w ogniu (wszystko to z niewidzialnych głośników), a w środku ekran i sofa. Ktoś sfilmował „Epilog burzy”. Dosłownie: strona po stronie. Dziewiąty krąg piekła, Lucyfer i trzech zdrajców ludzkości w jego paszczach, jądro ciemności – oto, paradoksalnie, nasza katabaza. Zamiast w głąb – w górę. I mimo tego oniryzmu – mimo labiryntu i  bagiennego klimatu otchłani – na sofie przysiada wielu ludzi. Młodych. Kuszona bluetoothami młodzież uciekła na górę. Czyta „Brewiarz”:

Panie, dzięki Ci składam za strzykawki
z igłą grubą i cienką jak
włos, bandaże wszelki przylepiec, pokorny
kompres, dzięki
za kroplówkę, sole mineralne, wenflony,
a nade wszystko
za pigułki na sen o nazwach jak rzymskie
nimfy,
które są dobre, bo proszą, przypominają,
zastępują
śmierć.

Herbert umierający. Cierpienie, śmierć – i wielkie piękno. Wokół tylko ciemność. Niewidzialne głośniki, głosy. Wszystko jasne: cały ten zgiełk na dole był tylko wstępem do wielkiej uwertury. Porażeni wracamy do rzeczywistości – – ale oto w sali teatralnej zaczyna się „Live act” Łukasza Garlickiego. Na scenie krzesła – część widowni przeistoczyła się w uczestników. W zasadzie, już teraz, wszyscy jesteśmy uczestnikami. Ekran. Troje ludzi na krzesłach. Muzyka. Wiersze.

Nigdy nie sądziłam, że poezja Herberta jest tak doskonale zimna. Jak kamyk. Faktycznie, stworzenie doskonałe. Niby to wiersze „o niczym”, przedmioty, części ciała – do tego surrealistyczne nagrania i muzyka, lodowata, komputerowa, schizofreniczna. W tym kalejdoskopowym transie – nagle rozumiemy, dokąd to prowadzi. „Pieśń o bębnie”. Wojna, pożoga, tętni muzyka, obrazy jak w koszmarze sennym... A potem „świst eksplozji” i „świt ciszy”. Koniec świata. Przeraźliwe zimno i sterylna samotność. „U wrót doliny”.

A potem gaśnie światło i zapada cisza. Długa. Wstajemy, wychodzimy. Jest północ. Nad nami nocne niebo. Mróz.

Ola Koehler – uczennica I Liceum Ogólnokształcącego im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie

Monologi
Aktor
Minitraktat o aktorze [...]
Dekada TR
Dyrektora Jarzyny skoki w& [...]
TRadycja
Przedstawienia
Andy II
Czarna msza ku czci Baala
Torebka Marii Stuart
Chórem w realizm
Słowa i rzeczywisto [...]
Krotochwila na theatrum
Potrzeba zagłębia
Praska podróż
Jeden do jednego
Dyrektorzy
Dorośliśmy do polskiej k [...]
Teatr familijny
Kolorowe linie
Lalki
Zlepy słowno-lalkowe
David Hare
Kit Happens
Światło
Zapiski starucha

Każdemu, na czym mu mniej [...]
Wyspiański wielokrotnie
Już kąpiesz się nie dla [...]
Współczesnego Konrada dr [...]
Apollo rozsądzi
Co z tym Polskim?
Teatr na wojennej ścieżc [...]
Parady Mieszkowskiego, czy [...]
Akcje jubileuszowe
Dziady '68: Reaktywacja
Lirykożercy
Książki
Enuma elisz albo święto [...]
Uboczny produkt przemiany [...]
Perykles wieku średniego
Stwarzania Shakespeare'a

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone