16-09-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Monika Bułaj

Grób Rumiego w Konia
fot. Monika Bułaj

Polifonię Stambułu słychać już po przepłynięciu cieśniny Dardanelskiej. Przekonałam się o tym na pokładzie tureckiego statku handlowego pachnącego kardamonem i nargilami.

Płyniemy z Triestu, dwunastu kierowców irańskich ciężarówek gra w kości w dymie wodnych fajek, oczytany kapitan po turecku recytuje przy śniadaniu Mickiewicza – na moją cześć, kucharz, zwany przez marynarzy Casanową, w porze sjesty posyła mi z kambuza słodkie, okrągłe ciasteczka, zwane tu „pępkami pań”. Przesuwamy się po Morzu Marmara, stawie pełnym benzyny, ścieków i meduz. Niebo zdaje się tu rozpływać w wodzie. Spoza dźwigów i okrętów rosyjskiej marynarki wojennej, czekających w kolejce do Bosforu, dostrzegam Stambuł – balon zawieszony w próżni, wbity w niebo gwoździami minaretów. Most Mehmet Fatih pomiędzy Azją a Europą wisi samotnie pośrodku niewidocznych brzegów. Statek bierze kurs na dzielnicę Üsküdar na wschodnim brzegu, wpływa do portu. Azja.

*

Rzeka urzędników w ciemnych garniturach wylewa się z parostatków, w biegu wskakują do autobusów. Pośpiech, porządek i mrówcza dyscyplina tureckiej metropolii, przez stulecia zwanej przez Greków – po prostu – Miastem. I właśnie wtedy go słyszę. Modulowany i uporczywy dźwięk, który przebija się przez monotonny, nosowy śpiew muezinów i dudnienie syren statków. Dźwięk sazu, perskiej lutni. Dziwny lament dochodzi z okrągłego budynku. Wewnątrz kolumna z białego marmuru, która zdaje się przytrzymywać kopułę wzdętą niczym spódnica. Biały słup rysuje na wypukłym sklepieniu plątaniną gałęzi, korzeni i liści. Wokół pilastru – krąg tańczących, kobiety i mężczyźni, bosi i bez chusty, starzy i młodzi, garstka dzieci. Kolumna ich jednocześnie przyciąga i odpycha, biegną wokół niej, fruwają, wibrują, omdlewają, niczym marionetki na karuzeli. Kolumna pośrodku okrągłej sali jest kosmicznym słupem islamu Turków – lata świetlne odległego od islamu Arabów – drzewem świętym szamańskiego ludu koczowników. To drzewo zakorzenione jest w niebie.

Jestem wśród alewitów, muzułmanów, którzy czczą Chrystusa.

Ich taneczna liturgia powtarza się nie każdego piątku, lecz każdej niedzieli. Alewici nie modlą się pięć razy dziennie, nie wymagają od kobiet noszenia chust, ich meczety nie mają minaretów, pielgrzymka do Mekki nie jest przewidziana. Stąd ciągła trudność, by zostać uznanymi za wyznawców islamu przez większość sunnitów. Czasem są przez nich mordowani. Stanowią jedną trzecią tureckich muzułmanów, a jednak środki masowego przekazu właściwie ich ignorują. W epoce, która posługuje się wygodnym stereotypem konfliktu cywilizacji, chętnie zapomina się, że alewici należą do Mlecznej Drogi mistyki islamskiej – sufizmu – na który składają się setki rozmaitych bractw. Źródło tej wielkiej, podziemnej rzeki praktyk inicjacyjnych bije w Azji Centralnej i w Iranie. Mimo tego rozbicia, sufizm nie zna podziałów, ponieważ cel jest wspólny: miłość. Patrząc na tańczące dziewczęta i chłopców zastanawiam się, czy to właśnie nie alewici – o wiele mniej znani niż memlewici, zakon tańczących derwiszów założony w XIII wieku przez Dżalal ad-Dina Rumiego – nie są najbardziej autentycznym wyrazem tureckiej mistyki. Jej formą najmniej widoczną, ale wcale nie najmniej istotną. Po pewnym czasie, po drugiej stronie cieśniny – już w Europie – moją uwagę zwraca inny dźwięk. Nie wiem, jak daję radę go dosłyszeć w krzyku wędrownych sprzedawców i w skrzeku mew, w zgiełku starego miasta. Delikatny, cichy dźwięk bambusowego fletu prowadzi mnie rzeką ludzi i samochodów, w dymie pachnideł i smażonego tłuszczu, do starej, greckiej cerkwii. W środku, głosy modlących się i śpiew. Chrześcijańskie litanie, przynajmniej
tak mi się zdaje. W cieniu wysokiego muru, zaledwie dwa kroki od najbardziej ortodoksyjnej dzielnicy Fatih, niespodzianka: muzułmanki i chrześcijanki modlą się razem. Świątynia ma dwie nazwy. Hagia Maria Panmakaristos dla prawosławnych, Meryem Ana dla muzułmanek. Ale Panna, do której się zwracają
z błagalnym szeptem i śpiewem, jest ta sama.

*

Ciekawe przypadki tego miasta „dla tych są tylko, którzy szukać umieją”, pisał pod koniec XVIII wieku Jan Potocki w listach z Carogrodu. Trzeba dać się prowadzić melodiom Stambułu. Szariat potępia muzykę, religia żydowska patrzy na nią podejrzliwie, lecz miasto, muzułmańskie, żydowskie czy też chrześcijańskie jest jej pełne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nad Bosforem to właśnie muzyka łączy osobne światy. Turcy osmańscy tańczyli na weselach przy żydowskich melodiach i leczyli nimi choroby psychiczne. Wirujący derwisze Rumiego bywali związani z mistrzami Kabały.

Mugam (po persku makam) to skale muzyki irańskiej i tureckiej. W Stambule śpiewamy w nich od ponad pół tysiąca lat – mówi mi Lari, młody żyd sefardyjski, który nocami gra w pubach jazz, a za dnia adaptuje muzykę tureckich koczowników do żydowskiej muzyki mistycznej. – Mugam mieszka w twoim ciele, w oddechu. Polega na powtarzaniu jednego motywu, jak w abstrakcyjnych, kwietnych, ornamentach majolik, jak w zikr – modlitwie sufi, mistyków islamu.

– Sufi stosowali techniki medytacyjne podobne do naszych. Zwoje Tory owinięte są w srebrne zdobne rękawy, ukoronowane na szczycie dwoma bulwami w kształcie owocu granatu z gwiazdą Dawida wplecioną w półksiężyc.

– Spójrz – śmieje się Lari – mamy siedem dni tygodnia i siedem nut. To proste. Dźwięk ma wszelkie podstawy, by być uznanym za boską materię stworzenia.

Stambuł. Tysiące niewidocznych dróg. Muzyka, taniec, mistyka, śpiew, ekstaza, liturgia, kuchnia, święci, wróżby, pamięć. A zaraz potem: zrzeszenia rzemieślników, śródziemnomorska tożsamość, pradawne szlaki handlowe Fenicjan i Greków, laicyzm ojca Turków, Atatürka. Nawet masoni. Równoległe światy, o których nie sposób przeczytać w przewodniku turystycznym i których istnienia przybysz z Europy nawet nie podejrzewa. Przez wieki, żydzi, muzułmanie i chrześcijanie, choć nie uniknęli konfliktów, dzielili się sądami i – świętymi. Mieszkańcy miasta wiedzą, że należy bronić tego bogactwa przed szturmem nietolerancyjnych ideologii. Opowiadają o tajemnicach Stambułu, otwierają bramy
wspólnych przestrzeni, wiar.

*

Radykalny ruch wahhabitów demoluje groby świętych, jeśli stają się miejscem kultu, wyrywa z korzeniami czczone przez pobożny lud drzewa, potępia jako bluźnierstwo jakąkolwiek formę pośrednictwa między światem żywych i umarłych. Natomiast Turcy, szamański lud, który wieki temu przybył tu ze stepów Azji Centralnej, zbudował w głębi Zatoki Złotego Rogu ogromną nekropolię i posadził eukaliptusy, które będą przez niego czczone. Jest to najbardziej ukochane miejscu kultu, z grobem Towarzysza Proroka, Abũ Ayyũb al-Ansãriego. To osobisty święty Turków, a jego kult został stworzony przez sułtanów, by uchronić lud przed dominacją Mekki. Wokół sanktuarium Ayyũba groby osiągają niebotyczne ceny. Ale nie jest to
wcale smutny zakątek. Dla mieszkańców Stambułu to normalne, by umówić się na randkę, spędzić miło czas z przyjaciółmi, świętować maturę, przyprowadzić dzieci na spacer, a nawet ucztować między grobami i gigantycznymi drzewami. Pielgrzymi wychodzą tyłem z grobu świętego, uważnie, by nie odwrócić się ku niemu plecami i nie zostawić po sobie choćby ziarna kurzu. Kamienne podwórze sanktuarium jest rozerwane przez korzenie ogromnego eukaliptusa, świętego drzewa koczowników Centralnej Azji. Tu jest centrum kultu. Tu zatrzymuje się każdy pielgrzym na pierwszą modlitwę. „Ściąć je największą jest zbrodnią, przeciwko której całe szemrze sąsiedztwo – pisał hrabia Potocki – Nieraz widziałem sklepienie zbudowane wokół wielkiego platanu...”

Widzę kobiety alewickie, które z płaczem wciskają monety w korę czczonych drzew. To przede wszystkim kobiety praktykują kult świętych. Wszak zdrowy rozsądek mówi, że dobry święty to taki, który jest dobry dla wszystkich. Łaska urodzenia dawno oczekiwanego dziecka lub wydania się za dobrego męża należy na przykład do kompetencji Helvaci Baba, świętego z meczetu Ahah-Zadeh. Te same talenty w kwestii cudów wykazuje Sünbül Sinan Efendi, czczony w meczecie Koca Mustafa Paşa (to jemu się składa w ofierze koguta). W ormiańskich kościołach Ormianki i Turczynki spędzają raz do roku noc na grobie świętego, by we śnie otrzymać jego łaskę.

„Archaiczna praktyka wróżenia poprzez sen, opisana przez Herodota, pozwala zatrzeć najgorsze wspomnienia” – mówi mi pewnego dnia Hrant Dink, redaktor pisma „Agos”. Wykończony codzienną pracą na rzecz pojednania turecko-ormiańskiego, cieszy się jak dziecko, gdy wymawiam imię ormiańskiego świętego ukochanego przez Turczynki. Ostatni raz napisze do mnie we wrześniu 2006 roku, troszcząc się, bym zdążyła na nocne spotkanie ze świętym. Zostanie zamordowany pięć miesięcy później przez siedemnastoletniego chłopca, nasłanego przez faszyzujących nacjonalistów, którzy swoją ideologię nienawiści ukrywają pod maską islamu. Zamordowano go, ponieważ był Ormianinem. Podczas pogrzebu sto tysięcy Turków maszerowało mostem Galata skandując: „My wszyscy jesteśmy Ormianami! My wszyscy jesteśmy Hrantem Dinkiem!”

*

Wielki Piątek, ormiański cmentarz w dzielnicy Şişli, biały deszcz kwiatów czereśni. Kobiety i mężczyźni obejmują pomniki na grobach, jakby to były żywe osoby. Patriarcha Mesrob II w czarnym pokutnym kapturze śpiewa piękną, starą pieśń żalu i trwogi. Natychmiast przychodzą mi na myśl wspaniałe kompozycje ormiańskiego mnicha, który pod koniec XIX wieku przebył pieszo całą Azję Mniejszą i Kaukaz, aż do Mezopotamii, by zebrać pieśni ludowe. Komitas, pokorny mnich i tytan muzyki ormiańskiej, w pieśni pasterzy – ormiańskich, tureckich, kurdyjskich, arabskich – znalazł klucz do najstarszych,
monodycznych hymnów ormiańskich. Odkąd klasztory w Cilici zostały zamknięte przez sułtana, akcenty i neumy najstarszych pieśni chrześcijańskich stały się nieczytelnym kodem. Komitas zapisał tysiące pieśni, skomponował utwory na osiem głosów, oczyścił pieśń liturgiczną od obcych wpływów i wzbogacił ją wspaniałymi kompozycjami. Bezradni wobec tak wielkiego talentu i trochę zazdrośni z powodu tej ogromnej energii, mnisi z Eczmiadzin, Watykanu Ormian, umożliwili mu wyjazd z ojczyzny. Komitas założył w Konstantynopolu chóry na trzysta głosów, potężne jak armie, a jego melodie były wykonywane
przez orkiestry filharmoniczne w całej Europie.

Na zewnątrz cmentarza słyszę klaksony i warkot motorów, metaliczny śpiew muezinów zagłusza psalmy, Ormianka w karminowej chustce daje mi w podarunku naszyjnik – niebieskie oczy – paciorki przeciw złemu, lekarstwo na uroki tureckich koczowników. Tylko Ormianom Konstantynopolu udało się uniknąć masakr roku 1915. Według legendy Komitas został uratowany przez córkę sułtana, swoją uczennicę, gdy stał już na progu przepaści. Po zbrodni ludobójstwa, nazwanej przez tych Ormian, którzy przeżyli – meztsav, “Wielkim Złem” – mnich nie skomponował ani jednej melodii. Jego milczenie trwało dwadzieścia lat, do śmierci.

W Stambule wyznawcy różnych religii czasem się spotykają. Ukradkiem, ignorowani przez media, przez proroków konfliktu, przez fundamentalistów, przez „święte” wojny, przez dyktatorów globalizacji, którzy dzielą, by łatwiej rządzić. Dawniej odbywało się to na co dzień i w świetle dnia. Turcja osmańska była prawdopodobnie bardziej europejska od tej, która dziś puka do drzwi Europy. Demografia była planowana według ścisłych zasad. Siedemdziesiąt siedem i pół narodów w imperium – połowa to byli Cyganie – musiało dostosować się do stałych proporcji: pięćdziesiąt osiem procent muzułmanów, czterdzieści dwa Żydów i chrześcijan. Proporcje te miały być zachowane za wszelką cenę. Choćby przy użyciu przymusowych deportacji. A może za tymi numerami krył się sekret Kabały, alchemia akordu muzycznego lub magicznego napoju dla żeglarzy?

Europa ignoruje to wszystko. Zapomina o tradycjach osmańskich i unika napięć współczesności, które dzień po dniu, zawłaszczają gazety i dzielnice miasta. Nie zdaje sobie sprawy z przenikania demonów obcych cywilizacji nad Bosforem, ekstremistycznych ideologii i teorii spiskowych. Ogromna metropolia rośnie, puchnie, ponad miarę i poza kontrolą. Dwadzieścia milionów mieszkańców i nieustanna imigracja z Anatolii, drapacze chmur i straszne „gecekondu” – baraki ubogich – budowane i czasem demolowane tej samej nocy. To wszystko na ziemi, która się trzęsie.

– Pewnego dnia miasto się otrząśnie, jak mokry pies – powiada mi raz pobożny Turek – i wówczas wszystko stanie się prochem: niebiańska Hagia Sophia, Meczet Sulejmana Wspaniałego, na którego widok serce z zachwytu zamiera, baraki biedaków i najstarsza, najpiękniejsza synagoga, Ahrida, która przyfrunęła z Macedonii. Na znak przymierza między Wschodem i Zachodem ma dwa plafony: turecki w formie kopuły i europejski w kształcie prostokąta.

W Stambule nie ma już bocianów, zwiastunów następujących po sobie pór roku, ptasich i ludzkich migracji, i błogosławieństwa. Zniknęły święte ptaki Północy. Ich gniazda zostały pożarte przez mewy, nowych i drapieżnych strażników Cieśniny.

*

Kurdyjskie getta w sercu starego miasta, które labiryntami ulic, przejść i zaułków spływają do Złotego Rogu. Krążę, prowadzona przez przyjaciół, z jednej kamienicy do drugiej, ciemnymi korytarzami, nagła cisza i szept, kobiety o wielkich, smutnych oczach, na ścianach ich ubogich mieszkań portrety mężczyzn z czarną woalką żałoby. Wyczuwane wszędzie napięcie, ból i skłonność do skrajnych postaw i ideologii.

Josif Brodski nienawidził Bizancjum, jego zdaniem to ono było przyczyną wszelkiego zła – „historia jest nie do uniknięcia, jak wypadek samochodowy”. Stambuł, pisał, to „zepsuty semafor z zapalonymi trzema światłami jednocześnie”.

Ale bazar wiar, choć w oblężeniu, trwa. Tacy, na przykład, karaimi. Przybysze z Mezopotamii, tureccy wyznawcy jednej z wielu żydowskich sekt. Jak na Litwie, w Polsce, na Krymie, i tu, karaimi, protestanci judaizmu, nazywają Boga imieniem tureckich koczowników i mówią archaicznym językiem. Jest ich w Stambule zaledwie sześćdziesięciu. Wypełniają dosłownie wersety psalmów – „z głębokości wołam Ciebie Panie” – ich kenesa, dom modlitwy w Stambule, wyrasta spod ziemi. Trudno go odnaleźć między chylącymi się drewnianymi kamienicami. Na zewnątrz równo ustawione buty, jak przed meczetem.

Zagadki, szarady i niespodzianki. Spaceruję zaułkami miasta ze starszym panem. Na pożegnanie przedstawia się: – Jestem Numer Trzydzieści Trzy, Człowiek Doskonały. Mason.

Prowadzi mnie do domu starców prowadzonego przez żydowską gminę Stambułu, gdzie za siedmioma drzwiami, za siedmioma zamkami, za siedmioma wizjerami, spotykam staruszka, żyda, który czyta Koran. Oburzenie pielęgniarek nie pozostawia wątpliwości. Należy do sekty donmeh, po turecku: „tych, którzy przeszli na drugą stronę”, heretyckich żydów, którzy wyparli się Tory, muzułmanów, którzy świętują szabas. Donmeh to wyznawcy Sabataja Cwi, fałszywego Mesjasza z XVII wieku, który miał tak ogromną charyzmę wśród żydów, od Wilna do Tangeru, od Amsterdamu do Bagdadu, że rabini, z zazdrości i lęku, zwrócili się do sułtana, by się nim zajął. Sułtan spełnił prośbę, nakazał „Mesjaszowi” wybór, między śmiercią lub przejściem na islam. Sabataj złożył publiczne wyznanie wiary w Mahometa i wielu jego zwolenników uznało tę zdradę za niezbadaną tajemnicę Kabały. Najwierniejsi, po jego śmierci, założyli sektę żydowską w sercu islamu. Do dzisiaj donmeh Stambułu zostawiają puste, posłane łóżko, przygotowane na rychły powrót Mesjasza.

– To środowisko ludzi wykształconych i przygotowanych do pełnienia w Turcji odpowiedzialnych funkcji społecznych i politycznych – tłumaczy mi pewien historyk, Turek pochodzenia żydowskiego.

Jego mieszkanie i studio – korytarze i pokoje wypełnione po sufit książkami – znajduję w głębi labiryntu magazynów i sklepów z damską bielizną. Dzwonię na oślep, według ścisłych wskazówek gospodarza, trzecie drzwi w głębi korytarza na prawo, bo przy dzwonku nie ma żadnego nazwiska.

– Są znienawidzeni w Turcji, ponieważ twierdzą, że Atatürk, urodzony i wykształcony w Salonikach, był wyznawcą Sabataja. Przez nacjonalistów są uznani za zdrajców, osobników z podwójną tożsamością i sekretną książką adresową, która ma służyć temu, by przekształcić Turcję w coś, czego tamci sobie nie życzą: państwo laickie i tolerancyjne, w którym jest miejsce dla wszystkich.

– Można ich rozpoznać po nazwiskach, związanych z charakterystycznymi stowarzyszeniami rzemieślników. Ale jeśli kogoś poznałaś, lepiej dla niego, byś o jego imieniu zapomniała.

Nigdy ich nie zapomnę. Są wyryte na białym piaskowcu, w eleganckiej kaligrafii – arabskiej i łacińskiej. Ich cmentarz znajduje się w azjatyckiej dzielnicy miasta, nieopodal siedziby bractwa sufi bektaszi, ku przypomnieniu, że Mesjasz, który zdradził, przechrzta Sabataj Cwi, „Signore del los Mundos”, tańczył – na Bałkanach, w Konstantynopolu i w Anatolii – z derwiszami. Cmentarz nazywa się „Rzeka Pieśni Słowika”,
i już sama nazwa wyjawia zapisane w Talmudzie wyczekiwanie Mesjasza, który ma przyjść na wezwanie nocnego ptaka. Z płyt nagrobnych, ozdobionych symbolami, zrozumiałymi dla wtajemniczonych,
i delikatnymi ornamentami, patrzą na mnie wąsaci mężczyźni i kobiety w puklach loków, które zdają się wychodzić z paryskiego Odeonu lub Teatru Olimpia Nowego Jorku końca wieków. Dekolty, sznur pereł, spojrzenia pełne melancholii, w cieniu ogromnych cyprysów. Obok grobów chrześcijańskich są to w Stambule jedyne nagrobki ze zdjęciami umarłych, fotografie z pogranicza, ani muzułmańskiego, ani żydowskiego.

*

A potem jest Balat, dawna dzielnica żydowska. Wąskie uliczki, uczepione dwóch spośród pięciu wzgórz południowej części Złotego Rogu, wspinają się zewsząd i spadają, wiją się, biegną chyłkiem po nagle odnalezionej płaskości terenu, zeskakują po schodkach, urywają na skraju przepaści. W labiryncie krzywych zaułków żyje wciąż stary Stambuł, chaos w poszukiwaniu linii horyzontalnych, w którego tle rysuje się wyraźny profil meczetów. Każdego wieczoru, pan śmieciarz, Mohammed bin Laden – łagodny mężczyzna o budzącym grozę nazwisku – ze swoim wiadrem na kółkach i szczotką wraca do różowego domu wciśniętego pomiędzy dwa małe zaułki. Na progu czeka na niego młoda małżonka.

Ze swojego domu, państwo Bin Ladenowie widzą zachód słońca nad Złotym Rogiem, złote odbicie promieni w szybach Pery i promienie na złocistej powierzchni Zatoki.

Pera, po grecku: „z tamtej strony”, turecki Szanghaj w stylu włoskiego miasteczka, prostopadłe ulice, wysokie kamienice, kościoły, meczety i synagogii, a pośrodku, nie wiadomo skąd, gotycka wieża Galata. O tej godzinie, ze słońcem prosto w oczy, w osmańskim Stambule, zaczynał się dzień: dla muzułmanów jak i żydów, godziny liczone były nie od północy, lecz od zachodu słońca.

Za dzielnicą Pera jest elegancka Nisantasi, gdzie dziś mieszka żydowskie mieszczaństwo Stambułu. Jest ich dwadzieścia pięć tysięcy. Otwierają mi drzwi, i słyszę sonety Bacha i  przekomarzania się, po francusku, hiszpańsku i po włosku.

– Jesteśmy Istanbulu, stambułczycy, tutejsi – mówią. Pani domu jest lekarzem. Leczy bezpłatnie w najbiedniejszych dzielnicach muzułmańskich. W czasie wolnym deklamuje w teatrzyku dla grona przyjaciół. Pan domu, pierwsze skrzypce w orkiestrze, w wolnym czasie konstruuje marionetki. Ich dzieci są rozrzucone po całym świecie, ale wracają do Miasta, na najważniejsze rodzinne i religijne uroczystości.

Sefardyjczycy zeszli ze statków na brzeg Bosforu w XVI wieku, uciekając przed hiszpańską Inkwizycją. W ich domach oddycham atmosferą Budapesztu i Wiednia, Europy Środkowej z całkiem innej epoki. Z ich przybyciem sułtani wywąchują dobry interes i żydzi natychmiast robią karierę w Imperium: jako producenci perfum, kowale, cieśle, poborcy podatków, bankierzy i lekarze. W ich rękach spoczywa urząd celny Konstantynopola. Pierwszą drukowaną książką w Imperium jest kodeks prawa żydowskiego. Pierwsza drukarnia grecka zostaje spalona przez janczarów, ponieważ publikuje nieomal wyłącznie książki antykatolickie i antysemickie. Sułtani karzą śmiercią prześladowców ludności żydowskiej. Historia żydów Stambułu jest historią szczęśliwą. Miastu będą obce słowa: pogrom, getto i inkwizycja.

*

Wreszcie, Grecy, ostatni Grecy miasta, które przez wieki było polis w całym tego słowa znaczeniu. Miasto śpi jeszcze, gdy stojąc pod wysoką, spiżową bramą Fanaru, patrzę na niski lot czarnych kormoranów nad Złotym Rogiem – eskadry w szyku bojowym. Fanar to Watykan greckiego prawosławia. Za wysokim murem, w niskim, drewnianym pałacyku, żyje spadkobierca świętego Jana Złotoustego, patriarcha Bartolomeusz, duchowy ojciec milionów prawosławnych całego świata, opiekun ostatnich Greków Stambułu, wspólnoty wiernych wielkości małej rosyjskiej parafii.

Za bramą uprzejmie mnie witają kapłani w czarnych sutannach. Bazylika nie ma kopuły, ściśle według przestróg sułtana, którzy po zdobyciu Konstantynopola, oczarowany pięknem bizantyjskich bazylik, postanowił, że ten styl architektoniczny będzie odtąd wyłącznie przywilejem meczetów. Dźwięk dzwonów, głuchy jak pukanie w drzewo, i stłumiony, ginie w krzyku muezinów i ptaków. Jednym z pierwszych przedsięwzięć sułtana Mehmeda Zdobywcy po zdobyciu miasta było odbudowanie patriarchatu greckiego. Wyciągnął z więzienia wykształconego mnicha o imieniu Gennadios i obdarzył go przywilejami i bogactwem. Nie mógł go ignorować. Zasięg wpływu Greka, od Bliskiego Wschodu po Moskwę, mógł być wówczas większy od sułtańskiego. W Fanarze miały miejsce sobory patriarchów Aleksandrii, Antiochii, Jerozolimy, ale rzadko różnice religijne między chrześcijaństwem a islamem stawały się przyczyną otwartego konfliktu. Nawet, gdy w grę wchodził chrzest wyznawców Proroka – karany przez szariat śmiercią – lub podejrzenie, że takowe miało miejsce. Nie zaburzyło równowagi powieszenie przez Turków w 1821 roku patriarchy Grigoriosa na bramie, która odtąd zostanie na zawsze zamknięta. Wszak Stambuł to nie na darmo miasto zaprawdę święte. Były tu przechowywane gwoździe Męki Pańskiej, siekiera Noego i drzwi do jego Arki, kości wielu męczenników, korona cierniowa, gąbka, włócznia, trzcina Ukrzyżowania. Czerwony płaszcz Chrystusa i szata Matki Bożej. Większość relikwii zniknęła podczas grabieży, ale aura cudowności trwa na tym wielkim bazarze świętości. Sułtan Mehmed II był dumny z posiadania kołyski Jezusa i czaszki świętego Jana Chrzciciela.

Dwie świątynie przeglądają się w sobie jak w zwierciadle, ze szczytów wzgórz. Hagia Sophia, która zachowała imię i duszę, świątynia Bożej Mądrości, bez swoich siedmiu wież, bez mozaik, okaleczona, na zewnątrz i wewnątrz, ale mimo to wciąż Niebiańska.. Na drugim wzgórzu świątynia, która zostanie nazwana „cudem gorejącego krzaka”, rywalka, odpowiedź sułtanatu na architekturę bizantyjską. Największa kopuła świata, Fatih Camii – meczet Mehmeda Zdobywcy, główna kwatera tureckiego islamu.

Koniec epoki Greków Stambułu przyszedł w 1955 roku, podczas postanowionych przez Ankarę pogromów. Grabieże, morderstwa, a potem ucieczka większości ostatnich helleńskich mieszkańców Bosforu. Od tego czasu, przyznają sami mieszkańcy miasta, Stambuł nie jest sobą – miastem kosmopolitycznym. Ale Miasto wciąż trwa, w mieszkańcach.

*

Nocą islam turecki objawia swoją tajemną naturę, swoją odmienność w archipelagu sunny, swoje źródło.

Noc to pora wyjątkowa, miraż, czas lotu Proroka na rumaku do nieba, najgłębsza tajemnica, nawet dla samych muzułmanów. Błądzę po uliczkach oświetlonych lampami w kolorze siarki, w ultrakonserwatywnej dzielnicy Fatih, gdzie małe księgarnie wypełnione są świętymi tekstami w arabskiej kaligrafii, osiemdziesiąt lat temu zakazanej przez Atatürka, a liczni przechodnie kupują słodycze, by potem zniknąć w ciemności. Szepty i śmiech, krzyk mew w nocy, i znów wraca dźwięk bambusowego fletu, otwierają się wysokie drzwi dawnej bizantyjskiej bazyliki. Za progiem światła, na ziemi, w przedsionku, resztki dopiero co ukończonej uczty, dzieci wyskrobią z głębi garnków kurczaka z ryżem. Wejście do nawy kościoła jest strzeżone przez pustą trumnę ustawioną pionowo, i przez zegar z nieruchomym wahadłem. W owalnej przestrzeni kościoła krąg mężczyzn wznosi lament, powtarzając jeden motyw muzyczny, jeden wers z dwiema spółgłoskami „el” i „ha”. To muzułmańskie wyznanie wiary, szahada, zarazem negacja i potwierdzenie, powtórzone w nieskończoność staje się wehikułem kontemplacji, póki nie spadnie
na adepta, niczym grom z jasnego nieba, znaczenie ponad wszelkim znaczeniem.

Wreszcie go dostrzegam, długi bambusowy flet z siedmioma dziurkami. Ney. Gra na nim siwy mężczyzna z zamkniętymi oczami.

Krąg się rozsypuje, by złożyć pokłony, i potem powtórzyć je jeszcze raz i jeszcze raz, w wojskowej dyscyplinie. Plecy, głowy, pięty, dłonie, ustawione równo wzdłuż niewidocznej, prostopadłej wobec Mekki, linii, która z kolei dzieli w poprzek przestrzeń greckiej świątyni. Perfekcja harmonii dwóch różnych modułów duchowych. W Stambule nie niszczy się cudzych pamięci, ale się je zamieszkuje. To bazylika Paleologów, przestrzeń, która tylko zmieniła lokatora.

Wychodzę w noc. W Tekle, świątyni bractwa sufickiego Jerrahi-Halveti odbywa się misterium Proroka, który galopuje przez siedem niebios. Mężczyźni tańczą w kręgu, patrzę na nich z babińca, z góry, przez drewnianą kratę: tancerze spleceni są ciasno ramionami, twarz przy twarzy, plecy przy plecach, wygląda to niczym otwarte przez chirurgów serce, które pulsuje, zamyka się i otwiera. Koncentryczne kręgi czterdziestu wtajemniczonych, czternastu, siedmiu, trzech, a w środku jeden. Kobiety z trudem powstrzymują śpiew, jakby potężne wibracje ich delikatnych głosów mogły naruszyć regularne kręgi poniżej. Studentki, gospodynie domowe. W welonach, sutannach szerokich jak worek, i obcisłych dżinsach.

– To są kręgi wielebnych – tłumaczy mi szeptem pulchna pani w muślinowej chustce – a ten w środku to szejk, który został wybrany we śnie.

Dochodzi do nas jeden wspólny głośny oddech, jedno westchnienie, ulgi i rozkoszy. Płacze młoda dziewczyna z twarzą przytkniętą do kraty.

– To wustat – powiada pani w muślinowej chustce – serce zamiera, jak w miłości.

Kręgi pod nami rozpadają się, i tym razem przypomina to płatki kwiatu. Znów melodia fletu. Zapach potraw, brzęk naczyń, śmiechy. Mężczyźni pozdrawiają szejka, jeden po drugim, z wielką czcią, kładąc rękę na sercu. W korytarzu kilkuletni chłopiec w przykrótkich spodniach wiruje pod okiem nauczyciela. Jedno ramię trzyma uniesione do nieba i tam patrzy wirując, drugie opuszcza, lekko przygięte, ku ziemi.

I znów jest noc.

Cisza, pada śnieg. Rocznica śmierci najukochańszego poety Turcji Dżalalodina Rumiego. Jego tytuł Maulana (po turecku Mevlana) znaczy Nasz Pan. Również on, jak wielu innych sufich, przybył do Turcji z perskiego Chorasanu. Mówią często sufi, że prawdziwy muzułmanin powinien tam kierować swój wzrok, a nie w stronę Mekki. Maulana zainspirował Goethego. Był Dantem Alighierim islamu. Jego syn pisał o nim: „był uczonym, stał się poetą. Był ascetą i upił się miłością”. Pisał Maulana: „to ogień, nie wiatr jest dźwiękiem fletu”. W muzycznych kadencjach jest ukryte niebo... „gdybym je wyjawił, świat cały by zadrżał”. Upojony kielichem miłości, wołał: „przyjdź, przyjdź, kimkolwiek jesteś, [...] przyjdź, nasz dom nie jest miejscem smutku”. Uroczystości towarzyszą honorowi goście: patriarcha Greków, patriarcha Ormian i naczelny rabin Stambułu. Łagodna melodia w półtonach, niesie wytchnienie, odpoczynek. I znów taniec rozpoczyna się w kręgu, po czym derwisze odłączają się, długo wirując w cichym szumie, osobno i jednocześnie razem, w chłodnym powiewie szerokich spódnic. Wśród wirujących dziewczyny, których obecność łamie wszelkie tabu. Czytam Maulanę: „Moim jednym zajęciem jest uczta duszy i dzikie pijaństwo. Jeśli choć raz w tym świecie spędzę, choć chwilę z Tobą, zdepczę oba światy i będę tańczyć w triumfie, na wieki”. Stambuł, stacja przesiadkowa na trzech wielkich szlakach. Karawany do Mekki, pielgrzymki do Ziemi Świętej, powrót do Ziemi Obiecanej. Stambuł, cel podróży inicjacyjnych, od Casanovy do Nervala, od Gautiera do Fermora. Stambuł, wir wodny, spływ dwóch osobnych mórz dwoma przeciwnymi sobie prądami. Miejsce, rodzące muzykę.

*

Hotel De Londres w dzielnicy Pera, idealny punkt tranzytowy w kierunku Kaukazu, Krymu i Iranu. Miejsce metafizyczne. W korytarzach słyszę wrzask papug i kukułki starych zegarów odmierzających własny czas. Wyłysiała wykładzina podłogowa, nasycona zapachem narghili. Noc jest długa, bezsenna, między osmańskie kandelabry ukradkiem wsuwają się cienie, a potem już nie dają chwili wytchnienia, wypełniają pokój, zapadają się w stare łóżko z popsutymi sprężynami. Rabbi Nachman z Bracławia tańczy półnagi na ulicach Pery, czekając na niemożliwy – bo wokół armie Napoleona i flotylle piratów – statek do Ziemi Izraela. Zeus w postaci byka porywa Europę, oto galopują po falach cieśniny. Adam Mickiewicz, w agonii, śni o zmartwychwstaniu Polski, jak feniks z popiołów, przy udziale żydowskiego Mesjasza. W tłumie pielgrzymów z Rosji dostrzegam Wierę, pustelniczkę, która chciała mnie za towarzyszkę wędrówki do Ziemi Świętej. Jest też hrabia Potocki, buszujący jak kot w ciemnych zaułkach. Cienie obsiadają miejsce pomiędzy snem a jawą, unoszą się w plamach kolorów, w niewyraźnych zarysach kształtów. Owoc granatu przerywa wizję, upada, bryzga czerwonym sokiem, toczy się, pędzi w dół, podskakuje na kocich łbach, biegnę za nim pod nadętymi jak żagle prześcieradłami, potykam się między bosymi stopami dzieci na sankach z kartonów, między kołami wózków pchanych przez sprzedawców pod górę. I potem przychodzi świt, światło rysuje minarety na niebie wykadrowanym przez aksamitne, zniszczone kotary.

Fragment książki „Genti di Dio, viaggio nell‘altra Europa”, która w maju ukaże się we Włoszech w wydawnictwie Frassinelli.

Monika Bułaj – reportażystka i fotograf. Zajmuje się pograniczami wiar w Afryce, Azji, na Bliskim Wschodzie i w Europie Wschodniej. Publikuje m.in. w „GEO”, „National Geographic” oraz magazynach dzienników „La Repubblica” i „Corriere della Sera”.

Rumi
Miasto, w którym rod [...]
Jednośc instrumentalna
Spoglądam w przeszł [...]
Rumi w mgnieniu oka
Przedstawienia
Rola za rolą, za rolą ro [...]
Człowiek z paździer [...]
Śmieci, cisze
Ptaki nieloty
Sąd w wygodnych fote [...]
Capote gay-friendly
Przełamując Dürrenmatta [...]
Lament sportowy
M jak miłość ci wszystk [...]
Idę do fryzjera, niech si [...]
Teatrzyk z miasteczka [...]
Teatr telewizji-Scena faktu
Poszedłem po słońce
Opera
High tech politics
Paryski... fal
Zapiski starucha
Zemsta
Performans
Pamięci przemów!
Poszerzanie pola
Nieprofesjonalni
Odkrycie amatora
Skandynawia
Od lęku naszego powszedni [...]
Świeże soki
Dramat bez story-telling
Alternatywy cztery-dyskusja
Nikt nie da ci zginąć
Brak nam systemu
W świetle lamp jarzeniowy [...]
Przewrót kopernikański
Teatr przedwojenny
Żydowska Banda, czyli o&n [...]
Książki
Alternatywne paradygmaty r [...]

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone