15-01-2021

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Piotr Sobierski

fot. archiwum Teatru Rozrywki w Chorzowie

Obecny sezon okazuje się łaskawy dla teatru muzycznego. Publiczność tłumnie wypełnia widownie nielicznych tego rodzaju placówek w naszym kraju. Wielkim sukcesem okazał się nie tylko najbardziej
oczekiwany spektakl roku – „Upiór w operze”, ale i każde z przedstawień pierwszego Festiwalu Teatrów Muzycznych w Gdyni, organizowanego z okazji pięćdziesięciolecia gdyńskiego Teatru Muzycznego.
Sukces frekwencyjny nie przekłada się jednak na sukces artystyczny. Teatr Muzyczny w Gdyni nazywany przez lata polskim Broadwayem, powodzenie „Metra” Janusza Józefowicza czy obecne działania
Capitolu i Romy – to nieliczne przypadki dużego sukcesu komercyjnego i artystycznego. Polski musical poza paroma wyjątkami pogrążony jest w marazmie, a szans na poprawę w najbliższym czasie nie widać.

W Polsce, inaczej niż na Zachodzie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, teatr muzyczny zawsze stał na uboczu. Traktowany jako rozrywka na niezbyt wygórowanym poziomie, lekceważony nie tylko przez politycznych, ale i teatralnych decydentów. Większość teatrów do 1989 roku prowadziła politykę wypełniania sali po brzegi jak najniższym kosztem. Nie stawiano sobie za cel kształtowania gustów, celem
było schlebianie im. Była to konsekwencja chorego systemu zarządzania teatrem, gdzie nie liczyła się artystyczna wartość dzieła, a pozytywna opinia politycznego gremium, które decydowało o pozostaniu
na dyrektorskim fotelu. W obecnej sytuacji zmieniło się tylko to, że rolę politycznych ciał przejęła nieubłagana moc rynkowych mechanizmów. Finanse, a raczej ich brak, rodzą ogrom problemów, a te zdaje się najłatwiej rozwiązuje tak zwane granie pod publikę i brak ryzyka, które mogłoby nadszarpnąć budżet teatru.

Teatr muzyczny w Polsce to bez mała historia operetki. Większość dzisiejszych scen zaczynało w latach pięćdziesiątych od wystawiania głównie tego gatunku. Na tle całości wyróżnia się powstały w 1958 roku Teatr Muzyczny w Gdyni, który za inicjatywą założycielki, Danuty Baduszkowej, z roku na rok zmniejszał udział operetki w repertuarze. Baduszkowa, która realizowała niezwykle przemyślaną wizję teatru, od początku stawiała na musical, szczególnie ten tworzony przez polskich twórców. W pierwszym dwudziestoleciu rodzime produkcje stanowiły ponad połowę wystawianych tam premier. Jak na ówczesne czasy, było to nowatorskie podejście do teatru muzycznego, które zainicjowało nowe podejście do tego gatunku w skali całego kraju.

Jerzy Gruza przejmując dyrekcję Muzycznego w Gdyni, dokonał rzeczy niebywałej. Ściągając zachodnie tytuły z najwyższej półki, zapełnił niemałą przecież, bo mieszczącą ponad siedemset osób, widownię po brzegi. Takie tytuły jak „Jesus Christ Superstar”, „Skrzypek na dachu”, „Les Misérables” czy „Człowiek z La Manchy” nie schodziły z afisza przez kilka sezonów, stając się dodatkowo wyznacznikiem artystycznego poziomu na kolejne lata. Jak trudno dorównać tamtym spektaklom, wie najlepiej Maciej Korwin, który obejmując placówkę po Gruzie, przez lata zmagał się ze stagnacją gdyńskiej sceny. Dopiero ostatnie sezony – kiedy to gwałtownie odmłodzono nie tylko repertuar, ale i zespół – zaczęły przynosić oczekiwany rezultat. Duży w tym udział gorących tytułów: „Hair”, „Footloose”, „Fame” czy „Kiss me, Kate”. Nie bez znaczenia pozostaje fakt corocznych premier polskich musicali. Żadna ze scen nie wystawia tak często rodzimych produkcji. W Gdyni powstały: trans opera „Sen nocy letniej” Wojciecha Kościelniaka, z doskonałą i wymagającą muzyką Leszka Możdżera, pierwszy polski show taneczny „Opentaniec” oraz hiphopowy spektakl „12 ławek” Jarosława Stańka. Gorąco przyjęta została przez publiczność oraz krytykę ostatnia premiera Muzycznego – „Francisco”, opowieść o świętym
Franciszku, autorstwa Wojciecha Kościelniaka z librettem Romana Kołakowskiego i muzyką Piotra Dziubka.

Poszukiwanie nowych form w teatrze muzycznym nadal jest jednak rzadkością. Mało który teatr decyduje się na takie wyzwanie. Poza gdyńskim zdecydowanym liderem jest wrocławski Teatr Muzyczny
Capitol, którego twórcy stali się twarzą awangardowych przedstawień muzycznych. Dzięki głośnym produkcjom: „Mandarynki i pomarańcze”, „Gorączka” oraz ostatnio „Scat” i „Śmierdź w górach”, Capitol
stał się twarzą musicalu nowej generacji. Jednych to zachwyca, inni nie szczędzą krytyki – charakterystycznymi cechami tych spektakli są m.in. obcy dotychczas musicalowi pastisz oraz bogactwo
muzycznych i aktorskich form.

Pozostałe placówki przyjęły politykę tworzenia teatru, który nie wchodzi w dyskurs z publicznością. Wyznacznikiem ich artystycznego kunsztu jest wystawianie światowych hitów oraz archaicznych i stereotypowych operetek. Większość z nich porywając się na realizację klasyki gatunku, nie potrafi zmierzyć się z legendą. Znakomitym przykładem jest gliwicka realizacja opartego o step musicalu „42nd Street – 42 ulica” w reżyserii Marii Sartovej. Zadziwiające, że jeszcze w dzisiejszych czasach można zaprezentować publiczności widowisko pozbawione minimum pomysłu nie tylko w kwestii kostiumów i scenografii, ale i najważniejszych elementów, jak śpiew i taniec. Nie inaczej ma się sytuacja
z chorzowskim „Rent” w reżyserii Ingmara Villqista. Wystawienie kontrowersyjnego, jak na polskie warunki, musicalu pokazuje, że Teatr Rozrywki nie zamyka furtki na eksperyment i młodą publiczność.
Wykonanie jest jednak dalekie od perfekcji. Błędy w obsadzie, problemy z dykcją głównych wykonawców oraz pozbawiony werwy młody balet to podstawowe mankamenty spektaklu. Jest jednak nadzieja, że
ta scena może mieć przed sobą dużą przyszłość, o czym świadczy budowanie szerokiego wachlarza tytułów, od klasyki musicalu po polskie produkcje (jak „Dyzma – musical”) czy zagraniczne hity (przygotowywany właśnie, ukierunkowany na młodą widownię „High School Musical”).

Kwestią decydującą o poziomie wystawianych widowisk są możliwości inscenizacyjne. Podstawą musicalu jest zgrany i dobrze wyszkolony zespół. W Polsce nadal kuleje system kształcenia w szkołach artystycznych, nastawionych głównie na potrzeby opery i baletu. W zbyt małym stopniu kładzie się nacisk na interdyscyplinarny rozwój, który odgrywa znaczącą rolę w teatrze muzycznym. Patrząc na poziom
przedstawień, najlepiej radzą sobie z tym ośrodki, które korzystają z zasobów stricte musicalowych szkół, jak Teatr Muzyczny w Gdyni ze swojego Studium Wokalno-Aktorskiego. Musical to również pieniądze
wymagane przy kosztownych spektaklach, ale i niezbędnych dzisiaj działaniach promocyjnych. Perfekcyjnie radzi sobie z tym Roma. Jednak ma ona asa w rękawie – artylokalizację w stolicy, gdzie znajdują się nie tylko centralne ośrodki ogólnopolskich mediów, ale i siedziby najważniejszych koncernów,
które zainteresowane są pełnieniem funkcji mecenasa sztuki. Takiej szansy nie ma większość teatrów muzycznych w Polsce. Abstrahując od ich obecnego poziomu, te, które liczą się w artystycznych kategoriach dobrego smaku, pozbawione są silnego finansowego wsparcia. Decyduje to o ich przegranej na samym starcie w walce nie tyle o rozszerzanie publiczności, co o poziom artystycznego kunsztu czy najlepszy zespół wykonawców.

Obecne działania teatrów muzycznych skłaniają do wniosku, że mimo coraz większego zainteresowania tą rozrywkową wersją teatru problem ich jakości nadal będzie istniał. Nie można mówić o przekraczaniu artystycznych granic, szokowaniu nowatorską wizją w sytuacji, gdy nie potrafimy sprostać tradycji i podstawowemu kanonowi tejże sztuki. Dopóki z tym będą największe problemy, teatr muzyczny nadal będzie rozrywką i tylko rozrywką, pomijaną w poważnym dyskursie o teatrze.

Piotr Sobierski – dziennikarz trójmiejskiego wydania „Gazety Wyborczej”.

Czas musicali
Śpiewaj, śpiewaj, śpiew [...]
Chłopięca rebelia
Gdzie jest polski musical? [...]
Musical rozwija skrzydła
Duchy popu
Teologia teatru
Teologia w działaniu
Przedstawienia
Nie ma rozpusty gorszej ni [...]
Kto chce czytać, niechaj [...]
Klątwa. Trzeci powrót Od [...]
Mrok jak światło
Wszystko dozwolone
Z papieru i sznurka
Oda do młodości
Przepis na projekt ekspery [...]
Witaj na Cyprze
Interpretacje
Wanna wobec Marata. O form [...]
Niemożliwa rewolucja
Wyżej nie podskoczysz
Bajka o żelaznym wilku
Dokąd idiesz czerwony kap [...]
Teatr telewizji-Scena faktu
Gułag dokumentalnie
Kontrapunkt-Berlin
O kobiecie, której puści [...]
Kobiety mówią
Maszeruj albo giń!
Nowy Świat pełen klawisz [...]
Opera
My, biedni ludzie...
Reportaż
Festa Candomblé
Teatr ukraiński
Łeś Kurbas, czyli teatr [...]
Prolog z błaznem
Rozumny arlekin
Kufer z książkami
Mapa nowego świata
Kabarety polskie
Mumio a Tey-bilans kabaret [...]
Wyspiański wielokrotnie
Sen nocy listopadowej
Monologi
Rzeczpospolita kawalerska
Inna się snuje historia c [...]
Mistrzowie krytyki
Krytyk niespieszyny
Książki
Craig bliżej
Obłok krojony

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone