15-01-2021

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Maciej Różalski

fot. Maciej Różalski

Przyjechałem do Suzany o dziewiętnastej. Trochę zamarudziłem, szukając właściwego budynku. Oczywiście okazało się, że własnie pod nim stoję.

Suzana, profesor na wydziale teatru miejscowego uniwersytetu UFBA (Uniwersytet Federalny Stanu Bahia), ma piękny ogród w stylu japońskim. W mieszkaniu spotykam też Franka, tancerza z Niemiec przebywającego w Salvadorze na stypendium rządu niemieckiego. Tak jak wielu naukowców i artystów zafascynowanych kulturą afrykańską w Brazylii przyjechał studiować tu, gdzie jej obecność daje się odczuć najwyraźniej. Salvador jest stolicą położonego na północnym wschodzie Brazylii stanu Bahia. Jest miastem, w którym olbrzymią większość stanowi ludność czarnoskóra. To tutaj kultura afrykańska przywieziona wraz z kolejnymi transportami niewolników zachowała się w całym swoim bogactwie.

Później wspólna jazda samochodem z dystryktu Graća gdzieś w stronę Rio Vermelho. Trzy razy się zgubiliśmy. Odkrywam ze zdumieniem, że Suzana jest kłótliwa i zadziorna. Dopytuje się dociekliwie miejscowych chłopaczków o drogę, nie pozwala się zbywać. Ona prowadzi, Frank siedzi cicho z boku. W końcu znajdujemy właściwą uliczkę. Samochód zostaje wciśnięty niewielki zaułek i dalej już na piechotę. Zupełnie niechcący wchodzimy na jakąś prywatną festę, kiełbaski i piwo. Suzana z półuśmiechem stwierdza, że to chyba nie tutaj. Ludzie mówią, że Candomblé to zaraz obok.

Przeciskam się przez wąską metalową furtkę i od razu inny świat, niedostrzegalny z ulicy. Po lewej stronie dużego podwórca pali się wielkie ognisko. Na wprost duży budynek, który da się obejść z obu stron wzdłuż muru. Idąc lewą stroną i mijając rząd siedzących, jedzących, stojących, palących ludzi, dochodzi się do wejścia. Jakieś kurtuazyjne rozmowy. Krótkie spotkanie ze starszym, konkretnym w obyciu człowiekiem. Później okazuje się, że to Sergio Ghedes, pracownik sekretariatu kultury stanu Bahia.

Spotykamy też Sandrę. To znajoma Susany, tak jak ona profesor tańca w Escola de Danća na Uniwersytecie Federalnym. Okazuje się, że Sandra należy do tutejszej rodziny Candomblé, jest wyznawcą. Należy do ekedes świątyni, czyli kobiet, które służą bóstwom podczas rytuału. Jest owinięta w długą białą suknię, podobnie zresztą jak inne służki. Każde Orixá (w jorubijskim – bóstwo), kiedy przybywa, jest pod opieką jednej lub dwóch takich ekedes. One nigdy nie doznają opętań, zawsze podążają tanecznym krokiem za Orixás, aby służyć. Ocierają specjalną chustą pot z ciała wierzchowca, którego dosiadło Orixá. Bóstwo nie czuje zmęczenia, ale ciało poci się pod wpływem wymagającego wysiłku tańca. Ekedes natomiast pilnują wolnej drogi, usuwają przeszkody, są rodzajem ziemskiego opiekuna. To rodzaj relacji opartej na służbie, która jest zarazem przewodnictwem.

Rytuał Xangô

Wydaje się, że terreiro Ilź Axé Cobri jest dostatnią wspólnotą.Frank twierdzi, że panuje tu tradycja Joruba. Candomblé dzieli się na kilka rodzajów, w zależności od tego, skąd do Brazylii zostali sprowadzeni afrykańscy niewolnicy. Najbardziej rozpowszechniona jest właśnie tradycja jorubijskiego Keto, które przybyło z rejonów dzisiejszej Nigerii. Istnieją też inne formy kultu, nazywane między innymi Angola lub Jeje. W zależności od pochodzenia, różnią się obrządkiem. Każda kolejna fala przybyłych do Brazylii niewolników przynosiła ze sobą inne tradycje, język, obyczaje i rytmy muzyczne. Przemieszanie to dobrze pokazuje w swojej, znanej w Polsce, książce „Samba z Bogami” Leszek Kolankiewicz1. To, co jednak łączy wspólnotę Candomblé, to wydarzające się niezależnie od różnic w obrządku opętania. Wyznawcy Candomblé wierzą, że w ciała inicjowanych tancerzy wcielają się bóstwa zwane Orixás. Wezwane dźwiękiem rytualnych bębnów i grzechotek, przybywają na obrzęd z Afryki, ze swojej mitycznej siedziby. W zależności od pór roku i indywidualnego cyklu obrzędowego w każdej ze świątyń przywołuje się określone Orixás. Każdy z rytuałów różni się odmiennymi od pozostałych rytami bębnów, barwami sukien tancerzy, rodzajem składanej ofiary, ale przede wszystkim sposobem tańca. Główna sala terreiro2, w której powoli zaczynają gromadzić się ludzie, jest dosyć dużych rozmiarów. Pośrodku stoi potężny filar, na którym widnieją znaki bohatera dzisiejszego święta, Xangô-Airâ – pana burzy i grzmotów. Chodzi przede wszystkim o oxź, czyli rodzaj miniaturowej siekiery o dwóch ostrzach. Zostajemy zaproszeni do środka. Nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi i mamy szansę zająć lepsze miejsca. Okazuje się zresztą, że są właśnie najgorsze, bo ławka pod ścianą, na której usiadłem z Frankiem (kobiety siadają na oddzielnych miejscach, więc tylko z daleka mogę dostrzec twarz Susany), zostaje później szczelnie zasłonięta przez przybywających mężczyzn, tak że jesteśmy zmuszeni właściwie przez cały rytuał, czyli następne sześć godzin, stać. Zaprawiony w „bojach świątynnych” Frank w pewnym momencie stwierdza, że to nieruchome stanie jest jak medytacja.

Oczywiście, jak zwykle w Brazylii, wszystko się niemiłosiernie spóźnia. Trwają jakieś ustalenia. Sala pełna jest kobiet i mężczyzn ubranych na biało. Pod sufitem wiszą setki białych wstążek, tworząc coś w rodzaju falującego sufitu. Na ziemi z kolei pełno jest świeżo ściętych zielonych liści poświęconych Ossâim – bóstwu zdrowia i liści rytualnych. W powietrzu czuć ich świeży zapach pomieszany z zapachem palonych w ogniskach kadzideł i wszechobecnych podczas rytuałów Candomblé perfum zwanych alfazema. Najbardziej urzekające jednak są kwiaty, dziesiątki pięknych bukietów białych kwiatów poumieszczanych w różnych miejscach barraćao (sali obrzędowej). Przybywa kobiet ubranych na biało. Jest ich już kilkanaście, skupionych w pustej przestrzeni pośrodku pomieszczenia. Najwięcej ludzi pozostaje jednak ciągle po drugiej stronie, patrząc od wejścia. Tam zostały ustawione honorowe krzesła, na których siedzą poważne i skupione starowinki. Pośród nich wyróżnia się oczywiście Mãe-de-santo, starsza kobieta o pomarszczonej, ale charyzmatycznej twarzy, w żółtym turbanie na głowie.

Trwają powitania. Kolejne grupki szacownych matron, rzadziej mężczyzn, przybywają i wymieniają rytualne pocałunki. To jedna z charakterystycznych sytuacji dla obrzędów Candomblé – powitania i obejmowanie się, serdeczność wymiany uścisków, która daje się odczuć podczas całego spotkania. Szczególnie wyraźnie zostanie podniesiona waga tej emocjonalnej wymiany podczas uścisków i błogosławieństw, jakie bóstwo Xangô będzie wymieniało ze wszystkimi członkami i świadkami rytuału. Zwykle dane Orixá musi przywitać się ze wszystkimi uczestnikami rytuału i po odbyciu cyklu rytualnych tańców rozpoczyna długą podróż przez terreiro, obejmując każdą kolejną osobę. Często same tego typu powitania (agradecimento) trwają kilka godzin. Pełnią one szczególnie ważną rolę w rycie Candomblé. Pae Nilsinho, główny kapłan innego terreiro Ilź Axé Alaketo, twierdzi, że jest to wręcz jedna z konstytutywnych cech tej religii. Wymiana wzajemnego powitania służy konsolidacji więzi społecznych, ochronie i błogosławieństwu. Jest sposobem na przezwyciężenie obcości transcendentnego świata wdzierającego się w rzeczywistość obrzędu i na zapewnienie sobie przychylności przybywających tego dnia bóstw.

Można to wyraźnie dostrzec na początku ceremonii. Córy bogów zaczynają powolną i długotrwałą część obrzędu zwaną Xiré (w bezpośrednim tłumaczeniu: „powitanie bóstw”). Formując okrąg, kobiety zaczynają rytmicznie się poruszać w stronę odwrotną względem wskazówek zegara. Ma to symbolizować unieważnienie i cofnięcie się względem porządku czasu linearnego – ku czasowi początku, czasowi Orixás. Interesujący jest fakt, że okrąg nie jest symetryczny. Jego łamanie, przestoje i niekończące się, wzajemne powitania nie rozbijają wewnętrznej spójności obrzędu, który nie buduje się na zasadzie symetrii, ale wynika z pracy wspólnego rytmu grupy odprawiającej rytuał. Proces narasta nie tyle dzięki odczynianiu kolejnych gestów i realizacji kolejnych etapów liturgii. Tworzy się z narastającej rytmiczności wydarzenia. Nie można mówić o jakiejś ścisłej symetrii, porządku. Proces rozbija się niekiedy na kilka oddzielnych wydarzeń, albo wręcz zderza się z profanum wszechobecnych pogaduszek i rozmów – na przykład kiedy dwie młode dziewczyny, nieświadome obecności nadchodzącego Xangô, stanęły na drodze jego tańca, zatopione na dobre w radosnych plotkach.

Kobiety już od dłuższego czasu pulsują w tańcu otwierającym rytuał Xiré. Muszą być powitani i przedstawieni wszyscy potencjalni boscy goście, każdemu zostają poświęcone pieśni. Temu właśnie służy Xiré – czas powitań. Wraz z kolejnymi rytami tempo jednak narasta, kroki tancerzy systematycznie przyspieszają. Wreszcie dochodzi do kulminacji Xiré. W tym czasie przełomu nadchodzą opętania. Pojawiają się mężczyźni z wielkimi metalowymi grzechotkami. Podnosi się tumult. Ludzie wiwatują i klaszczą. To już czas. Wysłano zaproszenie, które przez ocean ma sprowadzić Orixá na ceremonię. Olbrzymia ilość białych kwiatów oraz radość oczekiwania na przybywającego gościa rodzi dalekie skojarzenia – tak mogła wyglądać Niedziela Palmowa, kiedy Jezus wjeżdżał przez miejskie bramy Jerozolimy.

Niedługo potem przychodzi Xangô. Stara kobieta, jedna z tańczących, zatacza się i wstrząsa swym potężnym ciałem kilka razy. Głośny krzyk radości wznosi się jeszcze donośniej – oto przybyłeś, okazujemy radość z twojej obecności! Xangô otrząsa się i obchodzi w tańcu kilkukrotnie świątynny słup.

Techniki tańca Candomblé obalają europejskie wyobrażenia o transie jako niekontrolowanym paroksyzmie. Inicjowani tancerze poddani działaniu transu poruszają się wiele godzin z niezwykłą dokładnością. Ich ciało przeobraża się, gesty i kroki wyrażają mityczny charakter bóstw – mimo niewątpliwego braku świadomości dosiadanych przez bóstwa „wierzchowców”. Sam akt opętania tancerza przez bóstwo nie ma nic wspólnego z chaotycznym atakiem konwulsji i drgawek. To wyobrażenie, które biały człowiek przynosi najczęściej ze sobą na ceremonię Candomblé, bierze swoje początki z popularnych w latach pięćdziesiątych tanich horrorów, swobodnych fantazji na temat haitańskiego voodoo, pokrewnego Candomblé. Jak pisze Roger Bastide, jeden z pierwszych badaczy brazylijskiego Candomblé jako autonomicznej religii, podczas ceremonii rzadko kiedy ma miejsce tak zwany dziki trans. Pojawia się on zwykle w przypadku indywidualnych problemów osoby, która bierze udział w uroczystości, a przychodzi spoza grupy obrzędowej3. Takie przypadki są bardzo źle widziane. Obrzędowe opętanie jest przygotowywane na wiele dni wcześniej. Składane są określone ofiary, a przyjście Orixá związane jest też z właściwym momentem kalendarza liturgicznego danego terreiro. Także samo opętanie ma swój
określony przebieg. Nie jest chaotycznym atakiem i różni się w zależności od bóstwa i rodzaju ceremonii.

Sposób ubioru, prezentacji, gestyki, a przede wszystkim techniki tańca danego Orixá stanowi całe kompendium wiedzy zebranej w niejednej dotyczącej tematu monografii. Pokonywaną przez bóstwo drogę wypełnia seria powitań i błogosławieństw, które rozpoczynają się oczywiście od Mãe. To cykl oddawania honorów, który stanowi główną część obrzędu; każdy dostaje porcję pozdrowień i błogosławieństw od boskiego przybysza. Podczas powitań daje się jednak dostrzec, że niektóre kobiety wcale nie są zachwycone z tego faktu. Ich twarze wyrażają powagę, a w kilku przypadkach nawet rozpacz. Po chwili okazuje się dlaczego. Xangô nie tylko wita, ale przez dotyk przekazuje także energię transu, energię Axé. Jak mówi Leszek Kolankiewicz, w Brazylii wszystko przepojone jest Axé. Kobiety na plaży, tancerze samby, walczący mężczyźni, ale przede wszystkim inicjowani doświadczający opętania – wszyscy oni mają Axé, energię, mana, życiodajną moc. W trakcie powitań dochodzi więc jeszcze do dwóch opętań.
Dwukrotnie przychodzi Yemanjá, jedna z żon Xangô.

Trwa to dobrą chwilę, czyli w realiach Candomblé około godziny. Po czym Orixás kierują się do zamkniętych części terreiro. Tam zostaną odpowiednio odziane do tańca, który będą wykonywać za chwilę.

W tym czasie następuje przerwa, podczas której rozdawane jest jedzenie. Dom jest zamożny. Każdy z gości (czyli około sto osób) zostaje obdarowany pokaźnym talerzem dymiącego posiłku. Oczywiście jako gringo (czyli biały przyjezdny) dostaję jedzenie na końcu, kilkukrotnie ostentacyjnie lekceważony kolejnością. W końcu jednak któryś ze starszych członków rodziny wydaje wyraźne polecenie, abym też dostał swój posiłek. To główna zasada Candomblé: każdy jest gościem i obdarza się go szacunkiem.

Po następnej godzinie Orixás wracają. Xangô ma na sobie paradną suknię, metalowe bransolety, koronę i rodzaj pancerza. W szatach pobłyskują także, co ciekawe, duże klucze, także zrobione z metalu. To pozostałości sławetnego synkretyzmu z religią katolicką. Kiedy Candomblé w Brazylii było zabronione, a niewolnictwo powszechne, wyznawcy kultów afrykańskich zaczęli uznawać świętych katolickich, ale przypisując im charakterystykę swych rodzimych bóstw. W ten sposób Oxóssi, bóstwo lasu i polowań, przeistoczyło się w świętego Jerzego, a Ogun, bóg wojny, stał się świętym Antonim. Klucze są symbolem świętego Pawła, powiernika wrót niebiańskich. Jemu odpowiada w panteonie Candomblé Xangô, bohater dzisiejszej uroczystości. Jak mówi Pae Nilsinho, obecnie odchodzi się jednak od form synkretycznych, poszukując źródeł afrykańskiej tożsamości.

Taniec Xangô trwa długo, jest spokojny, ale miejscami przybiera na sile. Suzana Martins, badaczka technik tańca Orixás, twierdzi, że każdy taniec charakteryzuje wewnętrzna praca przeciwieństw – wolno i szybko, dynamika i spokój4. Można by wręcz poszukiwać tu podobieństw z wywodzącą się z taoizmu zasadą jin/jang. Porównanie, które może wydać się odległe, ale daje do myślenia – jeśli chodzi nie tylko o zachowanie Orixás, ale przede wszystkim o ich boską charakterystykę, rozpiętą zawsze między dwoma przeciwieństwami. Każde Orixá ma swoją gwałtowną i statyczną stronę. W zależności od okoliczności atakuje zewnętrzną ekspresją ruchu lub też ogarnia wewnętrznym spokojem. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to jedna z podstawowych teologicznych zasad religii Candomblé.

To momenty prezentacji, więc, jak mawia Leszek Kolankiewicz, „Orixás dają czadu”. Po Xangô prezentuje się Yemanjá. Tańczą dwie kobiety. Jedna niższa, korpulentna jest bardzo dynamiczna. Jej taniec jest żywy i pełen radości. Postępująca za nią wysoka, chuda kobieta jest bardziej ascetyczna. Znowu opozycja. Wydaje
ostre okrzyki, jej taniec jest mniej przystępny. Co interesujące, wszystkie Orixás zwracają się w swoim tańcu ku wyjściu. Wtedy, jak na komendę, ludzie rozstępują się, tworząc rząd. Ustawieni po obydwu stronach, podnoszą ku bóstwom ręce. One podążają wzdłuż tego szpaleru ku drzwiom. Sytuacja ta powtarza się kilkukrotnie.

W tym czasie pojawia się jeszcze jedno Orixá. Tym razem zostaje opętany mężczyzna. To Oxum, kochanka Xangô, która znajduje się w raczej konfliktowej sytuacji z Yemanjá. Jej obecność jest odrobinę niepożądana w tym miejscu. Może więc dlatego trans wydaje się połowiczny, jakiś niepełny, a opętany człowiek dosyć szybko zostaje wprowadzony do zamkniętych pomieszczeń świątyni. Sytuacja ta przywodzi na myśl zaczątek jakiejś mitycznej dramaturgii, historii rozgrywającej się wciąż od nowa na boskim planie.

Po wielokrotnym powtórzeniu tańca rozgrywającego się na planie koła inne bóstwa zaczynają także w końcu się uspokajać. Jest już coraz mniej ludzi, zbliża się druga w nocy. I wtedy dochodzi do najbardziej elektryzującego wydarzenia. Xangô rozpoczyna rundę wokół całej świątyni. Po kolei obejmuje wszystkich, którzy wytrwali, aby dostąpić tego zaszczytu. Każdemu zostaje dane dotknąć Bóstwa. Doświadczenie nie tyle odczuwalne świadomie, co ogarniające całe ciało5. Na koniec ceremonii Orixá rozdaje wielkie bukiety kwiatów, które Xangô otrzymał wcześniej od Mãe. Dostały je – jako formę wyróżnienia – osoby wybrane przez bóstwo.

Poranna festa dla Erź

Większość badaczy kultów opętań kładzie duży nacisk na ich widowiskowy aspekt. Zarazem jednak dokonuje się rozróżnienia między teatrem i widowiskiem, lub też – jak to proponuje Michel Leiris – między teatrem odgrywanym i teatrem przeżywanym, utożsamiając kulty transowe z tym ostatnim. Brak jest w afrobrazylijskich festach, podobnie jak w innych kultach opętań, właściwej teatrowi ścisłej narracji i dystansu aktora do odgrywanej roli. Festy nie są przedstawiane, a publiczność nie jest biernym odbiorcą, lecz aktywnym uczestnikiem obrzędowych wydarzeń. Zarazem nie ulega dyskusji widowiskowy, czy wręcz teatralny aspekt uroczystości. Zarówno w przypadku Candomblé, jak i innych kultów opętań o rodowodzie afrykańskim sprawdza się opinia wspomnianego wcześniej Michela Leirisa dotycząca kultów Zâr: „Dzięki uczestnictwu wszystkich, tej stałej osmozie między aktorami i publicznością, tego typu przedstawienia (chociaż przerywają zwykły bieg rzeczy) nie sytuują się – jak to ma miejsce w przypadku przedstawień czysto teatralnych – w sferze wyjątkowej, gdzie istoty, które się w niej obracają, są odseparowane od innych i w konsekwencji znajdują się na marginesie życia. Chodziłoby w sumie o szczególe momenty, w których samożycie zbiorowe przybiera formę teatru”6.

Tym bardziej interesująca staje się więc w Candomblé instytucja czegoś, co nazwałbym świątynnym kabaretem. Jedno z Orixás o imieniu Erź, dziecko płatające złośliwe figle, zawsze przybywa po oficjalnej feście. Kiedy goście się rozchodzą, a energia Axé wibruje jeszcze w powietrzu, zaczyna się zgoła inna uroczystość. To jakby odreagowanie sakralnej powagi, którą narzuca akt opętania. Jedna z kobiet, która nigdy nie bierze udziału w rytualnym tańcu, zaczyna mówić zmienionym głosem. Jej chód i ruch zaczynają przypominać postawę jakiegoś błazeńskiego karła. Kręgosłup pochylony, głowa wyciągniętą, chód z rozkraczonymi nogami, ręce majtają się po obu stronach tułowia. To już nie pełne dostojeństwa tańce Orixás, ale niezwykle skomplikowana, stwarzana świadomie przez świątynnego performera, za pomocą
swego rodzaju techniki teatralnej, rola karła-dziecka.

I zaczyna się. Dokładnie jak w Bachtinowskim karnawale świat staje do góry nogami. Orixá zaczyna szydzić, stroić żarty, ale też śpiewać swoim skrzekliwym głosem i grać w rytmie szybkiej samby. Pozostali członkowie diaspory (tak jest też nazywana wspólnota Candomblé) przyłączają się lub czekają z pokorną rezygnacją na wyczerpanie się energii Orixá w jej nowej postaci. Całe terreiro dostaje się we władanie Erź, dostojny porządek festy zostaje przewrócony do góry nogami. Skrzekliwa postać rozpoczyna obchód po terreiro. Niczym błazen czepia się kolejno różnych cór bogów, zmęczonych całonocnym opętaniem, i tworzy coś w rodzaju małych komediowych scenek, których tematem stają się dostojne matrony, małe dzieci lub też pozostali jeszcze w terreiro goście.

– Nikt nie ma prawa przerwać pochodu Erź – mówi Pãe de Santos Nilsinho i tłumaczy, że w Candomblé wszystko dąży do zachowania równowagi. Orixás reprezentują energię życia i natury. Tak jest też z Erź, które odwraca porządek, wyśmiewa i zniekształca. Je rękami, jedzenie wypada mu z ust, jest ordynarne i większość jego żartów dotyczy sprośnie i dosłownie traktowanej seksualności. Zarazem jednak wszystko jest inne. Erź to część rytuału. Mimo że jego żywiołem jest śmiech, ludzie przyjmują go z właściwą rytualnemu procesowi powagą. Groteskowe performanse odbywają się na terenie świątyni. Pãe i Mãe de Santos nie powstrzymują tej fali sprośności i radości, a wcześniejsza powaga w obcowaniu z sacrum przybiera formę komediowej groteski. Wszystko dlatego, że święto ze swoimi opętaniami jest nieludzkie. Bogowie jednak odeszli, trzeba więc przywrócić terreiro zwykłej codzienności. Erź pomaga odnaleźć zagubioną zwyczajność.

W ostatnią sobotę, kilka godzin po święcie dla Iabás, przybyłem do terreiro za dnia, aby spotkać się z Pãe. W głównym barraćao trwała właśnie festa. Inna jednak niż te, które są przeznaczone dla szerokiej publiczności. W kole na podłodze siedziała cała wspólnota Ilź Axé Alaketo. Pośrodku rozstawiona na matach i kawałkach materiału uczta, którą uczestnicy spożywali rękami. Po chwili okazało się, że pomiędzy zgromadzonymi jest także Erź. Z początku przycichło, może spłoszone przybyciem obcego, ale już po chwili jego kpiny i wrzaski rozgorzały ze zdwojoną siłą. To reakcja na zakłócenie równowagi odbywającego się wydarzenia. Erź na przemian kpiło i rozpoczynało śpiewną modlitwę. Wspólnota pochylona nad posiłkiem reagowała zbiorową inkantacją. A potem znowu wybuchała śmiechem. I tak bez przerwy. Nie było jednak między tymi dwoma czynnościami dysonansu. Śmiech Erź ma w sobie dziką bachiczność. Idzie prosto z trzewi. Odnosi się wręcz wrażenie, że jest formą modlitwy poprzez śmiech.

Po jakimś czasie uczta się zakończyła. Kobiety zaczęły znosić półmiski. Jednakże Erź w żadnym razie nie miało zamiaru odejść. Wręcz odwrotnie. Jak się okazało, uroczystość została zorganizowana specjalnie dla tego Orixá i teraz dopiero zaczęło objawiać się w pełni jego rubaszne dominium, przybierające formę spektaklu. Można wręcz powiedzieć, że był to rodzaj świątynnej komedii albo kabaretu. Całość składała się z zespołu scenek przerywanych tańcem i pieśnią, płynnie w nie przechodzących, ponieważ zarówno ruchy postaci, jak i swobodne żonglowanie konwencją tańca świątynnego, pieśni i pospolitego żartu stanowiły jednolitą materię przedstawienia. Dominowała w nim powolna samba, ale świątynni bębniarze grali też inne rytmy, odwołujące się do estetyki wczorajszej festy Orixás, tak jakby ciągle wybrzmiewały jej dalekie echa. To Erź decydowało ruchem rąk, kiedy zaczyna się i kończy rytm, kiedy jest czas na taniec, kiedy na żart. Niczym reżyser teatralny, działający na scenie razem z aktorami, Erź zarządzało wydarzeniami, to dodając, to ujmując odrobinę, tak że sceny rozgrywały się z właściwym wirtuozerii balansem, na pograniczu świętości i głupoty. Zarazem posiadały jednak określoną narrację. Z łatwością można było śledzić przywoływane przez Erź komediowe i rytualne wątki. Cała sztuka polegała bowiem na improwizowanym łączeniu kolejnych tematów, płynnym przechodzeniu z jednego w drugi. Kilka przypadkowych słów i gestów zostawało podchwyconych i przekształconych we wspaniałą improwizację, przywodzącą na myśl spektakle komedii dell’arte, wszelkie interludia jarmarczne, kyõgen, dramaty satyrowe.

Obok wątków mitycznych stale pojawiały się w niej tematy współczesne. Na przykład wybory. Erź doszło do wniosku, że obecna sytuacja polityczna wymaga jego interwencji. Zostało nawet zorganizowane głosowanie, a dla uczczenia wygranej zorganizowano wyborczą sambę. W przerwach wyczerpującego życia politycznego wszczynano oczywiście kolejne tańce. Jednak ich energia i rygorystyczny rytm bębnów nie pozostawiały wątpliwości, że żart, którego jesteśmy świadkami, rozgrywa się na planie boskiej gry. W działaniach Erź uczestniczyło z ochotą sześć albo siedem kobiet. Wszystkie w podeszłym wieku, wczoraj Orixás Yemanjá, Oxum, Nanã, dzisiaj – w podkasanych kieckach – wywijały nogami w bachicznym orszaku tego brazylijskiego boga teatru. Sprośny żart, podwijanie spódnicy, głośny śmiech – wszystko to czyniło z politycznego żartu i rytmicznego tańca obrzędowej samby jedną całość. Pięknym podsumowaniem była końcowa reakcja na ulewę, która spadła na nas niespodziewanie. Przypadkowe, zewnętrzne zdarzenie, jak w teatrze Gardzienic, zostało naturalnie włączone w porządek scenicznego działania. Przy pierwszych kroplach deszczu kobiety przerwały taniec. Erź krzyknęła „deszcz!”, po czym wszystkie, gęsiego, jak małe dziewczynki, ruszyły na zewnątrz. Trzeba było zobaczyć ten korowód, spontaniczne, a jakże harmonijne ruchy kąpiących się w deszczu kobiet! Wszystkie razem, skupione w kole, rozpierzchnięte, znowu razem, ale przez cały czas skupione na sobie, skaczące w deszczu, który oczywiście sprawił, że ich potężne, obwisłe ciała zostały jeszcze bardziej wyeksponowane. Nie było w nich jednak wstydu, raczej niekłamana radość chwili, upojenie wolnością świątynnej komedii Erź.

Na koniec zmęczone kobiety odeszły. Została tylko Erź. Na wpół leżąc na schodkach świątyni, otwartymi szeroko ustami połykała krople deszczu spływające jej po twarzy. Cała drżała, ale to nie miało znaczenia. Chłonęła jeszcze przez chwile to, co Erź właściwe –upojenie chwilą. Pojawił się w końcu Pãe de Santos, który kończył spektakl. Zagonił Erź z powrotem do terreiro – z powrotem w obręb ustalonych zasad.

1 Leszek Kolankiewicz „Samba z Bogami”, Warszawa 2007.
2 Terreiro to inaczej świątynia, miejsce, w którym odprawiane się wszystkie prywatne i publiczne obrzędy.
3 Roger Bastide „Dzika świętość”, tłum. Jacek Pawlik, „Konteksty” nr 1/2008.
4 Suzana Martins „O gestual das Iemanjá, Oxum e Inhansã na festa pública do Candomblé da Bahia”, „Repertório” nr 5/2001.
5 To doświadczenie podobnie opisuje Leszek Kolankiewicz w swojej „Sambie z Bogami”.
6 Michel Leiris „Teatr odgrywany i teatr przeżywany w kulcie Zâr”, tłum. Joanna Pawelczyk, „Konteksty” nr 3-4/2007.

Maciej Różalski – absolwent WydziałuWiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie, asystent w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk.

Czas musicali
Śpiewaj, śpiewaj, śpiew [...]
Chłopięca rebelia
Gdzie jest polski musical? [...]
Musical rozwija skrzydła
Duchy popu
Teologia teatru
Teologia w działaniu
Przedstawienia
Nie ma rozpusty gorszej ni [...]
Kto chce czytać, niechaj [...]
Klątwa. Trzeci powrót Od [...]
Mrok jak światło
Wszystko dozwolone
Z papieru i sznurka
Oda do młodości
Przepis na projekt ekspery [...]
Witaj na Cyprze
Interpretacje
Wanna wobec Marata. O form [...]
Niemożliwa rewolucja
Wyżej nie podskoczysz
Bajka o żelaznym wilku
Dokąd idiesz czerwony kap [...]
Teatr telewizji-Scena faktu
Gułag dokumentalnie
Kontrapunkt-Berlin
O kobiecie, której puści [...]
Kobiety mówią
Maszeruj albo giń!
Nowy Świat pełen klawisz [...]
Opera
My, biedni ludzie...
Reportaż
Festa Candomblé
Teatr ukraiński
Łeś Kurbas, czyli teatr [...]
Prolog z błaznem
Rozumny arlekin
Kufer z książkami
Mapa nowego świata
Kabarety polskie
Mumio a Tey-bilans kabaret [...]
Wyspiański wielokrotnie
Sen nocy listopadowej
Monologi
Rzeczpospolita kawalerska
Inna się snuje historia c [...]
Mistrzowie krytyki
Krytyk niespieszyny
Książki
Craig bliżej
Obłok krojony

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone