17-12-2018

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Wojciech Owczarski

fot. Wojciech
Plewiński/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego


Nie ulega wątpliwości, że stosunek Polaków do marzeń sennych nacechowany jest lekceważącym pobłażaniem. Od wszelkiej refleksji nad przekazem płynącym ze snu zdecydowanie bliższe jest nam przysłowie: „Sen mara, Bóg wiara”. To nie przypadek, że w polskiej kulturze należnej sobie rangi nigdy nie zyskała psychoanaliza. O „freudystach” mówi się u nas na ogół z nutą ironii czy wręcz pogardy (fakt ten zresztą bywa od czasu do czasu przedmiotem namysłu historyków literatury). Ale nie tylko marzenie senne, lecz również sam fizjologiczny proces spania nie cieszy się w Polsce dobrą sławą. Obfitująca w nieszczęścia Historia wymagała od nas nieprzerwanego niemal stanu czuwania. Mocnym snem cieszyć się mogli pozbawieni sumienia konformiści lub, w najlepszym wypadku, bezmyślni maminsynkowie. Prawdziwi Polacy zarywali noce, spiskując albo cierpiąc męczarnie. W dobrym tonie była bezsenność,
bladość, podkrążone oczy i wczesna śmierć – najlepiej z ręki wroga albo, ostatecznie, na suchoty. Rumiane, gładkie oblicza wyspanych lekkoduchów budziły zazwyczaj obrzydzenie. Od spokojnego „snu
sprawiedliwych” zawsze wyżej ceniliśmy „długie nocne rodaków rozmowy”.

Mimo zafascynowania romantyków odmiennymi stanami świadomości (wśród których marzenie senne odgrywało rolę szczególną), mimo późniejszych kontynuacji tychże zainteresowań (zwłaszcza w dobie modernizmu) – generalny ton polskiej kulturze nadawał imperatyw heroicznego czynu, dokonywanego na jawie, w pełnej mobilizacji świadomych władz umysłu. Na dowód takiego stanu rzeczy dałoby się ułożyć pokaźną antologię literackich wypisów – od romantyzmu do dziś. Ważne miejsce w tej antologii zajęłaby twórczość Stanisława Wyspiańskiego. W samej tylko „Nocy listopadowej” co krok odnajdujemy wypowiedzi podkreślające niestosowność sennego wypoczynku. „Do broni! Do broni! / Pókiż będziecie spać w podłej niewoli?!” 1– wykrzykuje Nike Napoleonidów. Lelewel, wyczerpany czuwaniem przy umierającym ojcu, marzy o chwili snu, ale jeszcze bardziej – o dołączeniu do „budzących się” powstańców:

Zmęczonym tak – o, snu – o, snu –
bezsennych nocy tyle,
a tam się obudzą za chwilę,
tam wstają, gonią, rodzą myśl,
budują państwo – ognia żec! –
O, czemuż mnie nie wolno biec – ?

A gdy Kora rozkazuje: „W sen, w sen, w sen, bogowie, / w sen, ludzie, strudzone dusze!”, to obwieszcza w ten sposób kapitulację (chwilową wprawdzie, ale przygnębiającą). Zasypiające Boginie Zwycięstwa
budzą u Ziemian rozpacz:

BOGINIE ZWYCIĘSTWA
(kładź się do snu w przysionku pałacu)
JOANNA
Co one czynią?
ARES
Sen je ściele.
Spełnione dzieło. – Patrzaj, wieńce
kładą pod czoła, snu spragnione. –
Cóż lice chowasz wylęknione?
JOANNA
Nie zbudzą się do walk?
ARES
Już nie.
Cóż drżysz i szlochasz w męce?
JOANNA
To źle. – – –

Najlepszym wszelako przykładem na pojmowanie snu jako siły destrukcyjnej wydaje się „Wesele” (którego czas akcji stanowi – jak informują didaskalia – także „noc listopadowa”). Pomińmy oczywisty
fakt, że wszystko kończy się tu somnambulicznym tańcem chocholim, wyrażającym bezsilność i marazm. „Jakieś ich chyciło spanie”2 – i z narodowych nadziei zostały nici. Pomińmy też kpiarski ton Wyspiańskiego wobec młodopolskiej egzaltacji wizjami, widzeniami i onirycznym „bajaniem”.
„Są tacy, co za to płacą”– oznajmia Poeta Pannie Młodej, która swój sen o powozie i diabłach wiozących ją „do Polski” kwituje: „takie mi się głupstwo śniło”. Skupmy się wyłącznie na procesie zasypiania i budzenia się – procesie, który uznać można za konstrukcyjny fundament dramatu i który jednocześnie obnaża kruchą
tożsamość jego bohaterów.

Kompozycja „Wesela”, nazywana często szopkową, pozwala na ukazanie wydarzeń w formie fragmentarycznej. Weselnicy wpadają na moment, by – łapiąc chwilę oddechu
– zamienić parę słów i ponownie rzucić się w wir zabawy. Obserwujemy więc strzępki rozmów, zalążki sytuacji, odpryski ludzkich historii. Rzeczywistość dramatu jawi się w stanie nieciągłym i migotliwym.
Przygodne rozmowy nie zmierzają ku konkluzjom, ledwie zadzierzgnięte relacje zanikają bez konsekwencji, rodzące się konflikty nie mają następstw ani dalszych ciągów. (Już w 1908 roku spostrzegał
Walery Gostomski: „W »Weselu«, jak wiemy, nic się nie dzieje”3). Jedynym zarysowującym się w miarę wyraźnie wątkiem fabularnym jest misja powierzona przez Wernyhorę Gospodarzowi i jej nieudolna
realizacja. Tyle że niepowodzenie owej misji wynika właśnie z – pozostańmy przy tym terminie – nieciągłości zjawisk.

Bezpośrednio po spotkaniu z Wernyhorą Gospodarz jest podekscytowany i – czemu
zresztą trudno się dziwić – chorobliwie ożywiony. Natychmiast wzywa swą trzeźwo myślącą żonę, jakby w nadziei, że pomoże mu ona uporać się z niecodziennym doświadczeniem:

A wiesz, mama, tyle tego,
że mi w głowie huczy, szumi;
kto zrozumi, kto zrozumi?

Gospodyni jest stanem męża wyraźnie zaniepokojona. Jego rozgorączkowanie kładzie na karb a to choroby, a to wypitego alkoholu:

gwałtu, rety, jesteś chory,
cosi, gdziesi, kajsi, ktosi – –
piłeś duza.

Alkohol istotnie ma wpływ na stan umysłu weselników, zwłaszcza po północy… W ocenie wydarzeń dramatu nie sposób przecenić jego roli. „Wesele” to wszak również opowieść o polskim pijaństwie
i – może jeszcze bardziej – o polskim kacu. Tym prawdziwym, fizjologicznym, i tym metaforycznym, duchowym. Gospodarz (tak jak większość jego gości) ulega zamroczeniu, zapada w sen, a trzeźwiejąc
nad ranem, z trudem usiłuje wypełnić luki w pamięci. Można więc powiedzieć, że to alkohol jest przyczyną owej nieciągłości, która ostatecznie decyduje o klęsce. Jednak oznaki dezintegracji pojawiają się u Gospodarza jeszcze zanim pogrąży się w pijackim śnie i zanim, po przebudzeniu, urwie mu się film. Bo przecież nie fizjologia pracy mózgu, lecz diagnoza kryzysu tożsamości wydaje się dziś godnym uwagi tematem „Wesela”.

Po nieco chaotycznej rozmowie z żoną Gospodarz przyzywa Jaśka i wręcza mu złoty róg. Choć wciąż jeszcze rozentuzjazmowany, mówi do rzeczy i najwyraźniej ma kontrolę nad sytuacją. Ale już w chwilę potem, w rozmowie ze Staszkiem, zdradza dziwne roztargnienie. Staszek opisuje niesamowity wygląd Wernyhory i jego konia, a Gospodarz uzupełnia elementy opisu:

GOSPODARZ
Koń siwy, czaprakiem kryty,
czaprak tkany, rozmaity.
STASZEK
U siodła pistolców dwoje.
GOSPODARZ
I lira przez siodło zwisła.

Staszek dziwi się: „Wszystko jakbyście
widzieli…”, na co Gospodarz odpowiada:
„Gdziesi, kiedyś coś widziałem…”. Skąd to wahanie? Czyżby skołowanemu Gospodarzowi już teraz zaczęło się mieszać, gdzie, kiedy i kogo widział? Będzie to jego zasadnicze pytanie po przebudzeniu, ale niepewność pojawia się jeszcze przed zaśnięciem.

Najbardziej zastanawiające jest to, co dzieje się z Gospodarzem pomiędzy drugim a trzecim aktem. Oto w zakończeniu aktu drugiego, po rozmowie ze Staszkiem, bohater ulega coraz większemu podnieceniu, mówi nieskładnie i niezrozumiale, siłuje się z wystraszoną żoną („Świat pijany,świat pijany, / cały świat zaczarowany – – / puść mnie, ja mam jechać, muszę, / poprzysiągłem się na duszę”), wreszcie w pijackim uniesieniu wykrzykuje pod adresem zdezorientowanych „gości z miasta”:

Wy, a wy – co wy jesteście:
wy się wynudzicie w mieście,
to sie wam do wsi zachciało:
tam wam mało, tu wam mało,
a ot, co z nas pozostało:
lalki, szopka, podłe maski,
farbowany fałsz, obrazki;
niegdyś, gdzieś tam, tęgie pyski
i do szabli, i do miski;
kiedyś, gdzieś tam, tęgie dusze,
półwariackie animusze:
kogoś zbawiać, kogoś siekać;
dzisiaj nie ma na co czekać.
Nastrój? macie ot nastroje:
w pysk wam mówię litość moję.
Pluje.

Akt trzeci zaczyna się natomiast w tonie wyciszonym. Tenże Gospodarz „chodzi tam i sam; zatrzaskując zamyka to jedne, to drugie drzwi, które ktoś od zewnątrz otworzy; wreszcie znużony położył się na
zestawionych krzesłach, drzemiący. Pokój jest ciemny. / Wszystko już odtąd mówione półgłosem”. W sposób nieunikniony nasuwa się pytanie: co wydarzyło się pomiędzy aktami? Gospodarz wciąż jeszcze nie
śpi, szykuje się dopiero do drzemki, ale w jego „nastroju” zaszła kolosalna zmiana. Ochłonął i uspokoił się. Nie wiemy, pod wpływem czego (lub kogo). Nie wiemy, ile czasu minęło od momentu, gdy
widzieliśmy go ostatnio. Nie wiemy, co robił. Może zdążył się już jednak chwilę zdrzemnąć? Może żona skutecznie przemówiła mu do rozumu? Może odbył jeszcze jakieś rozmowy, a może, przeciwnie,
zamknął się w sobie? Dywagować można w nieskończoność, ale faktem jest jedynie to, że widzimy oto człowieka zupełnie innego niż w końcówce drugiego aktu.

Na początku trzeciego aktu w pokoju
zjawia się pijany Nos w towarzystwie pary młodej, Poety i Gospodyni. Gospodarz, sam przecież senny, rzuca pod jego adresem:

powinien mieć polski łeb
i do szabli, i do szklanki
– a tymczasem usnął kiep.

W dalszej rozmowie nie bierze czynnego udziału, wypowiada jedynie kilka uwag, które są nawiązaniem do bezpośrednio poprzedzających je słów, jakby na zasadzie osobliwego echa. Nos majaczy: „wino wódka – to nie to, / czynnik główny: … miecz”, a Gospodarz wtóruje mu: „Miecz – miecz, czynnik główny miecz”.
Na uwagę Poety: „Ciekawa rzecz”, Gospodarz reaguje stwierdzeniem: „Wszystko zawsze jest ciekawe, / wszystko interesujące”. Ten rodzaj replikowania, polegający na powtórzeniu i rozwinięciu ostatnich
słów poprzednika, odegra w trzecim akcie „Wesela” bardzo ważną rolę. Powrócimy do niego niebawem, na razie zaś zwróćmy uwagę, że Gospodarz nie tylko w żaden sposób nie zdradza pamięci o swym niezwykłym spotkaniu z Wernyhorą, ale nawet w bieżącej sytuacji obecny jest jedynie połowicznie. Raczej komentuje, niż uczestniczy. Stopień jego aktywności wydaje się zmienny. Ożywi się na moment, by trzeźwo zagadnąć pijanego przyjaciela:

Gdzieżeś ty się tak uwinoł,
ledwo drugi dzień wesela,
jużeś powalony z nóg.

Ale już za chwilę pogrąży się w sobie i zacznie dywagować, „mrucząc”:

…A jednak i to… męczeństwo:
żyć z tą pustką w duszy wieczną.
A potem będzie śnił na jawie, „majacząc”:
Sen – sen: – niech poczeka tam;…
długa droga i daleka,
jedzie drogą wielki pan…
Senna reminiscencja z wizyty „wielkiego pana” zostanie jednak natychmiast przerwana:

POETA
do brata
Coś się marzy – – ?
GOSPODARZ
I ja śpiący.
GOSPODYNI
do męża
Podź na łóżko, zgotowione.
GOSPODARZ
Nie – zostanę tu w fotelu.
Ku Nosowi
He, dobranoc, przyjacielu,
tych prawdziwych już niewielu.
Potem jeszcze okaże Gospodarz znie
cierpliwienie:
Czy oni już raz stąd wyjdą!
Nie tłuczcie się – ruszaj tam,
chcę mieć spokój, chcę być sam.

I wreszcie „Nos zasypia na sofie, Gospodarz na fotelu i krzesłach i tak już śpiący obaj pozostają”. Rzecz nie w tym, że sen napływa falami, zbliża się i oddala, zanim zatriumfuje na dobre. Bardziej istotny wydaje
się fakt, iż od samego początku trzeciego aktu Gospodarz niejako rozpada się wewnętrznie: nie pamięta o Wernyhorze, nie włącza się do rozmowy, gada sam do siebie, pomrukuje, „majaczy”. Zapadnięcie
w sen to raczej skutek niż przyczyna owego rozpadu. Sen nie jest powodem, lecz konsekwencją niespójności „ja”. Chwiejna tożsamość pogrąża się ostatecznie w czymś, co Bachelard nazywa „snem absolutnym” albo „czarną dziurą”. „W nocnym życiu pojawiają się głębiny – utrzymuje filozof
– w których mamy ochotę przestać żyć. W głębiach tych, w intymności, ocieramy się o nicość, o naszą nicość. […] Wszystkie te wygaszenia w ciemności nocy zbiegają się w nicości naszego bytu. W ostatecznym rozrachunku absolutne sny pogrążają nas w świecie Nicości”4. Zarówno Gospodarz,
jak i inni weselnicy będą starali się z tej nicości wydobyć. Towarzysząc Gospodarzowi w jego trudnym przebudzeniu, przyjrzyjmy się, w jaki sposób przebiegają w dramacie próby odnowienia kontaktu z zagubionymi fragmentami bytu.

Z głębokiego snu wyrywa Gospodarza Czepiec, który już się „wycniół ze spania”. Szarpie go za ramię i nawołuje do działania, ale ten, wprawdzie „rozbudzony”, nie ma pojęcia, o co chodzi, i opędza się od natręta „z fotelu i z krzeseł, na których leży”. Didaskalia nie informują, w którym momencie przybierze postawę pionową. Dopiero pod koniec sceny trzydziestej trzeciej,
tuż przed powrotem Jaśka, czytamy, że „wszyscy pochyleni, półklęczący, zasłuchani” – musiał zatem Gospodarz opuścić swoje posłanie. Ale kiedy? Nie wiadomo. Tak jak nie ma pewności, kiedy (i czy całkowicie) odzyskał pamięć o wydarzeniach sprzed zaśnięcia. Odzyskuje ją bowiem na raty, i chyba nie do końca, skoro – wbrew rozkazowi Wernyhory – nie prowadzi gości pod kaplicę, tylko pozwala im czekać w izbie. A przecież stary lirnik mówił o tym dwukrotnie: „Skoro porozsyłasz gońce, / zgromadzisz lud przed kościołem”; „Waść masz porozsełać wici, / lud zgromadzić przed kaplicą”. Kazał też jechać do Warszawy:

Leć kto pierwszy do Warszawy
z chorągwią i hufcem sprawy,
z ryngrafem Bogarodzicy;
kto zwoła sejmowe stany,
kto na sejmie się pojawi
Sam w stolicy – ten nas zbawi!

Gospodarz zdaje się o tym nie pamiętać. Bo też jego przebudzenie pozostawia wiele do życzenia. Ale po kolei.
Zaraz po wyrywającej ze snu interwencji Czepca Gospodarz przyzywa, jakby
na ratunek, żonę:

Cóż – wyście tu – któż hałasi!?
Gdzież Hanusia? Hanuś!

Zupełnie tak samo zachowywał się podczas rozmowy z Wernyhorą – wtedy również upierał się, żeby żona była przy tej rozmowie obecna („Żona stroi się w alkierzu”). Ma to oczywiście posmak komiczny, zdradzając brak samodzielności pana domu, ale świadczy też o jego tożsamościowej niepewności. Wyłaniając się z „czarnej dziury” snu, bohater pragnie schronić się w cieniu, najwyraźniej matkującej mu,
żony. Powrót do „ja” sprawia mu problem. Toteż po nerwowych wyjaśnieniach Czepca Gospodarz powie: „Zachodzę, zachodzę w głowe…”. Ten frazeologizm można tu odczytać niemal dosłownie – tak jakby bohaterowi trudność sprawiał kontakt nie tyle z rzeczywistością zewnętrzną, ile z samym sobą, jakby musiał „zajść”, zajrzeć we własną głowę, żeby przekonać się, kim jest. I jeśli pyta o „znak” –

GOSPODARZ
[...] Ja z Wami?
CZEPIEC
Wy z nami!
GOSPODARZ
A wy wszyscy z kosami…?
CZEPIEC
Jak się patrzy, ostrzem tak.
GOSPODARZ
Jakiś znak?
POETA
– – Jakiś znak?
– to kryje się w tym, być może, prośba o
wskazanie drogi do samego siebie, o podpowiedź,
co znaczy „ja”, a co – „wy”.
Zwłaszcza że dylematy takie zdradzają
również inni uczestnicy rozmowy:
CZEPIEC
Panowie, jakeście som,
jeźli nie pójdziecie z nami,
to my na was – i z kosami!
GOSPODARZ
Wy, a jako – ?
POETA
Wiecież, kto my!?
Co wy o nas wiecie – nic.
CZEPIEC
O, pon, widno, niewidomy;
widać, że nie znacie nas.
PAN MŁODY
Widzę, żeście krwi łakomy;
jeno że na krew nie czas.

Zaimki „my” i „wy” odmieniane są tu w różnych przypadkach i opatrywane znakami zapytania. Cały ten dialog (wraz z kwestiami następującymi później, aż do słów Czepca: „Pon ino widzisz pchły, […] a nie chcesz znać, co som my […] i że to, to nie som sny”), objawiający wzajemne animozje i międzystanowe nieporozumienia, daje się odczytać jako wyraz zamazanej tożsamości weselników. Uporczywie powtarzają się tu przecież pytania o podstawowe kategorie wyznaczające kierunki międzyludzkiej komunikacji.
Z tych właśnie pytań rodzą się u Gospodarza pierwsze przebłyski pamięci:

Nas czekają? – Was czekają?
Zaraz – coś to – coś tu było,
co już o tym mnie mówiło –
lecz kto, jaki…

W tym momencie rozpoczyna się powolny proces reintegracji, widoczny nie tylko u Gospodarza, lecz także u Poety i Pana Młodego. Opiera się on na – wspomnianej już – zasadzie echa. Dobrą jej ilustracją
jest następujący fragment dialogu (z moimi wyróżnieniami):

CZEPIEC
Ktoś tu był,
co przejechał duze światy,
ponoś kajsi z Ukrainy;
przywiózł hasło cy papiry,
rozesłać kazał wiciny –
a są tu za progiem ludzie,
mogą świadczyć, jak z północka
słyszeli b r z ą k a n i e l i r y .
POETA
do brata
L i r y b r z ę k i po północy,
jakeś ty leżał w niemocy,
j a s ł y s z a ł e m .
PAN MŁODY
J a s ł y s z a ł e m
od podwórza, z t e g o s a d u .
POETA
Z t e g o s a d u , spod jabłonki,
ale sobie myślę: mrzonki –
może ktoś się ubrał w dzwonki?

Poeta i Pan Młody, odbijając się niejako od wypowiedzi Czepca, uzupełniają się w rekonstruowaniu wydarzeń poprzez powtórzenie słów rozmówcy i kontynuację jego myśli. Przypomina to Freudowską metodę wolnych skojarzeń, stosowaną przez twórcę psychoanalizy podczas objaśniania marzeń sennych. W myśl tej metody, najbłahszy nawet element snu – poprzez ciąg asocjacji – odsyła do wypartych treści psychicznych śniącego i pozwala zbliżyć się do ukrytego znaczenia. Sztuka interpretacji polega na umiejętnym śledzeniu łańcucha skojarzeń. Można odnieść wrażenie, że – w wypadku bohaterów „Wesela” – proces reintegracji wiąże się ściśle z procesem interpretacji. Powrót do „ja” odbywa się na drodze swobodnego kojarzenia, zmierzającego ku odkryciu fundamentów własnej podmiotowości. Mozolne przypominanie sobie dziwacznych wydarzeń upojnej nocy ma znamiona autoterapeutycznego wysiłku docierania do prawdy o sobie. Wysiłek ów staje się coraz bardziej widoczny:

GOSPODARZ
Czekaj, czekaj, coś mi świta;
ktoś był u mnie, mówisz kum – –
taki w głowie słyszę szum –
nie pamiętam, myśl ukryta
nie może się dobyć z głębi – –
coraz innych myśli tłum…

Bohater usiłuje przypomnieć sobie niedawne wydarzenia, ale również – i to wydaje się ważniejsze – rozpoznać „myśl ukrytą”, wydobyć ją „z głębi”. Myśl ta gubi się w „innych myśli tłumie”. Pomocna
okaże się zatem właśnie metoda wolnych skojarzeń, pozwoli bowiem „tłum myśli” uporządkować i – po nitce do kłębka – dotrzeć do owej głęboko ukrytej tajemnicy. Dodajmy, że Czepiec ma do autoterapeutycznych wysiłków Gospodarza stosunek jawnie pogardliwy – dostrzega w nich
intelektualne igraszki oderwane od „serca”, od sfery uczuć:

Pon se ino serce ziębi
tym myśleniem, sumowaniem;
boby sie pon usroł na niem.

Przenikliwy chłop zauważył najpewniej, że Gospodarzowi chodzi nie tyle o wypełnienie luk w pamięci (bo takich prób by przecież nie wyszydzał), ile o inteligenckie babranie się w sobie. W zabawnej klątwie „usrania” wyraził sceptycyzm wobec sensowności takich praktyk, a pośrednio (bo przecież poza świadomością zarówno własną, jak i Wyspiańskiego) – zaciągnął się w szeregi, do dziś cieszących się dobrym samopoczuciem, przeciwników psychoanalizy…

Gospodarz jednak nie daje za wygraną. Gdy Poeta, „wbiegając”, z przejęciem opowiada o „krakaniu czarnych wron”, Gospodarz urywa: „Bracie – nie to”. Wciąż szuka myśli właściwej i odrzuca fałszywe tropy. Trop właściwy podsunie mu ponownie
Czepiec:

GOSPODYNI
Gwałtu rety, Boże chroń!
Kto wam wraził kosy!?
CZEPIEC
Broń!!
Dejcie, matka, spokój dziś,
t r z a n a m i ś ć .
GOSPODARZ
T r z a n a m i ś ć .
Coś mi ś w i t a ; – ś w i t a w polu.
Wszyscy widzą jakieś cuda.
Sen – sny: bajki – Myśl: kąkolu!
Precz, kąkolu, chwaście, precz.–
Niechże wymiarkuję rzecz:
ktoś był – kazał – co – ?

Podchwyciwszy słowa Czepca, bohater uruchamia ciąg asocjacji. Imperatyw: „trza nam iść”, jest reminiscencją z wizyty Wernyhory – na razie jeszcze mglistą, wymagającą dalszych interpretacyjnych trudów. I oto „świtanie” myśli kojarzy Gospodarz ze „świtaniem” w polu. Nie tylko dlatego, że na dworze istotnie już dnieje, ale także ze względu na rozkaz gościa: „A ty wstawszy bardzo rano, / skoro zejdzie pierwsze słońce, / ku drogom natężaj słuch”. Metoda asocjacji stopniowo przybliża go do celu.
Wyobrażenie pola nasuwa Gospodarzowi skojarzenie z chwastem, kąkolem, a to w sposób nieuchronny wiązać się musi z biblijną przypowieścią. (Sferę biblijną w łańcuchu skojarzeń bohatera ewokują także „cuda”, które „wszyscy widzą”). Po drodze jednak zjawia się refleksja o różnicy między snem a myślą. Otóż różnica ta okazuje się pozorna, skoro sny zdeprecjonowane zostały jako „bajki”, a myśl – wbrew temu, czego można by oczekiwać po charakterystyce pary przeciwieństw – przywołuje wyobrażenie chwastu. Cóż to może znaczyć? Czyżby Gos podarz wyrażał w ten sposób przeświadczenie o chwiejności granic między jawą a snem, rzeczywistością a wyobrażeniem? Być może, w końcu cały czas usiłuje wydobyć się z przepaści snu i idzie mu to, jak widać, opornie. Ale w asocjacyjnym ciągu nic nie pojawia się przypadkowo. Rozważania o śnie (wywołane bezpośrednio przez napomknięcie o „cudach”) odnoszą się także do spotkania z Wernyhorą, podczas którego Gospodarz jak lejtmotyw powtarzał: „sen, sen jakiś daleki”, „tylko we śnie, tylko w marze”, „to jak ze snu prawda żywa”. Już wówczas Wernyhora jawił mu się jako postać ze snu (również, jak wiadomo, ze „Snu srebrnego Salomei”), postać nie całkiem
realna, odsyłająca do przeszłości – legendarno-historycznej, ale i własnej, sięgającej czasów dzieciństwa, czasów marzeń i bajek:
A sen, sen jakiś daleki,
jeszcze w uszach mam te dzwony –
mieszają weselne grajki:
jakieś stare dumy, bajki.

Teraz skojarzeniowa zbitka „sny: bajki” powraca jako echo zarówno rozmowy sprzed paru godzin, jak i dużo wcześniejszych wyobrażeń, związanych z postacią potężnego starca czy, mówiąc po Jungowsku, starego mędrca. (Jung doszukałby się zapewne w Wernyhorze wcielenia archetypu osobowości manicznej).
Usiłując przypomnieć sobie wydarzenia mijającej nocy, Gospodarz dokonuje de facto wglądu we własną duszę. I jeśli wspomnienie „snów: bajek” doprowadza go do „myśli” tożsamej z „kąkolem”, to można przypuszczać, że coś mu w tym wglądzie przeszkadza, że pojawia się jakaś myśl niechciana, natrętna, obraz snu zaciemniająca. Przepędzając ją („Precz, kąkolu, chwaście, precz”), bohater uruchamia wyobrażenia biblijne. W przypowieści o pszenicy i kąkolu ten ostatni pełni funkcję alegorii zła, grzechu, któremu jednak Bóg-siewca pozwala wzrastać obok dobra (pszenicy) – aż do żniw. Tymczasem Gospodarz – jak nierozsądni służący z przypowieści – chce się pozbyć chwastu od razu, nie pojmując, że zniszczy w ten sposób również życiodajne zboże. Zamiast podjąć niewygodną myśl, przyjrzeć się jej z bliska,
woli ją egzorcyzmować. Natychmiast też urywa łańcuch skojarzeń i zdradza oznaki bezradności („Niechże wymiarkuję rzecz: / ktoś był – kazał – co – ?”). Niczego nie może „wymiarkować”, a Poeta spostrzega
słusznie: „Co, bracie, / w tobie się szamoce ból”. Trudno przypuścić, żeby ów ból był po prostu męką z powodu dziurawej pamięci. Wiąże się on raczej z „chwastem” – uciążliwą, paraliżującą myślą. Nie dowiemy się, czego ta myśl dotyczy, gdyż Gospodarz wypiera ją skutecznie. Wyraźny jest natomiast
fakt, że wypierając ją, zagłuszając w sobie ból, bohater pozbawia się możliwości dotarcia do istotnej prawdy o sobie, odnowienia zerwanego przymierza z własnym „ja”. Dlatego jedyne, co może osiągnąć,
to rekonstrukcja wydarzeń mijającej nocy (w dodatku, jak widzieliśmy, niekompletna). Prawdziwa anamneza, uzdrawiające rozpoznanie, autentyczne przebudzenie – są Gospodarzowi niedostępne. Przypomina on sobie wizytę Wernyhory, ale znaczenia tej wizyty pojąć nie jest w stanie. Z postacią starego lirnika wiążą się przecież niezwykle ważne dla Gospodarza uczucia i wyobrażenia. Mówił o nich w rozmowie z przybyszem:

GOSPODARZ
[…]
Wolnoć spytać o nazwisko… – ?
WERNYHORA
Nie poznałeś – ?
GOSPODARZ
Ktoś mi znany,
ktoś serdeczny, ktoś kochany,
ktoś, co groźny – dawny, stary,
jak wiek cały…

Wernyhora budzi w Gospodarzu uczucia ambiwalentne – jest „serdeczny”, „kochany”, ale i „groźny”. Nie ulega wątpliwości, że postać ta reprezentuje niezwykle istotny aspekt osobowości samego Gospodarza. Gospodarz nie potrafi zidentyfikować przybysza, mimo że wydaje mu się on „znany”, i Wernyhora musi wreszcie przedstawić się sam. Ale wyjawienie imienia niczego w gruncie rzeczy nie wyjaśnia. Bohater nie zbliża się ani o krok do zrozumienia tajemnicy „groźnego” gościa. Zapewne to właśnie owa „groza” powstrzymuje go przed ostateczną konfrontacją. Toteż i nad ranem, po przebudzeniu, przypomni sobie wreszcie imię nocnego interlokutora, lecz napawająca lękiem myśl-kąkol nie pozwoli mu na nic
więcej. Przyjrzyjmy się – teraz już w skrócie – ostatniemu etapowi „przebudzenia” Gospodarza.
Ponownie stara się on stosować metodę wolnych skojarzeń. Zwraca się do Poety:

Mówisz, żeś wytężył słuch –
bracie – skądś te słowa znam:
„wytężać – wytężać słuch”.

I znowu wątek mu się urywa, a na scenę wkraczają Haneczka z Zosią. Rozmawiający z nimi Czepiec po raz kolejny – przypadkowo? – naprowadza Gospodarza na właściwy trop:

CZEPIEC
A to juz nie lo panienki;
S p r a w a i n s o .
GOSPODARZ
do Poety, a słuchany przez wszystkich
S p r a w a , S p r a w a !
Duch! – przez Boga – Duch – miarkuję:
Ta noc była: dziwna jawa –
miałem gościa – kto przeczuje? –
Była na dusze obława.

Dlaczego wspomnienie gościa-Ducha kojarzy się Gospodarzowi z „obławą na dusze”? Czyż nie daje tu o sobie znać – ponownie – lęk, opór przed nawiązaniem z tym Duchem bliższej znajomości, skoro jest on postrzegany jako agresor, inicjator „obławy”? Jednakże lęk przywdziewa teraz maskę narastającej
euforii:

Mój bracie,
przyleciał Duch – ludzie moi!
Jeszcze w oczach, jak cień, stoi.

W tych ekstatycznych apostrofach słyszy się radość i podniecenie kogoś, kto za moment doświadczy objawienia, ale porównanie: „jak cień” – odsyłające znów do koncepcji Junga – zdradza obecność potężnych obaw. Proces rekonstrukcji pamięci wkracza w fazę kulminacyjną:

Przypominam, przypominam:
człowiek stary, z brodą siwą,
twarz owita w siwy włos,
w kożuchu ogromnym czerwonym
przyszedł tu.

Ale to jeszcze nie koniec. Nieodzowne okazują się podpowiedzi Staszka, Kuby i Poety. Gospodarz zaś, niczym czarownik w transie, przymusza się do nadludzkiego wysiłku („Myśli zbieram, słuch naginam…”),
cierpi fizyczne męczarnie („W mózgu kłuje – jakby kolce: / myśli zbieram…”), by, po wzmagającym efekt cudowności powtórzeniu Czepca („Myśli zbira”) i po trwożliwym westchnieniu żony („O mój Boże,
jakiś chory –”), wyrzucić wreszcie:

Lżej, opadła z piersi zmora. –
Słuchajcie – wytężcie słuch:
był u mnie Duch: Wernyhora!

Jest w całej tej sytuacji coś nieodparcie komicznego. Podniosły nastrój udręki natchnionego cierpiętnika i pełne przejęcia zaangażowanie świadków przywodzą na myśl wysiłki romantycznych mistyków („myśli
rozplączę – / Pieśń skończę – skończę” – obwieszczał Mickiewiczowski Konrad w małej improwizacji), ale zarazem kojarzą się z aktem porodu czy wręcz… defekacji (poczucie ulgi sąsiaduje wszak z „wytężaniem”). Bo też i efekt trudów Gospodarza wydaje się, wbrew pozorom, mizerny. Wydobyta
z niepamięci postać Wernyhory wymaga, jak już wiemy, dalszej interpretacji, tymczasem związane z nią poczucie zagrożenia każe bohaterowi osiąść na laurach i napawać się złudnym przeświadczeniem, że
proces autoanalizy zakończył się oto pełnym sukcesem. Gospodarz dostaje teraz istnego słowotoku. Podekscytowany i triumfujący („Wernyhora! – Wernyhora! / Obudziłem się ze snu”), potoczyście relacjonuje weselnikom przebieg nocnej rozmowy, tak jakby chciał zagadać wszelkie pytania i wątpliwości. Wreszcie, nasłuchując wraz z gromadą zbliżającego się jeźdźca, uderza w ton
zaklęć i życzeń:
Słuchajcie, kochani, dzieci –
ażeby to była prawda:
że Wernyhora tam leci
z Aniołem, Archaniołem na czele;
że tej nocy, gdy my przy muzyce,
przy weselu, gdy my w tańcowaniu,
tam, kędyś, stało się tak wiele:
że Kraków ogniami płonie,
a MATKA BOŻA w koronie,
na Wawelskim zamkowym tronie
siedząca, manifest pisze:
skrypt, co przez cały kraj poleci
i tysiące obudzi i wznieci. –
Słuchajcie, serce mi dysze,
ażeby to prawda była:
że Wernyhora tam leci,
a za nim tabunem konie!

Życzeniowy charakter tej perory świadczy o tym, że Gospodarz zaczyna wątpić w doniosłość swojego objawienia i – zamiast istotnie „obudzić się ze snu” – pogrąża się w świecie marzeń. Zaraz też, wraz z pozostałymi weselnikami, zapadnie w sen kataleptyczny, zdezorientowany Jasiek wykrzyknie:
„stoją wszyscy jak pośnięci”, a narodowa „Sprawa” przybierze wiadomy obrót. Nadzieje zrodzone dzięki wizycie Wernyhory okażą się płonne. Wiele jest z pewnością tego powodów, ale nie najbłahszym
z nich wydaje się fakt, że sen nocy listopadowej nie doczekał się wystarczająco przenikliwej egzegezy.

1 Stanisław Wyspiański „Noc listopadowa”, [w:] tegoż „Wyzwolenie. Noc listopadowa”, Kraków 1992. Dalsze cytaty wg tego wydania.
2 Stanisław Wyspiański „Wesele”, oprac. Jan Nowakowski, wyd. 4, Wrocław 1984. Dalsze cytaty wg tego wydania.
3 Walery Gostomski „Arcytwór dramatyczny Wyspiańskiego: »Wesele«”, „Pamiętnik Literacki” z. 4/1908, cyt. za: Jan Nowakowski „Wstęp”, [w:] Stanisław Wyspiański, „Wesele” dz. cyt.
4 Gaston Bachelard „Poetyka marzenia”, przekład, oprac. i posłowie Leszka Brogowskiego, Gdańsk 1998.

Wojciech Owczarski – teatrolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego; autor książki „Mickiewiczowskie figury wyobraźni” (2002).

Czas musicali
Śpiewaj, śpiewaj, śpiew [...]
Chłopięca rebelia
Gdzie jest polski musical? [...]
Musical rozwija skrzydła
Duchy popu
Teologia teatru
Teologia w działaniu
Przedstawienia
Nie ma rozpusty gorszej ni [...]
Kto chce czytać, niechaj [...]
Klątwa. Trzeci powrót Od [...]
Mrok jak światło
Wszystko dozwolone
Z papieru i sznurka
Oda do młodości
Przepis na projekt ekspery [...]
Witaj na Cyprze
Interpretacje
Wanna wobec Marata. O form [...]
Niemożliwa rewolucja
Wyżej nie podskoczysz
Bajka o żelaznym wilku
Dokąd idiesz czerwony kap [...]
Teatr telewizji-Scena faktu
Gułag dokumentalnie
Kontrapunkt-Berlin
O kobiecie, której puści [...]
Kobiety mówią
Maszeruj albo giń!
Nowy Świat pełen klawisz [...]
Opera
My, biedni ludzie...
Reportaż
Festa Candomblé
Teatr ukraiński
Łeś Kurbas, czyli teatr [...]
Prolog z błaznem
Rozumny arlekin
Kufer z książkami
Mapa nowego świata
Kabarety polskie
Mumio a Tey-bilans kabaret [...]
Wyspiański wielokrotnie
Sen nocy listopadowej
Monologi
Rzeczpospolita kawalerska
Inna się snuje historia c [...]
Mistrzowie krytyki
Krytyk niespieszyny
Książki
Craig bliżej
Obłok krojony

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone