15-01-2021

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 

LIST PIERWSZY

Paimpol, 25 sierpnia 1842

(Nie czytaj tylko wtedy, gdy nic lepszego nie będziesz miał do roboty.) Zapewne się zdziwiłeś, kochany Florianie, gdy Ci doniesiono, że postanowiliśmy opuścić Wersal i zamieszkać ustronie może najdalej położone od wszystkiego, co Francja zowie cywilizacją, co ją bawi i odurza lekkie głowy jeszcze lżejszych z charakterów jej mieszkańców. Myśl owa pojawiła się trybem wszystkich wielkich myśli, to jest, zajaśniała naraz, jak objawienie Newtona co do ciążenia, Watta co do machin parowych lub czcigodnego Cartwrighta tkackie pomysły.

Przypadek, to może najogólniejsza formuła spraw ludzkich, dlatego i nasze opuszczenie Wersalu sprowadził przypadek; ot, po obiadku prawiliśmy o różnych rzeczach, aż nareszcie Aleksander Mniewski (mój brat cioteczny, jak ci to zapewne wiadomo) uczynił wniosek, abyśmy po długim przemieszkiwaniu w rozmaitych miastach, spróbowali przy schyłku młodości ekologicznych przyjemności na wsi. „Zgoda” – zawołali zebrani członkowie przyszłej staro- kawalerskiej osady i jęli się, każdy w stosunku swoich upodobań, do wykonania zamiaru. Ja, ponieważ cieszę się zawsze, skoro dosiądę deliżansu na wyprawę w dalekie strony, po dwudniowej podróży „ziemia!!! ziemia!!!” zawołałem, a rzuciwszy kotwicę i obejrzawszy wszystko, postanowiłem podać myśl osiedlenia się w tym odległym i prawie dzikim kraju. Żebym miał poetycką wyobraźnię, znalazłbym bruki Paimpol z szynek, strumienie
z wina lub mleka. Jak prawowierny prozaik na wszystko sucho, podług najrzeczywistszej reguły trzech patrzę i w błocie paimpolskiem widzę zwyczajne wszędzie uprzykrzone błoto, a w bruku, nieczułe na raz najciętszego emigranckiego zęba, kamienie. Okolica piękna, życie tanie, rozmaite nade wszystko zabawy uwolnią nas od procesjonalnych wersalskich spacerów i mam nadzieję, że szanowni członkowie Republiki posiedzą tu przynajmniej lat parę, robiąc od czasu do czasu wycieczki w rożne strony dla przerwania
spokojności powietrza, w którym tu ani huczą kolasy wykwintne paryskich paniczów, ani krzykacze nie świdrują uszów biednego piechotyńca przeraźliwym krzykiem, co właśnie sprawia, iż patrzącemu
na ten ruch nieustający i słuchającemu gwaru bez początku i końca jak nieśmiertelność lub przestrzeń, Paryż w każdej dnia godzinie się zdaje wielką klatką, w której w dzień pogodny hulają różnobarwne kazuary i uprzykrzone papugi.

Już od kilku dni wybierałem się przesłać Ci przyjacielskie uściśnienie, dziś przyprowadzam życzenie do skutku, pewny, że przyjmiesz moją epistołę tak uprzejmie, tak, chcę powiedzieć, serdecznie, jak ongi przyjmowałeś jej pisarza. Musisz tam cały dzień chodzić z gatkami na piętach, bo upały zapewne dokuczliwie dopisują w Paryżu. My tu nad morzem nie tyle cierpimy w domu, ale na dworze słońce śrubuje w głowę promienie, że aż głowa pęka, i skoro głowa się żali umysłem popękanym na cząstki, zaraz mi przychodzisz ty na myśl i Twoje gatki. Zapewne Ci brzuch dokucza, bo to letnie, jak się zdaje, cierpienie, ale mam nadzieję, że Ci nie doskwiera bardziej, jak podczas mojego pobytu. Każdy ma swego mola i zdrowie normalne poezją, mówi poczciwy pan Antoni.

Pisz nam, co w Paryżu. Maria już zapewne zdrowa zupełnie, a Teresa lepi gniazdo, w którym ją szczęśliwy kuzyn pobije na kwaśne jabłko. To aż włosy stają na głowie, gdy sobie wspomnę, jakie sprowadza zniszczenie, jaką pamiętną na całe życie kataklizmę każdy dwudziestoletni kuzyn. I dlatego Francuzi kuzynów nie lubią. Skoro się przesunie kuzyn po ciotecznicy, tylko płacz i zgrzytanie zębów się rozlega, a pustkowie otworem już stoi dla każdego przechodnia przez całe kobiece życie.

Serduszko nie wiele, ale boli zawsze. Szczególna rzecz, że się męczyć nie mogę. Godzina spaceru czerpie mnie tyle, że już dłużej nie mogę obstać. Kąpałem się dopiero trzy razy, ale teraz zamierzam moczyć się tyle, ile łaskawy przypływ morza pozwoli. Czy byłeś u Aleksandra? a jakże mu idą wody? jaki jest jego adres, bo pisać do niego pragnę?

Ordęga zdrów zapewne jakoż poczciwa jego żona i dobre aniołki. Pisałem do niego, ale list frankowałem, dlatego może nie doszedł. Donosiłem mu, że wygotowałem artykuł pod tytułem „Teoria i praktyka”, artykuł bardzo wstrzemięźliwie pisany, bo wieś uspokaja nerwy i chłodzi krew, tak że pulsa biją jak wahadła ściennych zegarów, z namysłem, poważnie uroczyście, jakby skąpiły życia w leniwym zawsze
pochodzie. Dotąd nic prawie nie czytałem, powrócę do Paryża osłem znamienitym, tak że sobie Ordęga przerzedzi włosy kilku garsztkami wskutek sprawiedliwego gniewu. Ale przyrzekam sobie poprawę i dalej
bym zaszedł w korzyściach, gdyby nie myśl, że się to wszystko na tamtym świecie zapewne nie na wiele przyda, bo tam się nie kłócą emigranci, ani tam cara Mikołaja nie znajdziesz.

Dom nasz jest nadzwyczaj wygodny, każdy ma oddzielną, posadzkowaną stancję, oprócz obszernego dla świętobliwych mnichów refektarza i salonu, w którym chyba puszczyki przyjmować nam przyjdzie, bo mieszkańcy tutejsi to czyste ślimaki, boją się głowy wysuwać poza cieśń nieotynkowanej skorupy, dlatego aby przypadkiem gdzie nie uronili jakiego grosza. Ale tym lepiej, że się nie naprzykrzają, im mniej z Francuzikami tym, wygodniej, nie potrzeba przynajmniej pokrywać uśmiechem przymilnym wzgardy, która w nas dla nich tak wybujała, że żadne powierzchowności, którymi stroją nędzotę swych moralnych usposobień, na chwilę jej otrząść nie potrafią.

Może, mówię, może kochany Florianie, wypadłbyś kiedy z Paryża na kąpiele, a wtedy nie wątpimy, że omdlałe dokumenta wolałbyś pławić w Paimpol aniżeli w innym jakim portowym mieście. Mówię „może”, bo odległość od Paryża ani mi pozwala cieszyć się, a raczej łudzić nadzieją, żebyś umyślnie dla widzenia się z nami przyjechał. Z tym wszystkim, chociaż do Paimpol daleko, koszta nie są wielkie, i wziąwszy 120 franczków w kieszeń, wygodnie jako finansista, w kupę, mógłbyś między nas zawitać i znowu do Paryża wrócić. Ach Boże, czemuż ty tak ostro bandujesz? Gdyby ci już kuśka po kolędzie, jak Rej powiada, chodzić poczęła, wtedy bylibyśmy prawie pewni uścisnąć cię w Kirsa, bo ani na chwilę pomyśleć nie możemy, żebyś i z Twojej strony nie czuł też, choćby tylko lekkiego pożądania zobaczyć ludzi, którzy Cię zawsze kochali i zawsze kochać będą. Florianie!!!! Jeżeli kiedykolwiek, czy to dla odświeżenia się przemianą, czyli dla podparcia instrumenciku lub też w braku czynności zamierzyłbyś i mógłbyś choć na miesiąc, choćby na 15 dni, opuścić Paryż, na Boga, przyjeżdżaj. W dzień inną wynajdę zabawę; z ryb, homarów i ostryg ustawimy krokwie dla podtrzymywania dokumenciku, którego sprężyste napierznice potrzebniejsze dla każdego mieszkańca Paryża jak samo powietrze.

Potrzebna nam tu koniecznie broń na kaczki i bekasy, których tu bardzo wiele. Czy nie mógłbyś przysłać nam takowej broni, ale nie systematem nowym, tylko dawnym sposobem, ze stemplem urządzonej.
Systematem starym, gdyż wystaw sobie, w przytomności Napoleona i Mniewskiego jeden Francuz miał nową, która wystrzeliła tyłem i zdarła mu skórę z czaszki. Ja rozumiem, że nowy jest doskonały system,
ale trzeba mieć kilkanaście fuzji, bo jak się śruba, na której lufy utwierdzone obluzuje, podważy lufy do góry i przypadek gotów. Zapłata urządziłaby się na dwie raty, w listopadzie pierwsza, a w czerwcu
druga. Naturalnie że trzeba by położyć ten warunek w twojej księdze, bo gdybyś zdawał naczelnictwo owego zakładu, kredyt jako przez sprzedaż upoważniony, przyjęty by być musiał w rachunku ogólnym i w należytym a wzmiankowanym czasie mógłby się dopiero nabywca upomnieć o każdą ratę. Nadto mój brat cioteczny wziąłby fuzję dubeltówkę, ale nie chciałby dać więcej nad 150 franków i w dwóch ratach ją
zapłacić, to jest pierwszą ratę na nowy rok, drugą na święty Jan. Ta dubeltówka, życzy, żeby była starym systematem ze stemplem. Na prowincji to rzecz niebezpieczna brać fuzję tanią od rusznikarza nieznajomego, bo można by czasem mózg sobie za 75 franków wystrzelić, dlatego proszę Cię donieś mi czy możesz przysłać coś bezpiecznego i pod warunkami wymienionymi.

Co się zaś tyczy kacznicy, tę proszę cię przyślij jak najspieszniej, jeżeli możesz przyjąć warunki, gdyż mamy teraz wiele wydatków i bardzo było by nam było wygodną rzeczą podzielić należytość na dwie raty. Tak więc czekam kacznicy i odpowiedzi o dubeltówce, lub gdybyś mógł przysłać dubeltówkę bezpieczną choć nieozdobną za 150 franków i pod wymienionymi warunkami, przysyłaj obie. W każdym razie, czekam jak najśpieszniejszej od Ciebie odpowiedzi i proszę Cię, abyś ucałował ode mnie i Laskowskiego małą dzierlatkę, uścisnął od nas kochanego Tadeusza, Dzięcioła i Jakuba wierz zawsze mojej niezmiennej i szczerej przyjaźni. Napoleona tu nie ma będzie 15 września.

Twój zawsze –
Stanisław Poniński

LIST DRUGI

Kirsa, koło Paimpol

Jeden z klasyków łacińskich powiedział, kochany Florianie, że tylko Bóg albo dziki człowiek przemieszkiwać może w pustyni, otóż my prawdziwą zagadką bylibyśmy dla onego sentencjonariusza starożytności. Ciekawy jestem, czy by nas nie wziął przypadkiem za bogów; bo jeżeli wierzył w bóstwo
każdej namiętności złej i dobrej, my co i jedne i drugie, w istocie naszego moralnego bytu liczymy, mielibyśmy prawo do jego najpokorniejszej cześci, nie byłoby więc trudności pod względem metafizycznym. A co zaś tyczy naszej budowy, naszej postaci, kiedy mógł ów Rzymianin oddawać
pokłony źle wyrażonej postaci z kamienia lub z brązu, a zresztą choćby i najlepiej człowieczeństwo przedrzyźniającej figury, to zawsze martwej, nie mówiącej; czegoż by zatem nie miał kłaniać się łydziastemu Laskowskiemu lub sążnistemu Napoleonowi. Wystaw sobie, jak żałujemy, że Rzym
upadł, bylibyśmy bogami poważnie królującymi w ustawicznym okadzaniu z mirry i innych pachnideł. Miłość własna znowu szepce że, nie jesteśmy dzikimi ludźmi i podaje bardzo ważny na to dowód, bo kto,
przez 10 lat mieszkał w takich oceanach ludzi jako Paryż lub Londyn, ten przecie zupełnie dzikim być nie może. I upragnienia nasze, ciekawości śmiertelnym wspólne, przekonywają nas, że ani bogami, ani
dzikimi nie jesteśmy ludźmi.

Ach, co za szkoda, kochany Florianie, że, Rzym upadł, bo będąc bóstwem, wiedziałbym o wszystkim, co by się na świecie działo bez Calignaniego i „Trzeciego Maja”, ale ponieważ podobało się barbarzyńcom „pobawić”, jak to powiada Zalewski, i Rzym poszedł na „pohybel”, prosiłem więc starego, aby cię zapytał, czy nie mógłbyś zostać naszym bankierem i zaabonować nam „Calignani’s Messenger”, „Trzeci Maj”, „Narodowość” i „Demokratę” z swojej kieszeni, bo wszystko to nie będzie kosztowało więcej jak 40 franków, wystawić sobie zaś łatwo potrafisz, jak to trudno z końca świata przesłać do Paryża 40 franków. Pisałem do starego, aby mi natychmiast doniósł, jeżeliby Tobie trudno było zastąpić nas, dopóki tam w Paryżu nie oddano by mi co mi się za miesiąc lub 6 tygodni należeć będzie, ale stary nie liczy poważnie jak Mojżesz Majmonides, a ja się niecierpliwię i siedzę bez najmniejszej wiedzy, że żyję, bo nic nie wiem, co się dzieje i jak się dzieje na świecie. Proszę cię, zaabonuj rzeczone pisma pod moim nazwiskiem co najprędzej albo donieś, gdyby ci okoliczności jakie przeszkadzały do wyłożenia potrzebnych na to pieniędzy, które odesłalibyśmy wraz z należnościami za fuzje albo raczej kazalibyśmy oddać ci osobie, od której odebrać mamy pieniądze.

Nadto naprzyj starego aby mi przysłał co najskorzej muzykę, tylko taką jak opisałem do niego w liście, to jest ćwiczenia do nabycia differents coups d’archet, bo lewa moja ręka niezła i prawa tylko wyrobienia potrzebuje. Oprócz tego proś starego albo lepiej Dzięcioła, aby mi kupił (stary by dał pieniędzy) ze 200 arkuszy papieru na cygara, bo już biały papier palę, a ten daje zbyt wielu oleju i niechęci mnie do tytoniu, a poleca tabakę której, bym zażywać bardzo sobie nie życzył. Fuzje obydwie odebraliśmy i nadzwyczajnie ci wdzięczni jesteśmy, bo doskonałe, Mniewski prosił mnie, aby ci szczególnie za dubeltówkę podziękować. Aj! Kochany Florianie, co by to za święto było, gdybyś ty w Kirsu zawitał, jeszcześ też podobno nie widział morza i takiej dziwnej okolicy, natura by cię więc rozerwała, gdyby nasze najszczersze najusilniejsze starania roztargnąć cię jako wygnańca, jako najbliższego po krewnych przyjaciela nie potrafiły. Uprzedź nas na kilka dni abyśmy, wszystko przysposobili do najlepszego „świadczenia Ci godności” (podchorążowskie wyrażenie).

Konarski pisał do Laskowskiego (który wyszedł na polowanie, bo byłby się do Ciebie przypisał niewątpliwie), że Ratomscy dostali amnestię; a więc to już świadoma rzecz być musi w Paryżu, kiedy aż do Auxerre już dobiegła. Jeżeli tak jest, uściskaj obydwóch a w szczególności Ferdusia, bo jego znając daleko więcej, daleko też więcej kocham; powiedz im, że najżyczliwsze moje uczucia o ich dobre powodzenie odprowadzą ich do Polski i proś ich, aby nie zapominali o wybladłym, nerwowym Stanisławie, który zapewne już ich nie zobaczy i będzie przymuszony polecić bratu wrzucić go do oceanu na pożywienie rybom przez wdzięczność, że one go teraz tak dobrze pasą. – Zenona uściskaj i podziękuj mu za trudy jakie, łaskawie podjął, aby pomóc staremu przy wyprawianiu naszych mebli. Dzięcioł czy pojechał w poznańskie? a czy nie mógłby tez napisać dwa wiersze, to by utrzymywało jego kaligrafię,
a mnie by prawdziwą sprawiło przyjemność.

Twój zawsze, zawsze
Stanisław Poniński

LIST TRZECI

Kirsa w wielką sobotę 1843 roku (côtes du Nord) près Paimpol.

Alexander nam mówił, że chorujesz na żołądkową słabość, która chociaż najmniejszym niebezpieczeństwem nie grozi, nudna jest nadzwyczajnie, nieznośna więcej jak inne plagi, jakimi opatrzność nawiedza ludzi, dla ustawicznego starania, koniecznej uwagi na wszystko co się robi, je
lub pije, gdyż często najniewinniejszy pokarm, lub nawet nie przesilające zatrudzenie pogorsza stan zdrowia i truje wyrzutem, jaki sobie chory zrobić musi wszelką przyjemność, okupioną zawsze następującym później cierpieniem. Nie troszczę się, ale bądź ostrożny, a prędko wyjdziesz, dieta
uparta najskuteczniejszym lekarstwem. Wyobrażam sobie Ciebie siedzącego w owym patriarchalnym krześle, znudzonego słabością i zagniewanego, a raczej niecierpliwego, że dzień leniwo po dniu uchodzi, a nie przynosi ulgi, jakiej się „jutro” spodziewałeś. „Jutro” w słabościach, jak wszędzie, wielką gra rolę, nie czekaj jutra z upragnieniem i wiarą koniecznej ulgi, a przyjdziesz gładko, z uśmiechem na ustach do
zdrowia pierwotnego, na które w ogólności żalić się nie masz prawa.

Tymczasem, aby Cię rozerwać, posyłam Ci sążnistą epistołę, która, pochlebiam sobie, zawiera parę interesujących dla Ciebie okoliczności, ponieważ wiem, jak masz dobre serce i jak Cię obchodzą sprawy twoich przyjaciół. Wiesz że, tu mieszka Służewski i że żona jego pojechała do Paimpol bliska połogu. Powiła córkę. Napoleona zaprosili aby, trzymał dziecko do chrztu. Napoleon poszedł z wizytą do jednej młodej i prześlicznej pani, córki obecnego prefekta tego departamentu, z którą miał trzymać owe dziecko w tej ceremonii i mąż tej pani ma tu matkę, należało więc i do niej iść z wizytą. U matki zastał pannę, przystojną brunetę, wprawdzie 34 lat mającą, ale o pięknej, przezroczystej płci, o czarnych oczach błyskających jak ogniste miecze jeźdźców, którymi święty Jan ludzi wytępić w Apokalipsie grozi, prowadzony natchnieniem z góry jako prorok, a może tylko jako wieszcz o świetnej wyobraźni. Panna ma więcej męską jak niewieścią instrukcję, historia, filozofia, krytyka literacka, ekonomia polityczna, wszystko bliskie poufałe znajomości. Napoleon zrazu bywa bez celu, na koniec zaczyna go panna zajmować, szuka naszej rady, my dodajemy odwagi, prosi Służewskiej, aby go oświadczyła, a sam z Aleksandrem wyjeżdża do Nantes. Panna ma 9000 intraty, młodsza zawsze cztery lata od Napoleona i chociaż lepiej by było, aby była młodsza lat 8 z tym wszystkim, wiek jej nie sprzecza się z wiekiem Napoleona. Panna przyjmuje.

Tymczasem inna się snuje historia. Wiesz, że Hiacynta miała u nas dziecko. Tu kraj pobożny i skandal był tak wielki, że wy go pojąć nie potraficie, w innej atmosferze obyczajów kłopocząc wasze około słońca obroty. Ale Hiacynta nam potrzebna, bo wymustrowana do oszczędności, a my przynajmniej w początkach oszczędności potrzebowaliśmy, wydawszy w ogóle do 6000 franków, zanim się jak należało urządziliśmy. Hiacynta jest kobieta przewrotna, złośliwa, głupio rozumna, o tym rozumie, co to się z sumieniem w żadne układy nie wdaje, ale drwi z sumienia jak z głupca gadatliwego i uprzykrzonego, Hiacynta wie, że jest potrzebna. Po połogu, przed wyjazdem dobra, potulna, zachęca nas, abyśmy ją zostawili.

Następuje rada ogólna stanów. Napoleon przerażony okropnością skandalu wotuje, aby ją nie zostawiać; Boguś, wiedziony niechęcią do Hiacynty, popiera zdanie Napoleona. Aleksander, Laskowski i ja, zawsze z opinii żartując, skoro sumienie pozwala, głosujemy, aby ją zostawić. Napoleon w skutku skandalu choruje na słabość żółciową i my widząc, że by się truł zawsze, gdyby Hiacynta została, postanawiamy, aby ją oddalić. Napoleon przychodzi do siebie, odbiera od niej bieliznę, jutro ma wyjechać Hiacynta. W tym wszędzie nam gadają, że innej nie dostaniemy służącej, bo żadna uczciwa kobieta w tym kraju nie służy u kawalera. Powiadają nadto, że Hiacynta chciała dziecko zamordować, bo nikogo o stanie swoim nie uprzedziła, a nawet nic dla dziecka nie przygotowała. My lekceważymy opinią tych tu głupców, bo inaczej działać w małych miasteczkach francuskich nie można, płacić należy sowicie, a pokazywać im co krok, że się o nich nie dba, gdyż poddać się im, to by nas trzymali w kurateli jak wariatów, dlatego że jesteśmy Polacy.

Kiedy to się dzieje, przychodzi Służewski i z naszym największym zadziwieniem powiada, że jest sposób zostawienia Hiacynty, bez obrazy już nie opinii, o którą nie dbamy, ale przyzwoitości. Radzi, aby ona poszła do proboszcza, a on jako ksiądz musi nas prosić za nią, skoro ona przyrzecze poprawę. Ona idzie, ksiądz odmawia prosić, a nasz gospodarz, człowiek o 70 000 intraty i wielkim wpływie, radzi, aby ją zostawić, bo inaczej nie dostaniemy innej. C’est une triste necessité, mais c’est une necessité de la garder powiada.

Zostawiamy Hiacyntę, która zrazu dobra, tak się psuje, że nie można z nią wytrzymać. Po kilku odpędzaniach dla strachu, odpędzamy ją przed kilku dniami naprawdę. Wściekła, rozgaduje, że gdyby u nas nie była, to by się jej to nieszczęście nie trafiło. To jest niby, że jeden z nas to dziecko zrobił. Skandal się znowu robi okropny, ale tą razą wszyscy wyjechali oprócz Seweryna i mnie. Hiacynta wykrzykuje wszędzie na nas co może, nareszcie, dowiedziawszy się, że Alexander i Napoleon
jadą do Nantes, wsiada w ten sam dyliżans, aby niby kazać się ludziom domyślać, że pojechali mając nowy dla ukochanej metresy Cateau.

Przed wyjazdem wszelkich używa sposobów, aby do nas powróciła, w mieście na nas gada, a idzie do spowiedzi do księdza paimpolskiego, który teraz, podobnie jak ksiądz naszej gminy, prosić za nią odmawia, chociaż ma dla nas najwyższy szacunek i radby pomóc każdemu, odmawia jednak, bo jak się zdaje na spowiedzi wydało się, że szelma. Ona prosi księdza aby jej dał przynajmniej świadectwo, że była u niego u spowiedzi i na zasadzie tego świadectwa fałszuje list od księdza do nas. To się wydaje, ale ksiądz ją, jak to dobry kapłan, na galery wsadzić nie chce. Pojechawszy więc z Napoleonem i Aleksandrem, którzy jej nie widzieli wsiadając do deliżansu, każe sobie pisać list do mnie, w którym pisze mi o dziecku i prosi, żeby albo wziąć do służby, albo dać pieniędzy jeszcze. Wieczór dnia poprzedzającego Panna się iść za Napoleona zadeklarowała, a nazajutrz odbieram list ów od Hiacynty i ona do Paimpol z St Brieux wraca.

Włosy mi na głowie powstały i zapłakałem w cichości z żalu, że najniewinniejszy będąc ściągam na siebie pozór zepsucia partii dla Napoleona pod każdym względem wybornej, bo i w Polsce by się nigdy lepiej nie ożenił, a wszyscy Polacy spano szeli we Francji i gdy w Polsce skakaliby, gdyby który wziął 100 000 biednych naszych złotych (60 000 franków), tu im się zachciewa milionów. Włosy mi powstały na głowie i rad się zawsze uniewinnić, teraz widzę konieczność jak śmierć wyraźną. Proszę Służewskiego aby oddał listy obydwa żandarmerii i poszedł do mera paimpolskiego zaciągnąć ich rady. Po długich korowodach ja się decyduję robić jej proces o difamację, ale jak tu dowieść, że to nie ja ojcem.

Ona wyjechać nie chce, chociaż już trzy tygodnie upłynęło jak od nas wyszła, a mer jej wyprawić gwałtem nie może, bo paszport ma podług przepisów. Kiedy to się dzieje, Służewski chwyta myśl szczególną i dowiedziawszy się, że Hiacynta jest w ratuszu, bierze z sobą list od Dyskiego pisany z Wersalu, właśnie wkrótce po jej połogu. Wpada na nią, ale ona poissarda odszczekuje jak wściekła suka, nareszcie Służewski powiada, pokazując Francuzom datę listu i pieczątkę pocztową: „Oto list z Wersalu, oto data, czy ty myślisz, że ja bym tak się starał, żebyś po połogu została u tych panów, gdyby nie ten list od ojca twego dziecka, w którym mnie prosi, abym ja starał wyprosić u tych panów zostawienie ciebie après cette cochonerie, jaką im zrobiłaś, oto list” powtórzył i pod przysięgą wytłumaczyć to każe i przedstawiając jej list Dyskiego powiada, „Czy znasz ten charakter? czy to jego ręka?”

Hiacynta, która, jak wiecie, zawsze jendorowego koloru, zbladła jak trup i trzęsła się z wrażenia. „Dotąd milczałem – mówi dalej – bo chciałem pokryć, kto jest ojcem twego dziecka, sumienie mi tak kazało. Dotąd nie chciałem zdradzać zaufania człowieka, który się do mnie udawał z prośbą, ale teraz skoro ty chcesz mnie wpakować sur le Dos tych panów brud innego, sumienie mi każe przekonać wszystkich, że każdy z tych panów niewinny i jutro jadę do St Brieux i rozpoczynam kryminalny proces i muszę cię wpakować na galery lub do więzienia za kalumnię”. To powiedziawszy wychodzi.

Hiacynta, która dopiero sekutnica, od chwili pokazania listu słowa nie rzekła, dopiero furia rozwydrzona teraz, zaczyna płakać, ryczeć jak krowa. „Cóż mnie teraz zrobić wypada, ja nigdy nie powiadałam i w żadnym liście tego nie pisałam, że to jeden z tych panów ojcem tego dziecka, ale ja tylko utrzymuję, że gdybym nie była u tych panów, to by mnie to nieszczęście nie spotkało. Co ja mam teraz robić, na Boga, ratuj mnie pan, nieszczęśliwą!” rzekła do mera. Mer jej powiada „uciekaj co prędzej, a ja może resztę załagodzę z panem Służewskim”. Deliżans, który tylko dwa razy na tydzień idzie do St Brieux, ruszył dopiero przed godziną i ona jechać nie chciała, a teraz rzekła do mera: jakże ja mam jechać, kiedy deliżans odszedł? Mer, który rozumie, że to list istotnie ojca tego dziecka, bo mu jeszcze Służewski nie
miał czasu powiedzieć prawdy, rzekł do Hiacynty „zostaw rzeczy, a idź piechotą”. Ona zostawia rzeczy, a sama ucieka.

Przeczytaj ten list Żukowskiemu i powiedz mu, że tak nikt, co się mieni przyjacielem drugiego nie robi. Spytaj go, czy jeszcze się chce wypierać, bo jeżeli tak jest twardy, niech nie sądzi, że kogo odrwi. On nie miał nad nami litości, wiedział, że jedziemy w kraj nieznany i podług swego haniebnego zwyczaju nie powiedzenia prawdy w sprawach z kobietami, słowa nam nie rzekł. Że ją nawiedził, jakby był jej mężem, to mniejsza, są chwile słabości i zresztą lepiej jeszcze ją chędożyć jak najpiękniejszą publiczną kurwę, to rozumiem, ale żeby Teofil tak był mało dbały o imię ludzi, którzy go kochali, to dowodzi obojętności serca niegodnej Teofila. Widzisz, że hamuję pióro, nie chcę się pastwić, dlatego proszę Cię, pokaż ten list tylko Zadarnowskiemu, którego żart wsiąkł w me serce tak głęboko, jak Zadarnowski zamierzył, pokaż list nadto Jakubowi, bo go szanuję i nie chciałbym, aby był w błędzie, nadto
ostrzeż Teofila, aby się miał na ostrożności, bo ona może przyjechać do Wersalu, gdyż tam lepiej płacą i tam się wybierała dawniej.

Nadto, chociaż dotąd nie tłumaczyłem się nikomu i nie starałem się kłaść na plecy Teofila brudu, który on z pośpiechem parł na moją reputację, jednak i po tym wypadku nie chcę Teofilowi szkodzić, dlatego proś Zadarnowskiego i Jakuba aby, wszędzie, a szczególnie między wersalczykami roznieśli, że Hiacynta odprawiona chciała robić skandal, spędzając na Teofila, ale my ją przekonali listami jej kochanka, którego miała w Wersalu, że to nie Teofil jest ojcem. Bo gdybym ja był ojcem, taka poissarda byłaby skoczyła do oczu Służewskiego, gdy jej list pokazywał i pewno by ze strachu nie uciekała będąc pewną, że on listu żadnego od ojca dziecka mieć nie może.

Teraz niechaj Teofil porówna moje postępowanie względem niego, z jego postępowaniem względem nas obydwóch i jeżeli nie zapłacze ze wstydu, żałując go mocno, tym mocniej, że wykręty, kłamstwa w sprawach z kobietami widać przytarły w nim uczucie sprawiedliwości i sumienia, którego zawsze dawał dowody za granicami śmierdzącej piczy. Jeżeli nie zapłacze Teofil spostrzegłszy, że znalazł się człowiek, który w najdotkliwszym żalu do niego, więcej jeszcze pokazując wspaniałomyślnego starania o jego reputację, aniżeli on pokazał względem tego człowieka wtedy, kiedy usta prawiły o przyjaźni, o przywiązaniu prawie braterskim, jeżeli nie zapłacze Teofil, a przynajmniej nie pokaże wzruszenia, niebezpieczny sam dla siebie i dla ludzi, którzy mogą mieć z nim stosunki. Ale trzeba się hamować bo on teraz, upokorzony, a ja się mścić nie chcę, bo wiem, że oprócz spraw wszetecznych, w których idzie na oślep, zawsze uczucie honoru rządzi jego czynami w każdej innej okoliczności. Powiedz mu, że będę się starał nie gniewać na niego i czas to dokaże, tym prędzej, gdy przed wami wyzna swój błąd. Zresztą, może on o naszą przyjaźń nie stoi, a w takim razie niech działa, jak mu się podoba.

Teraz wystaw sobie, jaki straszny wielki tydzień przepędziłem. Napoleon w Nantes, gdyby był Służewski nie przekonał tej bestii , że na nas zganiać nie może, panna by mogła cofnąć swoje słowo i wstyd, i szkoda, bo Napoleon się lepiej ożenić nie może. – Ta szelma połogiem i odprawieniem się zabiła mi dwa miesiące czasu, polowanie w zimie wiele pisać nie dało już jednak pierwszy tom romansu gotowy, posyłam Ci modlitwę do Boga, którą mówi kochanka na grobie matki, po oświadczeniu się kochanka, jest scena na cmentarzu z wariatką, która się tu podoba i wiersz, który wariatka śpiewa nie wierząc, że jej córka umarła, ale ten wiersz chciałbym poprawić i później go poślę.


Nie ma miejsca na całą modlitwę, a więc muszę ją oddzielnie napisać. Jak Napoleon przyjedzie, dopiero wyznaczy dzień ślubu. Ponieważ małżeństwa nieraz się przy wchodzie do kościoła rozchwiewały, dlatego tego proszę cię, zatrzymaj jeszcze wszystko w sekrecie, jednak Teofilowi, który ma organ sekretu większy jak potrzeba powiedzieć możesz, jakoż Zadarnowskiemu i poczciwemu Jakubowi. Napoleon nie chce żadnych balów, ale gdyby się familia żony uparła, wtedy by musiał, w takim razie może byś przyjechał, ej! Florianie powiedz i co! Zastaniesz pannę taką, że ją wszędzie na każdym dworze pokazać możesz, ale 34 lat czyni wiele i dlatego, że ma rysy wydatne, czasem staro odbija: z tym wszystkim, można jeszcze pohulać, a żona to nie metresa – żonę obmacasz, poznasz geografią cycków, pośladka i chociażby piękną była jak wschodzące słońce, mąż tego za miesiąc nie widzi, a cierpieć musi kaprysy, czasem niedostatek, dlatego dobroć, rozum i pieniądze podstawy, a ona ma to wszystko. Wystaw sobie, że brat, którego ja nie znam, bo i u panny nigdy nie byłem, jest ad joint mera i jako taki ma urząd komisarza policji, rozumie się, że nic nie robi i nic niepłatny, bo ma okręta i bogaty. Wystaw sobie, że chciałem iść do panny z podziękowaniem, że się zdecydowała fairé le bonheur de mon fere ale, ona jako trochę słaba prosiła Służewskiego, żebym trochę odłożył wizytę. Piękna historia, żebym po pierwszy raz przymuszony był robić znajomość z bratem w sprawie Hiacynty.
O Teofilu,
niechaj Ci Bóg przebaczy.
Stanisław Poniński

LIST CZWARTY

Kochany Florku!

Proszę cię, każ Napoleonowi zrobić pieczątkę na mosiądzu z herbem na papierku tu załączonym, który w Linneuszu heraldycznym zowią Łodzią. Tarcza powinna być wklęsła, łódź trochę dłuższa jak w rysunku ołówkiem, coś podobnego, co ja atramentem nakreśliłem; korona hrabska o 9 pałach i kreski na tarczy oznaczające kolor idą na dół, bo ja nie wiem z pewnością koloru tarczy, gdyż mnie herb mój nie obchodził nigdy, ale zdaje mi się, że kolor naszej tarczy czerwony jest i jeżeli się nie mylę, na pieczątkach w domu widziałem kreski idące na dół. – Jeżeli coś poplątałem jest tam Aleksander, który doda co potrzeba, ja już więcej nie potrafię.

Teraz do Ciebie mowa, a najpierwej, jak Tobie sumienie nie szepcze do ucha, że doniósłszy, iż cierpisz gastrykę, nie uwiadamiasz Twoich przyjaciół, jaki obrót wzięła Twoja słabość; przecież zdrowie to wszystko, a Ty nic o nim. U nas żniwa na święty Jan i teraz ciężki, pieniężny przednówek w naszych kieszeniach, coś pobratymczego z owymi głodami, które przed wynalezieniem, a raczej sprowadzeniem kartofli, trapiły Polskę. Umeblowanie i uporządkowanie domu a teraz ślub Napoleona wystawiły nas na wielkie wydatki, a my niebogaci, a Napoleon wydał kilka tysięcy na wyprawę. W Kirsa wielki ruch panuje teraz z powodu ożenienia Napoleona. Przeszło 12 000 fr. będzie go kosztowała wyprawa, same konie i kabriolet 4000 fr. Teraz brylanty, ślub etc. Pamiętaj więc, zbieraj pieniądze, żeby na wypadek jak się będziesz żenił, drobnych ci nie zabrakło.

Co więcej? Seweryn wariuje na rolnictwo, Staś na nerwy, ja na miłość, czego chcesz więcej od nas. Nie gniewaj się więc, Kochany Florku i kochaj nas, jak my ciebie. Ściskam cię i czekam twego listu

Twój do śmierci
Stanisław

Tekst od wydawcy jest swobodną adaptacją kilku listów z korespondencji Floriana Chaborskiego, przechowywanej w archiwum Biblioteki Polskiej w Paryżu [B.P. sygn. 446, strony 773–784,786–787, 867–870].
Możliwość pobytu i archiwalnej kwerendy w paryskiej Bibliotece Polskiej zawdzięczam stypendium im. Dr Marii Zdziarskiej- Zaleskiej, którego miałem zaszczyt być beneficjentem w latach 2005 i 2007. Przygotowanie
tekstu do niniejszej publikacji polegało przede wszystkim na niezbędnych ze względu na charakter i miejsce publikacji uproszczeniach i skrótach. Usunięto fragmenty, które nie wnosząc nic do narracji, obciążały zbytnio sprawami zbyt odległymi od głównego nurtu – kroniki życia starokawalerskiej osady w Paimpol, z centralną
– przez jej wpływ na ślub Napoleona – „sprawą Hiacynty”. W grafikach ilustrujących tekst wykorzystano
elementy z rękopisów sygn. B.P. 484, s.10–12, 696 i 807

Marek Troszyński

Czas musicali
Śpiewaj, śpiewaj, śpiew [...]
Chłopięca rebelia
Gdzie jest polski musical? [...]
Musical rozwija skrzydła
Duchy popu
Teologia teatru
Teologia w działaniu
Przedstawienia
Nie ma rozpusty gorszej ni [...]
Kto chce czytać, niechaj [...]
Klątwa. Trzeci powrót Od [...]
Mrok jak światło
Wszystko dozwolone
Z papieru i sznurka
Oda do młodości
Przepis na projekt ekspery [...]
Witaj na Cyprze
Interpretacje
Wanna wobec Marata. O form [...]
Niemożliwa rewolucja
Wyżej nie podskoczysz
Bajka o żelaznym wilku
Dokąd idiesz czerwony kap [...]
Teatr telewizji-Scena faktu
Gułag dokumentalnie
Kontrapunkt-Berlin
O kobiecie, której puści [...]
Kobiety mówią
Maszeruj albo giń!
Nowy Świat pełen klawisz [...]
Opera
My, biedni ludzie...
Reportaż
Festa Candomblé
Teatr ukraiński
Łeś Kurbas, czyli teatr [...]
Prolog z błaznem
Rozumny arlekin
Kufer z książkami
Mapa nowego świata
Kabarety polskie
Mumio a Tey-bilans kabaret [...]
Wyspiański wielokrotnie
Sen nocy listopadowej
Monologi
Rzeczpospolita kawalerska
Inna się snuje historia c [...]
Mistrzowie krytyki
Krytyk niespieszyny
Książki
Craig bliżej
Obłok krojony

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone