20-06-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Marek Radziwon

Fot.Prot Jarnuszkiewicz

Pomysł na fabułę „Pantaleona i wizytantek” jest taki: żołnierze stacjonujący w dzikich wioskach Amazonii dopuszczają się gwałtów na miejscowych kobietach. Sztab w Limie, do którego coraz częściej docierają alarmujące raporty, próbuje wobec podwładnych próśb i gróźb, nic to jednak nie pomaga. Sprawa staje
się poważna, nabiera niebezpiecznych rozmiarów, wymyka się władzom wojskowym spod kontroli, nie wiadomo, jak jej zaradzić.

Tu zaczynają się właściwie zdarzenia. „Pantaleon i wizytantki” to historia wzorowego oficera armii peruwiańskiej, tytułowego Pantaleona Pantoi (w tej roli Andrzej Konopka), który dostaje od zwierzchników nietypowe zadanie – ma zorganizować burdel dla żołnierzy wymęczonych służbą w Amazonii. Zwierzchnicy rozumują tak: skoro plagi gwałtów nie możemy opanować, zorganizujmy żołnierzom dom publiczny. Przedsięwzięcie jest delikatne, może się go podjąć tylko odpowiedzialny wojskowy, Pantoja jest służbistą, poza tym jest ambitny i liczy, że wzorowe wykonanie rozkazu pomoże mu w dalszej karierze. Armia nie przyznaje się do swojego człowieka. Pantoja mieszka poza jednostką, nie korzysta z żadnych przywilejów oficerskich, chodzi w cywilnych ciuchach, wygląda w zamszowych trzewikach, białej, rozchełstanej koszuli i szerokich białych spodniach po prostu jak alfons. Nawet żonie i matce nie zdradza szczegółów całej operacji – trochę z wyuczonego w armii poczucia odpowiedzialności (służba jest służba), a trochę chyba ze zwykłego wstydu.

Przedstawienie Pawła Aignera jest bardzo piękne. Szeroką scenę Teatru Studio w Warszawie przecinają drewniane podesty, ułożone w różnych kierunkach, pod rozmaitymi kątami i na różnej wysokości. Pod podestami dostrzegamy zielone kępy trawy, wysoko nad sceną przebiega linia wysokiego napięcia, gdzieś w rogach sceny sterczą stare, drewniane słupy elektryczne. W kolejnych scenach na podestach, jak na długiej, nieprzebytej drodze, będą się pojawiać powbijane drewniane krzyże albo też małe stateczki poruszające się to w górę, to w dół, czasem przyozdobione kolorowym balonikiem. W przedstawieniu efektownie posłużono się światłem – w niektórych scenach jest stonowane, w innych ostre, w jeszcze innych, jak to w burdelu, jarzy się wszystko na czerwono i różowo.

Powieść Mario Vargasa Llosy została napisana w roku 1973. Autor miał wtedy zaledwie trzydzieści siedem lat. Ameryka Południowa lat siedemdziesiątych była kontynentem innym niż dzisiaj, w wielu krajach regionu rządziły autorytarne junty wojskowe. Powieść Llosy miała więc wydźwięk bez mała polityczny, a temat wojskowy nie pojawiał się tak sobie po prostu. Prawidłowych odpowiedzi na pytanie, o czym pisał Llosa, jest najpewniej kilka. „Pantaleon i wizytantki”, jak tę powieść rozumiem, to historia o wolności i samodzielności, o granicach obowiązków, jakie sobie narzucamy lub jakie dajemy sobie narzucić w imię prawdziwej lub wydumanej odpowiedzialności zawodowej. To także historia o łatwym podporządkowywaniu się rozkazom i poleceniom, jeśli tylko wydają je odpowiednio wysocy zwierzchnicy, na których możemy podświadomie zrzucić odpowiedzialność. To także powieść o potrzebie akceptacji – wśród najbliższych i wśród obcych; to wreszcie powieść o fetyszu kariery, o hipokryzji i o wzniosłych ideałach, które sięgają bruku. Może zresztą podobne tematy silniej porusza nieco wcześniejsza powieść Llosy – „Miasto i psy”, w której stosunki panujące w armii są tłem jeszcze sugestywniejszym.

W przedstawieniu Pawła Aignera nie ma polityki, co zatem jest? Jest z pewnością historia obyczajowa. To historia mężczyzny, który nie umie odmówić swoim szefom wykonania absurdalnego i upiornego polecenia, to historia o tym, jak powoli rozpada się jego życie, jak on sam, z początku trzeźwy, rozumny i karny, pęka i grzęźnie w świecie, który sam kreuje. Byłoby jednak dobrze, gdyby tyle właśnie mówiło nam przedstawienie w Studio. Tymczasem – to już nie z adaptacji wynika, ale z samej inscenizacji i ustawienia
ról – rzeczywistość, która miała przerażać – miały to być przecież piekielne tropiki: świat duszny, w przenośni, ale i dosłownie, mroczny, drapieżny i szalony, nie zły nawet, bo zawieszony w ogóle poza dobrem i złem – okazuje się w zainscenizowaniu Pawła Aignera całkiem uroczy i kokietliwy. Skoro jest dość miło, to niech będzie i wesoło – w jednej ze scen Pantoja próbuje się dogadać z lokalną burdelmamą, więc zaczyna od zdania: „Mam do pani mały interesik”. A burdelmama na to z troską, jakby chciała coś na tę wstydliwą dolegliwość zaradzić: „Oj, ma pan mały interesik?”. I wszyscy ryczymy jak na kabarecie, bo wiemy – interes, jakim dysponuje kapitan Pantoja, jest wyjątkowo mały. Niestety, takich niewybrednych
skeczy napotkamy w tym przedstawieniu więcej. Nie obejdzie się także bez doraźnego aluzyjnego ogrywania niektórych postaci i rekwizytów. Sceny z Walecznym, niezłomnym dziennikarzem, który demaskuje całą tajną operację wojskową organizowaną przez Pantoję, ale w rzeczywistości okazuje się małym szantażystą, prawicowym demagogiem i oszustem, zostały tak upozowane, żebyśmy łatwo w Walecznym odgadli fanatyków Radia Maryja.

Naczelny kłopot z przedstawieniem Aignera polega więc być może właśnie na adaptacji. To jest na tym mianowicie, że zamiast syntetyzować całość, adaptacja reżyserska usiłuje oddać wiernie większość wątków i w konsekwencji, zamiast celnie chwytać najważniejsze kwestie i problemy, grzęźnie w szczególarstwie. Ale wiernie oddać ich oczywiście nie może, i wtedy ześlizguje się w niepotrzebny tani bulwarowy, żart. Wspaniałe adaptacje teatralne prozy światowej zawsze polegały raczej na umiejętnym wyborze najważniejszych wątków; sztuka adaptacji jest niczym innym, jak sztuką umiejętnego rezygnowania. Nie wiem, czy w ogóle jest możliwe wyczerpujące oddanie na scenie całości wielkiej prozy. I czy jakiekolwiek tak ułożone przedstawienie teatralne mogłoby się równać z prozatorskim oryginałem.

Szkoda trochę, że „Pantaleon i wizytantki” w warszawskim Teatrze Studio nie jest przedstawieniem udanym. Widowisko Pawła Aignera ma niewątpliwe atuty formalne, wizualne, ma jednak liczne niedostatki treściowe, jakby adaptator i reżyser nie mógł się zdecydować, o czym robi to przedstawienie. A jednak, chociaż uważam ją za chybioną, doceniam tę próbę. Studio pod nową dyrekcją próbuje nowych tematów, już dwie premiery – „Bitwa pod Grunwaldem” Tadeusza Borowskiego w reżyserii Marka Fiedora z Malarni i właśnie „Pantaleon i wizytantki” na dużej scenie – zdradzają jakiś pomysł, świadczą o tym, że Studio chce szukać niełatwych tematów, chce zmagać się z literaturą niepokorną. Ktoś wprawdzie powie, że na razie z różnym skutkiem. Może. Ale jednak.

Konfrontacje: Żydzi w tea
Krajobraz po Grossie
Robota ilustracyjna i  [...]
Nagrody
Podoba mi się teraz wszys [...]
Zapiski starucha
Kurnakowicz
Przedstawienia
Ropopera
Nie rzucim banku skąd nas [...]
Partnerstwo, czyli rywaliz [...]
Kultura torebek foliowych
Młynarze u bram
Perwers wymuszony
Miłość nie znosi oboję [...]
Surfing generation
O wszystkim, czyli o seksi [...]
Leniwe gesty
Maszeruj albo giń!
Muzeum tak w ogóle
Festiwale
Porządkowanie świata
Nowa odsłona
Portret
Frycz czyli anarchia
Nowojorska scena tańca
Widząc to samo
Moja Ameryka tańczy
Wszyscy uczestnczymy w&nbs [...]
Reportaż
Litwo, ojczyzno moja
Monologi
Poproszę zamiejscową czy [...]
Szmonces - polska specjaln [...]
Moja choroba
Kufer z książkami
Moskwa 2

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone