13-12-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Elizabeth Zimmer

Poproszona przez miesięcznik „Teatr” o napisanie artykułu do specjalnego bloku o amerykańskim tańcu, przejrzałam moje materiały i znalazłam artykuł, który napisałam w roku 1986 dla „Dance Magazine” na temat tańca w mieście (oczywiście chodzi o centrum Nowego Jorku). Gdy przeglądałam go pośpiesznie, od razu uderzyło mnie, jak bardzo tamta scena sprzed dwudziestu lat podobna jest do tej z 2008 roku.
Ale pod wieloma względami jakże od tamtej różna.

Przeszłość cokolwiek bliżej

Po pierwsze, artykuł „Po postmodernizmie: czekając na koniec świata” ma kilka tysięcy słów. Dzisiejsze magazyny nigdy nie zamówiłyby nic aż tak długiego. Po drugie, w 1986 roku w Nowym Jorku działało mnóstwo oddanych swojej pracy krytyków tańca, regularnie publikujących w prasie. W 2008 roku zostało ich może z siedmiu, a stałą rubrykę jednej z nich, Deborah Jowitt, zredukowano do co drugiego tygodnia w magazynie, w którym ona właśnie utworzyła i prowadziła dział tańca [„Village Voice” – przyp. tłum.]. No tak, gazety się zwijają, a z nimi uznani krytycy idą w odstawkę. Tylko AIDS zabrało kilku mistrzów. Trudno się dziwić, że niektórzy z naszych najlepszych krytyków skierowali swoją uwagę na książki czy
teatr.

Gwoli ścisłości, winowajcą jest też Internet, który spowodował, że właściwie każdy miłośnik tańca może sam siebie namaścić na krytyka; ale tylko nieliczni są opłacani i prawie żaden nie publikuje gdziekolwiek indziej. W rezultacie zamiast krytyki mamy nieokreśloną masę amatorskiej ekspresji.

Amerykańska gospodarka w 1986 roku była na granicy kryzysu, a teraz jest nawet w jeszcze głębszej dziurze. Nieruchomości na Manhattanie, te do życia i te do prezentowania tańca, są dziś nieosiągalne dla
większości młodych artystów, więc przenoszą się oni do Brooklynu i do Queens, do odległych od centrum dzielnic na zachodnim krańcu Long Island. Dwadzieścia lat temu tancerze i performerzy pokazywali swoje krótkie kawałki w intymnych przestrzeniach klubowych w sercu miasta, dziś tych klubów już nie ma, a artyści coraz częściej pracują w magazynach i loftach na Bushwick albo w jakimś zapuszczonym kącie Brooklynu.

Pytanie, czy Nowy Jork jest wciąż centrum światowego tańca, wisi w powietrzu. Z dwoma wielkimi zespołami baletowymi i setkami nowoczesnych trup, choreografów i studiów to miasto na pewno wciąż może zaproponować różnorodną ofertę aktywności twórczej w dziedzinie tańca oraz, co nie mniej istotne, oddaną sprawie publiczność. Dwadzieścia lat temu wielu choreografów zarzucało sceny stosami dziadostwa. Wciąż to robią. Ale teraz bałaganiarski spektakl może trwać godzinę, a nawet dłużej. Może zawierać interludium złożone z baletowych wariacji. I może zakończyć się darmowym obiadem dla widzów (z pieczonej jagnięciny), jak to miało miejsce po pokazywanym w kwietniu w The Kitchen [słynne miejsce non profit prezentujące eksperymentalną sztukę per formatywną w Nowym Jorku – przyp.
tłum.] „XXXXXXXXXXX – a situation for dancing” Heather Kravas i Antoniji Livingstone z zespołem. Trzeba też doliczyć trzech strażników, najprawdopodobniej najlepiej opłacane osoby na scenie. Po całej podłodze rozrzucono materace, koński nawóz, telewizory pokazujące muczące krowy, wielkie butle coca-coli; był jeszcze artysta rysujący karykatury i oczywiście same Kravas i Livingstone, czasami półnagie, kochające się agresywnie lub wykonujące skomplikowane baletowe figury.

Co się dzieje?

Mamy do czynienia z pokoleniem choreografów, którzy nie znają świata bez telewizji kablowej, dorastali, używając komputerów osobistych. Ich estetyka została uformowana przez szybki montaż rodem z MTV i przeskakiwanie pilotem po kanałach. Rzadkością jest przeto artysta, który umiałby (lub chciał) rozwinąć prosty ruch w nieskomplikowany kawałek choreografii. Z tych dobrych, których ostatnio widziałam, wymieniłabym przede wszystkim Chrisa Yona, Eleonor Bauer i Andreę Miller.

Yon, choreograf wykształcony na Uniwersytecie Nowojorskim, dwudziestopięciolatek, którego styl udatnie udaje coś poważnego (pewnie dlatego nazwano go „późnym Busterem Keatonem”), rozpoczął swoją sceniczną inżynierię pokazami ironicznych performansów. Na przykład dzierżył odkurzacz na scenie udającej hotelowe lobby, albo współpracując z młodymi ludźmi ze swojej kohorty, starał się nadać fizyczny walor sztukom o ich pełnym stresu (stojąc pod ścianą, udawali zmartwionych nastolatków w łóżku) dzieciństwie. Ten sam artysta pokazał ostatnio spektakl zatytułowany „Hugo”, który po oszałamiającym prologu wideo ewoluował we wzruszający duet na żonę Yona, Taryn Griggs, i jej przyjaciela Jeffa Larsona. To nadzwyczajne przesłanie dla przyszłości od teraźniejszości skończyło się tanecznym wyznaniem wiary w siłę mocnego związku, który artyści zbudowali za pomocą kilku szybkich fraz chodzonych, skontrastowanych zamrażanymi pozami.

Miller z kolei ma się za obywatelkę świata. Urodzona z hiszpańskiej matki na amerykańskim Zachodzie, ukończyła renomowaną nowojorską Juilliard School, tańczyła przez dwa lata w Izraelu z zespołem młodzieżowym Ohada Naharina, a ostatnio stworzyła w Nowym Jorku swoją własną trupę, Gallim Dance. Za swoją misję, jak powiada, uznaje „znalezienie takich zestawień ciała i umysłu, które odbijają się w duszy”. Cóż... Jest jedną z niewielu w swoim pokoleniu, która mówi w ten sposób. Jednak jej prace wydają się najbardziej „tradycyjne”, skomponowane prawie w całości z radosnych gestów typowych dla współczesnego człowieka, znaczących i głęboko emocjonalnych, odgrywanych z towarzyszeniem bardzo różnorodnej muzyki przez świetnie wytrenowanych tancerzy. Ma szczególną zdolność prowokowania wykonawców swoich układów do dramatycznego „dialogowania” z nią, co niesłychanie rozszerza możliwości budowania całej choreografii. Może dlatego ogląda się to z niesłabnącym zainteresowaniem.

Bauer, najwyższa i najmłodsza z tej grupy, tej jesieni dołączyła do Rosas, zespołu Anny Teresy de Keersmaeker. Ta masywnie zbudowana kobieta rodem z Nowego Meksyku kilka lat temu ukończyła Tisch School of the Arts na Uniwersytecie Nowojorskim i prawie natychmiast przeniosła się do Brukseli, by studiować u de Keersmaeker. Na jej ostatnie przedstawienie w Nowym Jorku (w zaadaptowanej przestrzeni w Queens, zwanej Chocolate Factory – nie wiedzieć czemu, bo od zawsze był tu sklep z narzędziami) złożyły się instalacje wideo oraz niegłupie, a eleganckie godzinne trio z gadaniem. Nazywało się to „At Large” i zostało wypełnione błyskotliwymi myślami i mądrościami na temat prostego życia. Na dodatek widzowie otrzymali (za darmo!) studwudziestopięciostronicową książkę pod tytułem „At Large With Reasonable Doubt” do poczytania w domu. Zawiera ona wywiady z ponad pięćdziesięcioma artystami z Nowego Jorku i Brukseli na temat ich związków ze współczesnym ruchem tanecznym na obu kontynentach. Pytania bywają dociekliwe, a w długą listę rozmówców autorka sprytnie wplotła nazwiska wszystkich swoich nauczycieli po obu stronach Atlantyku.

Społeczność taneczna w Stanach jest dzisiaj znacznie bardziej międzynarodowa. Wśród nas pracuje coraz więcej Europejczyków, Azjatów i artystów z Ameryki Południowej. Po części za taką sytuację odpowiada tani dolar, po części zaś fakt, że wiele krajów coraz częściej stara się wspierać zagraniczne studia swoich obywateli.

Dean Moss, Afroamerykanin rodem z Tacomy na zachodnim wybrzeżu, tworzy dzieła podejmujące temat tożsamości i już od dawna często współpracuje z artystami z Azji. W tej chwili na przykład pracuje z koreańską choreografką Yoon Jin Kim nad czymś, co nosi ciągle za krótki tytuł: „Kisaeng – artystki/kurtyzany podobne do japońskiej gejszy, które przez pięćset lat były niewolnicami rządu i pisały wiersze, co znaczy, że dysponujemy pisemnym świadectwem ich życia”. Premiera w Seulu, potem pokaz w Hongkongu i wreszcie w lutym przyszłego roku w Nowym Jorku. Nie ma to być improwizacja [bardzo popularna w Stanach forma – przyp. tłum.], ale umieszczona z każdej strony sceny publiczność będzie bezpośrednio uczestniczyć w spektaklu, zaś widzowie, którzy wejdą na stronę internetową (www.gametophyte. org), mogą podjąć żywy dialog z reżyserem.

We wspominanym roku 1986 National Endowment for the Arts wstrzymał dotacje (do których wszyscy przywykli) na objazdowe pokazy przedstawień tanecznych w szkołach, na uniwersytetach i w miejscach leżących z dala od ośrodków kultury. Ta decyzja spowodowała, że wiele zespołów nie mogło już sobie pozwolić na wypłacanie tancerzom stałej pensji. W efekcie ośrodki leżące poza Nowym Jorkiem pozbawione zostały kontaktu z nową, eksperymentalną sztuką. Z kolei obecnie artyści u szczytu kariery znowu wracają na prowincję, skuszeni akademickimi posadami.

I tak Tere O’Connor, jedna z najważniejszych niegdyś figur na Manhattanie, inspirator wielu awangardowych projektów, uczy przez pół roku gdzieś pod Chicago; David Dorfman szefuje wydziałowi tańca w Connecticut College; Steven Koplowitz jest dziekanem w Kalifornijskim Instytucie Sztuki; Bebe Miller pracuje w Ohio, a Jawole Willa Jo Zollar na Uniwersytecie Stanowym na Florydzie. Wszyscy oni wciąż tworzą choreografie, ale już tylko na pół etatu. Całe stado dojrzałych twórców okupuje stanowiska rezydentów i angażuje się w kursy mistrzowskie albo – chcąc więcej zarobić – jeździ po kraju z wykładami
i warsztatami. Przy okazji (choć może to właśnie jest głównym celem) mają za darmo studio do prób i studentów, z którymi mogą pracować nad nowym kawałkiem. Dawny model stałego zespołu pod wodzą jednego choreografa staje się coraz trudniejszy do utrzymania, i to nie tylko ze względu na trudny do opanowania wzrost cen za wynajęcie sal i opłacenie ludzi.

W ostatnich dekadach mieliśmy do czynienia ze wzrostem popularności projekcji wideo, co znowu było wynikiem pojawienia się na rynku taniego sprzętu. Dziś trudno sobie wyobrazić przedstawienie, w którym tancerze nie współistnieją z obrazem na scenie. Ale też artyści zdecydowanie się rozgadali. Współcześnie częściej zdarza się, że na scenie tanecznej pojawiają się twórcy z przygotowaniem raczej teatralnym niż baletowym. Daje się więc zaobserwować wyraźne parcie ku teatralizacji i emocjonalnemu traktowaniu tańca – nasycone poważną treścią wypowiedzi wrzuca się w krajobraz opisany ruchem. Taka estetyka występuje na przykład w choreografiach Ivy Baldwin albo we wcześniejszych dziełach Chrisa Yona. Ten ostatni zresztą, po latach pracy w swoim studio na Brooklynie, przeniósł się właśnie do Minneapolis, miasta w samym środku Ameryki, gdzie koszty utrzymania są niskie, a wsparcie finansowe dla tanecznych eksperymentów wysokie.

Coś się zmienia

Najciekawsi twórcy, ci jeszcze przed trzydziestką, mają niezwykle jasną świadomość tego, kto był ich najważniejszym mistrzem. Prawie wszyscy powołują się na Yvonne Rainer i Merce’a Cunninghama. Ten ostatni, po sześćdziesięciu latach od debiutu (niemal dziewięćdziesięciolatek na wózku), wciąż jest autorytetem dla najmłodszych. Również baletowa i telewizyjna gwiazda z Rosji, Michaił Barysznikow, znajduje się na liście wzorów każdego prawie adepta sztuki tanecznej. Ten wielki tancerz ogląda przedstawienia młodych i kiedy tylko ktoś mu się spodoba, zamawia u takiego artysty choreografię dla swojego zespołu Hell’s Kitchen Dance, a nierzadko i dla siebie. Jego nazwisko na plakacie zapewnia pełną salę i kontrakt na występy w całym kraju. Nie da się ukryć, że przemiana baletowego solisty w nowoczesnego performera, producenta awangardowych przedstawień i patrona młodych okazała się błogosławieństwem dla całego środowiska.

Spośród choreografów będących na początku swojej artystycznej drogi chciałabym wyróżnić prace Davida Neumanna. Jego zdolność łączenia wirtuozerskiej techniki wideo ze zdrową dawką kultury popularnej, a nawet ulicznej, wydaje mi się w jakiś sposób szczególnie istotna dla całego pokolenia. Syn aktora Freda Neumanna, członka takich sławnych teatrów eksperymentalnych jak Mabou Mines czy The Wooster Group, stworzył ostatnio utwór pod tytułem „FeedForward”, ostrą karykaturę zawodów sportowych i telewizyjnych programów o sporcie. W Ameryce oznacza to zamach na świętość narodową. Z kolei Susan Marshall to wyjątkowa artystka, która ma szczególną zdolność wydobywania napięcia z najprostszych gestów, łącząc magię teatralności z prostotą użytych środków i (oczywiście) z projekcjami wideo. Jako początkujący choreograf zadebiutowała niedawno Adrienne Truscott, artystka cyrkowa, niegdyś występująca na trapezie jako połowa duetu Wau Wau Sisters.

Jest też Clarinda Mac Low, bardzo poważna artystka, która w swoje nasycone ideowo kawałki wciąga przypadkową publiczność ze skrzyżowania – tancerze proponują przechodniom, że przeniosą ich na drugą stronę ulicy. W sumie jednak trudno się nudzić na jej przedstawieniach, jako że za każdym razem stara się wyjść poza granice tańca, aż w końcu zmusza do przemyślenia samej istoty sztuki. Jonah Bokaer tańczył razem z Cunninghamem, gdy był ledwie osiemnastolatkiem. Ale kiedy wreszcie się uwolnił, rozpoczął karierę objazdowego mistrza choreografii, nawiązał współpracę z Robertem Wilsonem i wynajmuje się jako prezenter. Ostatnio zasłużył sobie na miano czołowego producenta, sprowadziwszy na Brooklyn kilku znanych artystów z Europy.

Christopher Williams, dziwak chodzący własnymi ścieżkami, robi starannie dopracowane dramaty taneczne, wprowadzając na scenę lalki, tańczące do dźwięków średniowiecznej muzyki wykonywanej przez solistów światowej klasy. Larry Keigwin mówi o sobie, że „swobodnie zapożycza się twórczo zarówno u nowych, jak i starych artystów” i chce „pogodzić rozrywkę ze sztuką, łącząc zainteresowania kabaretowe z tańcem nowoczesnym”. Twierdzi, że „daleki jest od europejskiej teatralizacji i podejmuje tradycję amerykańskiej sztuki popularnej”.

Podsumowując. Jak długo przedstawienie taneczne nie będzie mogło pozwolić sobie na wynajęcie przestrzeni na rozsądnie długi okres (a z tym problemem boryka się dziewięćdziesiąt procent artystów w Nowym Jorku), tak długo cała ta dziedzina sztuki będzie ulegała coraz większej marginalizacji, aż w końcu, jak ktoś trzeźwo zauważył, bieda uczyni ją zbędną. Ale na szczęście są wśród nas artyści tyleż wytrwali, co utalentowani; i ci będą robić wszystko, żeby przekroczyć barierę oddzielającą ich od publiczności. Muszę w to wierzyć, w przeciwnym razie nie dałoby się iść dalej.

tłum. Jadwiga Majewska

Elizabeth Zimmer – należy do grona najważniejszych amerykańskich krytyków tańca. Pisuje do wielu magazynów i gazet w Stanach Zjednoczonych i Australii. Wykładała na wielu amerykańskich uniwersytetach. Czynnie uczestniczyła również w projektach znanych choreografów. W latach 1992–2006 redaktorka działu tańca w tygodniku „Village Voice”. Autorka książki „Body Against Body: The Dance and Other Collaborations of Bill T. Jones and Arnie Zane” (1989). Mieszka w Nowym Jorku.

Konfrontacje: Żydzi w tea
Krajobraz po Grossie
Robota ilustracyjna i  [...]
Nagrody
Podoba mi się teraz wszys [...]
Zapiski starucha
Kurnakowicz
Przedstawienia
Ropopera
Nie rzucim banku skąd nas [...]
Partnerstwo, czyli rywaliz [...]
Kultura torebek foliowych
Młynarze u bram
Perwers wymuszony
Miłość nie znosi oboję [...]
Surfing generation
O wszystkim, czyli o seksi [...]
Leniwe gesty
Maszeruj albo giń!
Muzeum tak w ogóle
Festiwale
Porządkowanie świata
Nowa odsłona
Portret
Frycz czyli anarchia
Nowojorska scena tańca
Widząc to samo
Moja Ameryka tańczy
Wszyscy uczestnczymy w&nbs [...]
Reportaż
Litwo, ojczyzno moja
Monologi
Poproszę zamiejscową czy [...]
Szmonces - polska specjaln [...]
Moja choroba
Kufer z książkami
Moskwa 2

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone