20-06-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Konrad Szczebiot

Fot. Konrad Szczebiot


Portret Vincasa Kudirki oraz słowa pieśni „Tautiška Giesmė” (napisanego przez Kudirkę hymnu niepodległej Republiki Litewskiej) powitały mnie, gdy przekroczyłem progi przestronnego holu. Obok schodów minąłem tajemniczy drewniany monument. Jak się potem okazało, przywieziony tu z miejscowości Pszczelnik pod Szczecinem, gdzie w latach trzydziestych rozbili się dwaj litewscy lotnicy – Darius i Girėnas. Zainspirowani wyczynem Lindbergha próbowali bez międzylądowania przelecieć z Nowego Jorku do Kowna. Dziś obserwują swych rodaków z dziesięciolitowego banknotu. Nowoczesna, szara i niesymetryczna bryła – Dom Kultury Litewskiej to prawie dziesięć wokalnych, teatralnych i tanecznych zespołów oraz ponad trzysta uczestniczących w ich pracach osób.

W Puńsku, stolicy Litwinów

Na zapleczu w najlepsze trwają wytężone prace nad przygotowaniem scenografii do koncertu mającego się odbyć lada dzień. Niezrażona tym dyrektor Asta Pieczulis chętnie objaśnia mi istotę i dzieje teatrów stodolanych: „W 1864 roku jako jedna z metod rusyfikacji na Litwie wprowadzony został zakaz druku łacińskimi czcionkami. Ponieważ teatr wydał się dobrym sposobem na przeciwstawienie cenzurze i walkę o zachowanie narodowej kultury, w odpowiedzi postanowiono wystawiać litewskojęzyczne przedstawienia”.

I tak 20 sierpnia 1899 roku w magazynie portowym w Połądze (Palanga), należącym zresztą do hrabiego Feliksa Tyszkiewicza (Tiškevičiusa), odegrano pierwszy oryginalny dramat litewski – „Amerika pirtyje” („Ameryka w łaźni”) Juozasa Vilkutaitisa (znanego pod pseudonimem Keturakis). „Nawet ci, którzy nie umieli czytać, w teatrze mogli nauczyć się poprawnego języka” – uściśla pani Asta, proponując mi herbatę słodzoną miodem. Miód jest dumą okolic Puńska. Skąd się w tym wszystkim wzięła stodoła? „Od czasu »Amerika pirtyje« Litwini zaczęli tworzyć amatorskie teatry w większości wsi i miasteczek. Stodoła była zawsze największą i najważniejszą budowlą w zagrodzie – miejscem większości prac gospodarskich oraz najróżniejszych obrzędów i rytuałów. Starano się wystawiać sztuki przed żniwami, żeby stodoły nie były pełne”. Pytam o okoliczne zespoły stodolane, które mógłbym odwiedzić, i dostaję namiary na Suwałki i Sejny.

O korzyściach płynących z „dzukania”

Teatr stodolany z Sejn nie ma własnej na- zwy. Jego siedzibą jest zbudowany z żółtej cegły Dom Litewski mieszczący, oprócz konsulatu Republiki Litewskiej, także zarząd główny Stowarzyszenia Litwinów w Polsce oraz tłumnie obleganą przez polskich turystów litewską restaurację. Po budynku oprowadza mnie Eugenia Pachutko. Miejscowy stodolany zespół teatralny prowadzi społecznie: „Tradycje teatru stodolanego w Sejnach są bardzo stare. W zeszłym roku obchodziliśmy setną rocznicę pierwszej premiery – były to napisane przez Žemaitė »Trys mylimos« (»Trzy kochanki«). Gdy nie było jeszcze telewizji, ludzie masowo przychodzili, by uczestniczyć w pracach zespołów. Taka grupa liczyła nieraz po trzydzieści osób i dawała dwie premiery rocznie. W rzadko której litewskiej miejscowości nie było stodolanego teatru. W tej chwili nasz zespół składa się z sześciu do dziesięciu osób”.

Na ścianach wiszą reprinty starych map, a naprzeciw ustawionych w podkowę stołów – polski Orzeł Biały i litewska Pogoń (Vytis). Zwiedzanie zaczynamy od sali prób czytanych. Gdy mówię, że osobna sala prób to warunki jak w profesjonalnym teatrze, odpowiada: „Ludzie w Sejnach słabo mówią po litewsku. Starsi znają język mówiony, ale mają trudności z poprawną pisownią i czytaniem. Młode pokolenie czasem w ogóle go nie zna – nie wszyscy chodzili do litewskich szkół. Musimy robić dużo prób czytanych, żeby wszyscy nabyli odpowiednich akcentów i wymowy. Wszyscy jesteśmy trochę samoukami i do tego mówimy gwarą, bo jesteśmy Dzukowie. Przy pierwszych występach na Litwie wszyscy byli zaskoczeni, że gramy po litewsku. Teraz inne zespoły przychodzą i gratulują, że taką fajną gwarę utrzymaliśmy! Gramy przeważnie stare litewskie komedie, dziejące się w wiejskich realiach. Ludzie bardzo lubią, gdy fabuły są wzięte z życia”.

W sali widowiskowej wpadam na wielką blejtramową ścianę. Czasem imituje ceglany mur (prawdopodobnie tło do przedstawień opowiadających o walkach Litwinów z Krzyżakami), czasem ścianę wiejskiej chaty z bali. „Organizujemy w Sejnach przeglądy podobne to tych w Puńsku, ale tam, w stodole, to wszystko jednak bardziej pasuje” – mówi pani Eugenia, zerkając na ceglano-drewniany obiekt scenograficzny.

Sūduvis, „Suvalkietis”

Jadę do Suwałk, do Aldony Kowalewskiej, reżyserki teatru stodolanego. Pani Aldona prowadzi mnie do ciemnego pokoju, którego ściany uginają się wprost od dyplomów i trofeów. Zauważam proporzec z napisem „Sūduvis” po jednej i teatralną maską po drugiej stronie. „Sūduvis to niegdysiejszy jaćwieski mieszkaniec tych ziem” – tłumaczy. W kącie, obok niewielkiej biblioteczki litewskojęzycznych książek, stoi biurko zawalone papierami. „Tu się mieści redakcja pisma »Suvalkietis« (»Suwalczanin«)” – mówi z uśmiechem. Przechodzimy jeszcze przez kuchnię i ponownie znajdujemy się w niewielkim pomieszczeniu z długim stołem, które okazuje się jedynym miejscem prób teatru.

Gdy nazywam Panią Aldonę reżyserem, stanowczo protestuje. Tłumaczy, że w ich teatrze reżyseria jest zespołowa. Ale to ona jest spiritus movens całego przedsięwzięcia: „Pani Aldona to prawdziwy talent organizacyjny! Wyszukuje teksty, przygotowuje dekoracje i umawia wszystkich na próby” – zgadzają się obecni. „Ten teatr – mówi Aldona Kowalewska – to jest nasze życie codzienne. Żyjemy od występu do występu. Gramy raczej sztuki lekkie, komedie. Nasz zespół liczy dziewięć osób i jest to liczba dość sztywna. Trzeba zebrać ludzi pewnych, którzy chcą się zaangażować i są na tyle odpowiedzialni, żeby ktoś nie odpadł w trakcie prób. Na szczęście w Puńsku mają archiwum, gdzie przy każdym dramacie jest napisane, ile postaci w nim występuje”.

Skąd biorą teksty do swoich przedstawień? „Nie jest to takie proste. Dobry tekst to połowa wygranej. Nasza ostatnia szuka »Nutrūko« (»Urwało się«) wcześniej była wystawiona tylko raz – sto lat temu, jako pierwsze przedstawienie teatru stodolnego w Suwałkach. Znalazłam ją dopiero w bibliotece w Wilnie!” Archaiczny tekst zrozumieli po wielokrotnym przeczytaniu. „Niektóre słowa w naszym narzeczu zanikły” – tłumaczą. Teatr pomaga im nauczyć się języka literackiego. Bywa, że w codziennych sytuacjach mówią całymi sentencjami ze sztuk, które grali.

Na ścianie sali, w której siedzimy, zauważam ozdobny lniany obrus z wyszytymi słowami litewskiego hymnu oraz herbem. „W każdym domu wisiał taki obrus” – mówi Józef Woźnialis (wieloletni reżyser Teatru Sūduvis). „Często na próby przyjeżdżam prosto od syna. Trzydzieści kilometrów! Pierwsze przedstawienie, w którym brałem udział, odbyło się w 1965 roku”. Pytam, jak na występy teatrów stodolnych reagowała w tamtych czasach cenzura. „To zależało od cenzora. Cenzorka w Sejnach dobrze znała litewski. Do tego z Litewskiej Republiki Socjalistycznej przychodził indeks zakazanych autorów. Przecież nikt w Polsce nie miał o nich pojęcia!” Cenzor z Suwałk nie znał litewskiego. Miejscowe zespoły treść wszystkich programów musiały
tłumaczyć na polski, więc głównie od tłumacza zależało, czy dany tekst przejdzie.

Pan Józef zbiera materiały do artykułu o cenzurze: „Przedstawienie zdjęto chyba tylko raz, w 1968 roku. Choć przecież na zabawach czy w chórze śpiewaliśmy to, co na Litwie oficjalnie wykonywano dopiero po 1989 roku! Nasze piosenki były głównie patriotyczne, a repertuar teatru pochodził 68 z przedwojennej Litwy, bo tego radzieckiego, o kołchozach, nikt nawet nie brał pod uwagę”.

Okno, łóżko, kilka krzeseł

W ostatnią niedzielę lipca wracam do Puńska, by zobaczyć największe w Polsce święto teatru stodolanego. Pierwszy festiwal odbył się tu w 1992 roku i był zainspirowany podobnymi imprezami organizowanymi na Litwie. Do 1999 roku przegląd trwał dwa dni i każdy z biorących w nim udział zespołów rano występował w skansenie, a wieczorem to samo przedstawienie dawał w którejś z okolicznych miejscowości. Dwukrotnie Puńsk gościł tak zwaną krywulę, czyli odbywający się co roku w innym miejscu najważniejszy festiwal tego nurtu (w 1992 roku okazją było otwarcie skansenu, zaś w 2006 – setna rocznica premiery pierwszego stodolanego przedstawienia na Sejneńszczyźnie).

Tradycja każe, by festiwal rozpoczął się od pochodu wszystkich teatrów. Przy akompaniamencie kilku harmonii wyruszamy spod domu kultury. Na czele kroczy chorąży z flagą niepodległej Litwy. Za nim aktorzy przebrani już w kostiumy sceniczne. W ostrym letnim słońcu migają miotły, pejsy, kraciaste suknie i grube wełniane płaszcze.

Dochodzimy do skansenu położonego na rogatkach Puńska. Gdy tylko flaga zatrzepoce nad stodołą, a proporce zawisną rzędem na ścianie, dwóch konferansjerów, wyjrzawszy zza ciężkiej kurtyny, niczym dwugłowy Fryderyk Járosy anonsuje występ zespołu z Puńska. Okno, łóżko, stół i kilka krzeseł... Jak się później okaże, ta scenografia wystarczy do rozegrania większości przedstawień. Na scenie, w wiejskich ubiorach typowych dla przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, „Trys mylimos” („Trzy ukochane”) – realistyczna komedia autorstwa Žemaitė. Pod tym pseudonimem ukrywała się klasyk dramaturgii stodolanej, matka litewskojęzycznej prozy i jedna z najważniejszych postaci litewskiego odrodzenia narodowego – Julija Beniuševičiūtė-Žymantienė.

Aktorzy z Puńska odgrywają historię chytrego parobka Ludwika, który postanawia rozkochać w sobie pewną wdowę oraz jej dwie córki. Przychodzi mu to z łatwością, dlatego decyduje się przedsięwziąć dużo śmielszy plan. Młodsza córka, Domicela, namówiona przez niego na wspólną ucieczkę do Ameryki, wykrada matce wszystkie oszczędności. Ludwik chce jednak wyjechać sam. Pod osłoną nocy odwozi Domicelę do jej rodzinnego domu, wmawiając, że to zagroda przyszłych teściów. Kradzież się wydaje. Omyłka Domiceli sprawia, że przebiegły kochanek zamiast pieniędzy uwozi paczkę pełną niespłaconych weksli.

Drewniane ławy są pełne widzów. Publiczność to w większości mieszkańcy okolic Puńska oraz uczestnicy. Turystów jest niewielu. Po dziesięciu minutach przerwy zespół z Puńska powraca w półprywatnych ubraniach, by zagrać „Buvo buvo, kaip nebuvo” („Było, było, jak nie było”), komedię napisaną w 1963 roku przez Augustinasa Griciusa o dyrektorze, który stara się uzdrowić złe stosunki panujące w firmie. Tworzący zgrany zespół pracownicy próbują wszystkich sposobów, by do tego nie dopuścić. Aktorzy przy użyciu prostych środków bezbłędnie wygrywają komizm postaci i sytuacji. Widać też wprawną rękę reżysera. Chwilami trudno uwierzyć, że to amatorzy.

Wybicie pełnej godziny oznacza początek kolejnego występu. W południe – Teatr Sūduvis z Suwałk, sześćdziesiąt minut później – teatr z Žemaitkiemis na Litwie. Kolejne odsłonięcie kurtyny przynosi duże zaskoczenie. Posagowy kufer, ozdobne obrusy, suszące się zioła, worki, lampy naftowe, plecione płotki i ogromny zielony oset; ludowe stroje, lniane koszule, warkocze, na głowach wianki, chusty i słomiane czapki. Miłosne podchody, zaręczyny i marzenia o Ameryce. Tradycyjne pieśni śpiewane przy akompaniamencie harmonii, dzwoniącego chomąta i rytmicznego stuku maselnicy. Jednym słowem folklorystyczna feeria Teatru Stebulė ze Skapiškis.

Na deser teatr z Agluonėnai serwuje slapstickową farsę „Žydas statinėje” („Żyd w beczce”). Bednarz Marcin dowiaduje się, że kupiec Szliomke uwodzi jego żonę. Postanawia dać Żydowi nauczkę i podstępem zamyka go w beczce. Ta nieskomplikowana fabuła staje się pretekstem do brawurowych, choć czerpiących głównie ze stereotypów, popisów aktorskich.

Szczęśliwa trzynastka

Z zespołem teatru stodolanego z Puńska rozmawiam w karczmie mieszczącej się na terenie skansenu. Czym jest tajemnicza krywula (krivūlė), tłumaczona przez polskie słowniki jako „berło” lub „wici”, wyjaśnia Anna Zdanis, aktorka teatru, studentka etnologii z Kowna: „Krivūlė to coś, co przekazuje się z ręki do ręki, z domu do domu. Dawniej we wsi był człowiek, który miał kij. To był symbol, ten człowiek jest od roznoszenia wiadomości lub zapraszania na jakieś uroczystości”. Dziś krywula jest symbolem Stowarzyszenia Teatrów Stodolanych i co roku trafia w ręce organizatorów kolejnego ogólnolitewskiego festiwalu.

„Ze wszystkich zespołów działających przy Domu Kultury Litewskiej teatr stodolany liczy najmniej osób. Jest nas szczęśliwa trzynastka” – śmieje się Jolanta Malinowska-Wiaktor, teatrolog po Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie i reżyser puńskiego teatru stodolanego. Podczas studiów założyła studencki teatr, którego członkami byli absolwenci puńskiego liceum: „Jesteśmy w podobnym wieku i nawet w liceum razem występowaliśmy w różnych programach szkolnych. Początkowo mieszkaliśmy wszyscy w tym samym akademiku, więc zbieraliśmy się po prostu w jednym pokoju i zaczynała się próba. Premiery dawaliśmy tutaj, żeby została więź z rodzinnym Puńskiem. Dzięki temu do zespołu dołączyli również studenci z Wilna. Jesteśmy grupą przyjaciół, i była to po prostu miła forma spędzania wolnego czasu”. Dlaczego jako hobby wybrali sobie właśnie teatr? „Po prostu z zamiłowania” – odpowiada Tomas. „Od pierwszej klasy podstawówki uczestniczę w przedstawieniach i lubię być na scenie. W teatrze rzadko się zdarza, że wszystko idzie zgodnie z planem. Teatr uczy wychodzenia z nietypowych sytuacji, zmusza do ratowania siebie albo kolegów”. Ricie słowa Tomasa przypominają pewną anegdotę: „Raz grałam starą pannę i chciałam owinąć sobie wokół palca pewnego młodzieńca. W połowie przedstawienia ten młodzieniec siedzi sam na scenie i głośno rozmyśla – ożenić się z nią czy nie... W tym momencie rozkrzyczały się takie malutkie dzieci w pierwszych ławkach: »Nie! Nie żeń się. Ona jest taka gruba i brzydka«”.

Wszystko co najważniejsze

Sejny nie przygotowały na tegoroczny festiwal nowego przedstawienia. „Szkoda... Ale byliśmy niedawno na Litwie z jednym starszym” – mówi usprawiedliwiająco Eugenia Pachutko. „Próby najlepiej zacząć zimą. Potem, jak to na wsi, ludzie robią się strasznie zajęci i trudniej ich zebrać. W ubiegłym roku również tak zaczęliśmy, ale prawie zawsze kogoś brakowało. Ale powinien Pan porozmawiać z jedną z naszych aktorek. O stodolanych teatrach ona na pewno opowie Panu dużo ciekawiej niż ja” – przekonuje.

Cecylia Gryziewicz mieszka sześć kilometrów od Sejn. Autobusów jest niewiele. Czasem na próbę podwiezie ją ktoś znajomy, zwykle jednak chodzi pieszo. Nie wyobraża sobie życia bez teatru: „W teatrze czuję się naprawdę potrzebna. A największą satysfakcję dają mi oklaski. Ta ludzka radość, te uśmiechy, to tak człowieka podnosi na duchu, że w tej samej chwili gotowa jestem uczyć się następnej roli, żeby znów móc pojechać i wystąpić. To człowieka cieszy bardziej, niż gdyby dostał nagrodę pieniężną”. Pierwsze przedstawienie zobaczyła w wieku dwunastu lat: „Pamiętam, że historia była o Weronice, która się utopiła. Wiedziałam, że to tylko teatr (występujący to byli rodzice moich kolegów ze szkoły), ale tak to wtedy przeżyłam, jakby działo się naprawdę. Wszyscy wokół też płakali”.

Zgadzamy się, że obycie sceniczne pomaga w wielu codziennych sytuacjach. Pani Cecylia wylicza przykłady: „Młodzi lepiej się uczą, mniej stresują przed nauczycielem. Taki człowiek inaczej patrzy na życie. Gdy przyjeżdżamy do wsi, to jest jedyny taki dzień, kiedy zbierają się wszyscy – i starzy, i młodzi. Latem przybywają też znajomi albo rodziny, które przeprowadziły się do miasta. I to jest coś wspaniałego, że wszyscy mogą się wtedy razem spotkać. Czasem się boję, żeby teatry stodolane nie zniknęły. Ostatnio ludzie tak się spieszą. Na nic nie mają czasu. Mówią, że mają ważniejsze sprawy. A ja uważam, że teatr to ważna sprawa. I musimy go przekazać następnym pokoleniom. Bo każda sztuka czegoś uczy. Młodzi nie czytają teraz książek i w końcu zapomną. Takie ważne rzeczy zapomną!”.

Konrad Szczebiot – student Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej.

Konfrontacje: Żydzi w tea
Krajobraz po Grossie
Robota ilustracyjna i  [...]
Nagrody
Podoba mi się teraz wszys [...]
Zapiski starucha
Kurnakowicz
Przedstawienia
Ropopera
Nie rzucim banku skąd nas [...]
Partnerstwo, czyli rywaliz [...]
Kultura torebek foliowych
Młynarze u bram
Perwers wymuszony
Miłość nie znosi oboję [...]
Surfing generation
O wszystkim, czyli o seksi [...]
Leniwe gesty
Maszeruj albo giń!
Muzeum tak w ogóle
Festiwale
Porządkowanie świata
Nowa odsłona
Portret
Frycz czyli anarchia
Nowojorska scena tańca
Widząc to samo
Moja Ameryka tańczy
Wszyscy uczestnczymy w&nbs [...]
Reportaż
Litwo, ojczyzno moja
Monologi
Poproszę zamiejscową czy [...]
Szmonces - polska specjaln [...]
Moja choroba
Kufer z książkami
Moskwa 2

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone