20-06-2019

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Tomasz Różycki

Weszliśmy do stacji metra i było tak, jakbyśmy wstąpili do trzewi Lewiatana. Metro moskiewskie jest jedyne w swoim rodzaju, choć oczywiście należy już do owego królestwa Hadesa, które obejmuje wszystkie te podziemia, tunele, korytarze, lochy, piwnice i katakumby. W księgach piszą, że każde metro ma swoje podziemne połączenie z innym i z podziemi paryskich wiedzie prosta droga do podziemi moskiewskich. Piszą w tychże protokołach, że rządzą stamtąd prawdziwi władcy ziemi, którzy na razie się ukrywają, ale któregoś dnia ujawnią swą złowieszczą naturę. Tak naprawdę nie o złowieszczą naturę chodzi, ale oczywiście o rasę, a protokoły te, stworzone w Rosji, zrobiły zawrotną i ponurą karierę na całym świecie długo przed tym, nim powstało moskiewskie metro. Złowieszcza natura, a raczej złowieszcze intencje autorów „Protokołów Mędrców Syjonu”, tej bodaj najsłynniejszej w świecie fałszywki, wykorzystywały jednak istniejący już od dawna na prawach mitu (albo antymitu) wątek. Przecież o tym też pisał Nerval w swojej „Podróży na Wschód”, długo przed wydrążeniem pierwszych londyńskich czy paryskich korytarzy. Podziemne państwo, gdzieś pod Tybetem, zamieszkałe przez rasę kowali i alchemików, synów Kaina, było królestwem ludzi wygnanych, odtrąconych i zrzuconych z nieba aniołów, synów ciemności. Tam właśnie należało zstąpić, aby dowiedzieć się prawdy o sobie i o świecie, żeby doznać iluminacji, odnaleźć kamień filozoficzny. Wystarczy przeczytać tę stara formułę: V.I.T.R.I.O.L. Visita Interior Terrae Rectificando Ingenies Occulte Lappidum.

Więc zeszliśmy tam, do piekieł. Moskiewskie metro było budowane przez komunistów i miało zapewne też inne przeznaczenie niż tylko to znane do tej pory na Zachodzie: ułatwiać komunikację i transport w wielkim, zatłoczonym, ciasnym mieście. Wnętrze pierwszej stacji było ogromne, olbrzymia podziemna hala – jakby miały w niej latać samoloty – zdobiona złocistymi plafonami i naściennymi mozaikami przedstawiającymi różne alegoryczne postaci ludu pracującego miast i wsi. Kołchoźnik podawał spracowaną dłoń pielęgniarce, robotnica całowała się z marynarzem, inżynier kłaniał się milicjantce. Reszta okazała się ogromną plątaniną korytarzy, korytarzyków, hal i peronów, niektórych ogromnych, jakby nieludzkiego rozmiaru, niektórych, zdawałoby się, zbyt małych dla ludzi. Wszędzie widziałem tajemne przejścia, zakazane drzwi, niewiadomego użytku pomieszczenia i korytarze. Słabo oświetlone, wypełnione przesuwającym się we wszystkich kierunkach w półmroku tłumem ludzkim, który zaraz nas porwał i uniósł. Wszystko było ogromne, więc i tłum był tak wielki, że przez dużą część tej podróży to on nas niósł, pozostawało tylko przebierać nogami w powietrzu i zdać się na łaskę prądów i żywiołów. Ogromne rzeki ludzkie przesuwały się w różnych kierunkach, wyłaniały się z korytarzy i ginęły w nich, czasem w zupełnych ciemnościach, czasem w przerażającym milczeniu, szurając tylko butami. W oczach niektórych widziałem zupełne szaleństwo, pustkę, jakby zgubili się tu przed laty i do tej pory błądzili, porwani przez innych, bez nadziei na wyjście na zewnątrz z tego labiryntu.

Przesiadaliśmy się kilkakrotnie. Niektóre stacje i korytarze zastawione były w niewiarygodny sposób wielką liczbą bud, sklepików, straganów o pokracznych kształtach, zlepionych z blach i kartonów, oferujących wszystko, co można byłoby sobie wyobrazić, od nielegalnej muzyki po smażone pierożki, od książek po broń gazową i śrutową, od kosmetyków po foliowe torebki. Grała muzyka, prawie wszędzie słychać było muzykę popularnych szansonistów, jakieś dziwne disco, potwornie męczące uszy i sprawiające, że jaskrawo oświetlone handlowe korytarze zaczynały pulsować i drżeć w dziwnej, nierealnej poświacie. Mijaliśmy legowiska śpiących w korytarzach ludzi, barłogi i prawdziwe małe domki z tektury i desek, żebraków i artystów grających tam fragmenty klasycznych utworów na skrzypce za kilka groszy. Mijaliśmy zakłady fryzjerskie składające się z krzesełka, lustra i fryzjera z nożyczkami, mijaliśmy skaczące koczkodany zbierające dla swego właściciela i tresera kopiejki do plastikowego kubeczka. Mijaliśmy kantory wymiany walut, pancerne spawane bunkry z malutkim obrotowym okienkiem, pilnowane przez olbrzymich typów siedzących z bronią na składanych krzesełkach obok, patrzących tępo i żujących jakąś suchą kiełbasę. Mijaliśmy małe budki peep-show, do których można było zaglądać, wchodząc za kotarę. Mijaliśmy ludzi leżących i wyglądających na umarłych. Mijały nas stada psów. Wszyscy pluli na podłogę. Robili to z pewnym namaszczeniem, najpierw długo chrząkając i odkasłując flegmę, a potem spluwając nią na ziemię. Wszyscy skubali słonecznika, siemieczki, i pluli pestkami na ziemię. Kiedy się szło, podeszwy przyklejały się na moment do czarnej mazi, którą pokryte były perony, podłogi i poręcze wagonów, schody i ściany, i odklejały się z cichym klaśnięciem. Tu na pewno była druga Moskwa, równie duża jak ta na powierzchni.

Sid pilnował, żebyśmy nie zginęli, jakimś cudem udawało mu się prowadzić nas w tym labiryncie. Zacząłem nagle pojmować jego plan: po tym, jak zdobyliśmy Moskwę, on, jak ten wieśniak bohater Susanin, wyprowadzi nas ze stolicy na bagna, aby nas zgubić; Susanin zrobił tak według legendy z wojskiem Rzeczpospolitej, kiedy Moskwa została przez nie zajęta – wyprowadził je na zdradzieckie bagna, skąd nie było już powrotu, i stał się bohaterem, a dodatkowo męczennikiem, bo źli Polacy-Panowie zamęczyli go za to na miejscu, zanim sami nie potonęli. Ta legenda – propagandowe wunderwaffe obecnej Rosji – doczekała się niedawno swej weryfikacji historycznej. Rosyjscy historycy przeprowadzili badania i odkryli szkielet Susanina doskonale zachowany od czasów Wielkiej Smuty na podmoskiewskich torfowiskach. Po zbadaniu okazało się, że Susanin miał metr trzydzieści w kłębie, koński łeb, nogi, itd., i był rumakiem tatarskim, prawdopodobnie rasy Przewalskiego, jego jeździec zachował się słabiej, można było rozpoznać jedynie fragmenty bukłaczka, w którym najwyraźniej przewoził jakiś tajemniczy napój. Znaleziony w okolicach sprzęt wojskowy pochodził z czasów rewolucji październikowej, wydobyte zaś nieopodal szkielety chłopskie miały w czaszkach kule z nagana.

Tak czy inaczej, pomnik Susaninowi się należał na placu Czerwonym dla inspiracji współczesnych. I straszna myśl od razu: a jeśli Sid się zainspirował, i nas, rzeczpospolitą trojga narodów, tu zwabił i na zawsze już porzuci, choćby i sam miał zginąć, nawet przed śmiercią wskutek tortur przerobiony w konia Przewalskiego? Przecież wiadomo było, że za Stalina budowane, a za następców wciąż udoskonalane podziemne miasto posiada wciąż nieodkryte hale, tajne stacje, korytarze, schrony zdolne pomieścić cały Kreml, Biuro Centralne i Łubianki naraz w razie atomowego ataku Amerykańców. Że wciąż wskutek błędów, źle pokierowane, giną całe pociągi z pasażerami, bez śladu, na bocznych torach i stacjach. Że wydrążono korytarze pozwalające przedostać się hen, za Ural, by stamtąd zrobić Ameryce kuku. A może z Tybetu właśnie? Że tam, w tych podziemiach, wciąż żyją i mieszkają ich władcy podziemni, podziemni pierwsi sekretarze, podziemny Stalin, podziemny Chruszczow i tak dalej, aż do podziemnego Breżniewa włącznie. Że czasem, przy remoncie, nieopatrzne stuknięcie młotkiem wybija dziurę w ścianie, by otworzyć przejście do stojącej obok olbrzymiej podziemnej hali, pełnej świateł, malunków, zastawionych stołów, beczek z kiszoną kapustą i solonym śledziem. No, prawdopodobnie żyć tu można długo, ale bez nadziei. Sid nas prowadził – dziwnie klucząc i odnajdując swą drogę w tym chaosie, a może udając tylko i mamiąc? I nagle zacząłem podejrzewać, skąd nazwisko wziął Igor Sid, nasz kolega. To El Cid, bohater, rycerz, który pokonał na drugim krańcu kontynentu saraceńskich najeźdźców. A teraz tutaj Sid-Susanin, nawet po śmierci wzbudzający trwogę.

Tomasz Różycki – poeta, tłumacz literatury francuskiej. Autor tomu poezji „Świat i Antyświat” (2003) oraz poematu „Dwanaście stacji” (2004); ostatnio opublikował „Kolonie” (2006).


Konfrontacje: Żydzi w tea
Krajobraz po Grossie
Robota ilustracyjna i  [...]
Nagrody
Podoba mi się teraz wszys [...]
Zapiski starucha
Kurnakowicz
Przedstawienia
Ropopera
Nie rzucim banku skąd nas [...]
Partnerstwo, czyli rywaliz [...]
Kultura torebek foliowych
Młynarze u bram
Perwers wymuszony
Miłość nie znosi oboję [...]
Surfing generation
O wszystkim, czyli o seksi [...]
Leniwe gesty
Maszeruj albo giń!
Muzeum tak w ogóle
Festiwale
Porządkowanie świata
Nowa odsłona
Portret
Frycz czyli anarchia
Nowojorska scena tańca
Widząc to samo
Moja Ameryka tańczy
Wszyscy uczestnczymy w&nbs [...]
Reportaż
Litwo, ojczyzno moja
Monologi
Poproszę zamiejscową czy [...]
Szmonces - polska specjaln [...]
Moja choroba
Kufer z książkami
Moskwa 2

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone