25-09-2020

 
NOWY LAYOUT
Najstarsze czasopismo teatralne w Polsce w nowym kształcie.


Nowe barwy:
Chcemy prezentować teatr w sposób bardziej atrakcyjny, żywszy,
nowocześniejszy – 40 stron w kolorze i zmieniona szata graficzna.

Nowy układ:
Chcemy pokazywać teatr w sposób bardziej uporządkowany – pojawią się nowe stałe działy: Wydarzenia, Ludzie, Przestrzenie teatru, Po premierze, Czytelnia.

Nowe perspektywy:
Chcemy uchwycić wszystkie wymiary teatru: od plotki w bufecie, przez
codzienny repertuar scen małych i dużych, twórczość poszczególnych artystów,
zarządzanie, po istotę sztuki scenicznej.

Nowe horyzonty:
Chcemy dokładniej śledzić dokonania artystów zagranicznych, zwłaszcza z
naszej części Europy.

Nowi autorzy:
Zaprosiliśmy na łamy nowych felietonistów - wybitną pisarkę Zytę Rudzką i świetnego
eseistę Krzysztofa Rutkowskiego.

Nowa komunikacja:
Chcemy mówić do tych, którzy wiedzą mnóstwo o teatrze i do tych, którzy
wiedzą niewiele.

Szukaj TEATRU w Empikach i dobrych księgarniach.
Chcesz wiedzieć więcej o zasadach prenumeraty – napisz na adres: teatr@teatr-pismo.pl

:: REKLAMA ::

 
Karolina Krawczyk

Fot. Joanna Staniszewska

Na początku marca w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie odbyła się dziewiąta edycja „Albertiany” – Ogólnopolskiego Festiwalu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych, organizowanego przez Fundację Anny Dymnej „Mimo Wszystko” oraz Fundację im. Brata Alberta. Redakcja „Teatru” zgodziła
się w tym roku objąć imprezę patronatem medialnym i postanowiła – za moim pośrednictwem – przyjrzeć się bliżej teatralnej współpracy Anny Dymnej z niepełnosprawnymi. Do Krakowa jechałam – mówiąc bez ogródek – pełna obaw i wątpliwości.

Upupianie

Podziwiam inicjatywy na rzecz „wykluczonych” oraz „potrzebujących”, szczególnie kiedy są to próby działania na polu artystycznym. Pracując na tym obszarze i obserwując go już od kilku lat, wiem jak trudne i wymagające jest to zadanie. Doceniam zwłaszcza to, kiedy inicjują owe działania osoby znane i twórczo aktywne (to pomaga promować wydarzenia i podnosi ich rangę artystyczną), jednak artyści zajęci Prawdziwą Sztuką zazwyczaj nie mają czasu (oraz energii) na reagowanie na potrzeby społeczne. A szkoda, bo sztuka właśnie może być bardzo dobrym narzędziem takiego reagowania. Z drugiej strony – koncepcja twórczości niepełnosprawnych, w którą wierzę, zasadniczo różni się od podejścia organizatorów i współtwórców „Albertiany”. Dotychczas omijałam ten festiwal, do czego skutecznie przyczyniały się komunikaty i relacje docierające z mediów – niepełnosprawni prezentowani na scenie jako pszczółki, kwiatki lub wesołe nutki – które powodowały moją głęboką niechęć, sceptycyzm i dystans. Tak przynajmniej relacjonowali to dziennikarze, którzy wyjątkowo chętnie utrwalają budzący litość i wzruszenie wizerunek „biednych” i „nieszczęśliwych” osób z upośledzeniem i niepełnosprawnością jako tych, których należy przytulić i pogłaskać. Infantylizacja, „upupianie” i postrzeganie upośledzonych jako wieczne dzieci, które nigdy nie dojrzewają i którym wystarczy odrobina czułości i wsparcia finansowego, zawsze budziły moją niezgodę. Oczywiście nie przeczę, że podstawową potrzebą każdego człowieka jest miłość, bliskość innych wsparcie, jednak tak jednowymiarowy, udziecinniający i powierzchowny wizerunek niepełnosprawnych, jaki obserwuję w mediach, odbiera w moim mniemaniu godność tym osobom i utwierdza w społeczeństwie klisze i stereotypy.

Chcąc jednak zweryfikować moje mniemania (by być fair) oraz spotkać się osobiście z Anną Dymną (której społeczne zaangażowanie budzi mój najszczerszy szacunek), oraz chcąc zaobserwować jej pracę z bliska, postanowiłam tym razem do Krakowa pojechać. Sprawdzić, czy telewizyjne i gazetowe relacje nie kłamią i czy przesadzam w moim radykalnym odrzucaniu takiego sposobu uprawiania i propagowania teatru niepełnosprawnych, jaki przypisywałam twórcom i organizatorom „Albertiany”.

„Mimo Wszystko”

Coraz więcej artystów w Polsce angażuje się w pracę charytatywną. Głównie aktorzy i piosenkarze występują i działają „na rzecz...”, ale Anna Dymna i jej przedsięwzięcia są w Polsce fenomenem – przede wszystkim pod względem promocyjnym i medialnym, ale także pod względem ilości i zakresu dokonań. Jej Fundacja „Mimo Wszystko” jest jedną z najprężniej działających, najbardziej „widowiskowych” oraz – jeśli można to tak nazwać – najskuteczniejszych. A przy tym najczęściej pojawiających się w mediach i świadomości Polaków. Już jadąc do Krakowa, w warszawskich podziemnych przejściach przy Dworcu Centralnym kilkakrotnie natknęłam się na patrzącą z plakatów twarz Anny Dymnej przytulonej do drobnego, uśmiechniętego mężczyzny z zespołem Downa. Plakaty zachęcały do oddania 1% podatku na cele Fundacji „Mimo Wszystko”. No właśnie – pomyślałam – osoby niepełnosprawne jeszcze kilka lat temu nie były widoczne w miejscach publicznych (na pewno nie tak często!). Poza kilkoma drobnymi epizodami (na przykład Maciuś z serialu „Klan”) upośledzeni nie mieli swojego miejsca w publicznym dyskursie. Teraz może też nie zajmują tego miejsca wiele, ale kilkaset osób przechodzących przez podziemia w centrum Warszawy każdego dnia przypomina sobie – nolens volens – o istnieniu ludzi z zespołem Downa. Jeśli niektórzy z nich oglądają jeszcze do tego „Klan”, to widok osoby upośledzonej zaczyna być czymś już prawie naturalnym! To rodzi optymizm. Mówiąc poważnie, dzięki takim fundacjom jak „Mimo Wszystko”, niepełnosprawni wychodzą z getta. Pytanie, czy na pewno nie wtłaczamy ich w kolejne – getto o nazwie „podaruj litość i trochę gotówki”.

Czy zawsze musimy zdrabniać imiona osób z zespołem Downa i infantylizować ich rzeczywistość? Dlaczego Maciuś z „Klanu” musi być Maciusiem? Fakt, że wygląda młodo, ale czy przypadkiem przez ostatnie lata nie podrósł i czy nie staje się mężczyzną? Dlaczego przetrwać ma tylko takie udziecinniające go, pobłażliwe skojarzenie z wiecznym chłopcem z zespołem Downa?

W pociągu przeglądam program imprezy i materiały prasowe Fundacji. Kiedy oglądam zdjęcia z teatralnych przedstawień podopiecznych Anny Dymnej, mój sceptycyzm rośnie. Maleje, gdy czytam o pozateatralnych działaniach Fundacji – komu udzieliła pomocy, jak duży ma zasięg, ile wydarzyło się dzięki jej pracy.

Przypominam sobie „Spotkajmy się”, program Anny Dymnej w telewizyjnej Dwójce. Subtelne i delikatne rozmowy z ludźmi niepełnosprawnymi – często pomijanymi, niezauważanymi, a jednocześnie inspirującymi – aktywnymi, twórczymi, poszukującymi, często heroicznie walczącymi o swoją godność „mimo wszystko”. Zmagającymi się z każdym dniem, uprawiającymi wyczynowo sport, tworzącymi sztukę. Mimo całego doświadczenia choroby i niepełnosprawności oraz wliczonego w to wykluczenia. Nigdy w mediach nikt tak serio i z takim szacunkiem, takim wyczuciem, nie rozmawiał – szczerze i często odważnie – z osobami chorymi, wyłączonymi z mainstreamu życia społecznego, często odbiegającymi wyglądem i zachowaniem od naszych norm i standardów. Anna Dymna i jej goście unaoczniali mi, z jaką łatwością i jak niesprawiedliwie odrzucamy lub ignorujemy Innych, „słabszych”, „odmieńców”. Jak bardzo nie potrafimy ich na co dzień słuchać i uczyć się od nich – na przykład postawy. Godnej, walczącej, „wyprostowanej”, często paradoksalnie radosnej i uśmiechniętej. I szalenie inspirującej. A także szacunku dla każdego dnia, w którym wygrywają ze swoją słabością, w którym czynią z niej siłę. Z drugiej strony – irytują mnie kolorowe plakaty Fundacji, na których niepełnosprawni są przytulani, pocieszani.
Sztuczność i powierzchowność takiego podejścia zawsze mnie drażniły. Z chaosu myśli wyrywa mnie nagle hamowanie pociągu – jestem na dworcu Kraków Główny.

Wyćwiczone, wyuczone, zapamiętane

Widownia dużej sceny Teatru Słowackiego wypełniona jest po brzegi. Siedzą na niej głównie mieszkańcy domów pomocy społecznej i uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej, ich opiekunowie, kilku (może kilkunastu) kościelnych dostojników, a także wielu przyjaciół i wolontariuszy Fundacji Anny Dymnej oraz paru dziennikarzy (ci ostatni czyhają z aparatami i kamerami na „dobry materiał”, na szczęście zaplanowany jest występ Eweliny Flinty…).

We foyer witają mnie pracownicy promocji Fundacji. Najpierw oprowadzają po teatrze, przedstawiając ważne osoby, bez których Fundacja by nie istniała, potem poznają mnie z przebranymi w kolorowe kostiumy aktorami Teatru Radwanek, czekającymi za kulisami na swój coroczny występ. Wreszcie siadam w loży, lekko spóźniona.

Moje mieszane uczucia stają się coraz bardziej mieszane. Z jednej strony czuję wokół siebie dobrą energię – podniecenia, radości i zabawy. Z drugiej – każde kolejne piętnastominutowe widowisko prezentowane przez podopiecznych kolejnych warsztatów terapii zajęciowej potęguje wątpliwości. Przeważnie są to krótkie, szybkie „klipy” do głośnej muzyki – jest wesoło, jest zabawa, wszyscy zadowoleni.

„Albertiana” kojarzy mi się z festiwalem w Krobi (a właściwie moim wyobrażeniem na temat festiwalu w Krobi, bo znam go tylko dzięki relacjom) – przeglądem twórczości niepełnosprawnych, o którym przed laty pisał Lech Śliwonik. Opisując Krobię, Śliwonik niejednokrotnie ostrzegał, że nawet najszlachetniejsze intencje nie wystarczą, żeby teatr osób niepełnosprawnych spełniał swoje zadania i był wartościowy. Piękna idea takiego teatru może łatwo przeobrazić się – najczęściej nieświadomie, bezwiednie – w swoją własną karykaturę, stać się swoim własnym zaprzeczeniem. Dlatego tak ważna jest postawa prowadzących tego rodzaju grupy. Postawa, której najistotniejszym elementem jest traktowanie osoby niepełnosprawnej jako twórczego partnera, jako pełnowartościowego człowieka, pełnowartościowego artysty. Nie pobłażliwość, nie litość, nie klaskanie pro forma! I z całą pewnością nie przykrywanie artystycznych osobowości niepełnosprawnych. Nie „pomaganie” im poprzez narzucanie im swojego (nie ich) świata.

Podczas „Albertiany” miałam wrażenie, że znacznie więcej jest na scenie elementów narzuconych odgórnie niż takich, które wypływają z samych aktorów. Nie o to chodzi nawet, że te etiudy, te małe formy teatralne, były źle zrobione – nie były. Ktoś zadbał o choreografię, światło, kostiumy i reżyserię całości. Problem tkwi w tym, że cały czas miałam wrażenie sztuczności tej pracy. Że to wszystko jest – lepiej lub gorzej – wyćwiczone, wyuczone, zapamiętane, a nie własne, autonomiczne, świeże i niepowtarzalne. Oglądając te etiudy, chciałam kogoś poznać, o kimś się czegoś dowiedzieć, spojrzeć w oczy aktorom i poczuć ich energię. Doświadczyć ich wyobraźni. Chciałam się z nimi spotkać. Niestety, duża scena Teatru Słowackiego zdominowała aktorów, a kostiumy przede wszystkim przykryły ich indywidualność, ich osobowości. Jedynym wyróżniającym się spektaklem był „Sen o trawie” Teatru Wojtuś (zwracam po raz kolejny uwagę na zdrobnienie w nazwie) z Zespołu Szkół Specjalnych w Kraśniku. Tu aktorzy mieli dużo przestrzeni na własny świat wyobrażeń i znaków. Na improwizację. Mieli czas na własne tempo i miejsce na własną ekspresję. Kostium i scenografia były oszczędne, przez co mogliśmy zobaczyć aktorów i ich osobowości. Doświadczyć ich wrażliwości. Opowiedzieli niezupełnie skonkretyzowaną, ale przejmującą historię. To chyba jedyne przedstawienie, jakie chcę z „Albertiany” zapamiętać

Kilimandżaro

Najnowszą premierą Teatru Radwanek (czyli podopiecznych samej Anny Dymnej), pokazaną – zgodnie z tradycją – podczas „Albertiany”, jest bajka „Komar i Orkiestra” Igora Sikiryckiego. Widowisko o owadach to w dużym stopniu wynik pracy profesjonalnych (i znanych) aktorów oraz muzyków, którzy nagrali tekst i ścieżkę dźwiękową, płynące podczas spektaklu z offu. Do tego wcześniej przygotowanego playbacku aktorzy Radwanka, w przebraniach muzykujących much, mrówek i trzmieli, wykonują drobną pantomimę, polegającą na wyjściu w odpowiednim momencie na środek sceny i działaniu z instrumentem, o którym aktualnie mówi tekst z taśmy. To, co widzimy na scenie, to w dużym stopniu wynik efektownej pracy nad barwnymi owadzimi kostiumami z najróżniejszych tkanin, wykonanej przez panie krawcowe. To prawdopodobnie jedne z najważniejszych chwil w życiu aktorów – kiedy wychodzą na scenę (i to na jaką scenę!), są słuchani, oglądani, podziwiani… Ale cała ta kostiumowa otoczka niestety wchłonęła istotę przedsięwzięcia – aktorzy pozostali anonimowi, nie mogli powiedzieć niczego od siebie. Oczywiście ich silne i wyraziste osobowości starały się od czasu do czasu przebijać, ale w przestrzeni tak dużej i odległej od widza byli bezradni.

Podczas „Albertiany” rozmawiałam przez chwilę z Anną Dymną. Wiem, że teatralną pracę z niepełnosprawnymi traktuje bardzo poważnie. „Pracuję z nimi tak, jak ze mną pracował Swinarski” – tłumaczy. Ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że taki teatr to raczej forma „usprawniania”, „terapii”, „animacji” niż zjawisko artystyczne. Na moje pytanie, czy chciałaby spotkać się z niepełnosprawnymi na scenie w swojej pracy w teatrze zawodowym, odpowiada, że nie myślała o tym, bo nie ma w tej chwili takich możliwości. Nie ma też wiele czasu – potrzeb (często bardzo prozaicznych) jest wciąż znacznie więcej niż dostępnych rozwiązań zaspokojenia ich. A Fundacja Anny Dymnej to nie tylko działania teatralne. To codzienne sprawy, takie jak zakup materacy „odleżynowych” lub innego sprzętu rehabilitacyjnego, to setki listów z prośbami o pomoc.

Anna Dymna nie chce też w swoim teatrze selekcjonować ludzi, wykluczać tych „słabszych”, mniej sprawnych w mowie czy ruchu. Boi się sytuacji, w której reżyser traktuje swoich aktorów przedmiotowo, narzucając im pomysły, których oni mogą nie zrozumieć. Dlatego wybiera bajki i proste historie. Woli pracować poprzez taką formę „teatroterapii” z każdym, kto chce bawić się w teatr. Teatr, który leczy.

Mam jednak wrażenie, że prawdziwy performans Fundacji Anny Dymnej odbył się zupełnie gdzie indziej niż na „Albertianie”. Jesienią 2008 roku integracyjna ekipa pod opieką Fundacji „Mimo Wszystko” i przy wsparciu wielu sponsorów zrealizowała projekt „Każdy ma swoje Kilimandżaro”, udowadniając, że nawet barierę o wysokości kilku tysięcy metrów nad poziomem morza można pokonać, oraz że szczyty są po to, by je zdobywać. Taka ekstremalna wyprawa, prawdziwe wyzwanie, to w moim odczuciu bardzo efektywna broń w walce z krzywdzącym, dominującym w społeczeństwie wizerunkiem niepełnosprawnych jako „słabych” i „nieporadnych”. Wyprawa na Kilimandżaro budzi szacunek i podziw. Jest dowodem niezwykłej siły niepełnosprawnych. Jak mówi Dymna – każdy ma swoje Kilimandżaro, leżące dla każdego gdzie indziej, mające różną wysokość. Chodzi o to, żeby próbować wejść, zdobywać szczyty.

Miło było popatrzeć na radość uczestników „Albertiany” – z tego, że mogą zagrać w takim ogromnym i ważnym teatrze, z tego, że „pani Ania” jest z nimi i o nich dba, z prezentów (każdy finalista otrzymał symboliczną „Maskę” jednego z krakowskich teatrów były t ż nagrody praktyczne – odtwarzacze DVD, kamery, aparaty fotograficzne, MP3 oraz słodycze), z koncertu Eweliny Flinty i z bycia razem, w grupie. Na wielkiej scenie Teatru Słowackiego aktorzy i muzycy nagrodzeni przez Fundację Anny Dymnej wydawali się mali, niewidoczni. Przestrzeń zdominowała ich, przykryła. Nie spotkaliśmy się.

Klaskać z wdzięczności

Nie jestem dobrym widzem tego teatru, bo wymagam więcej, albo inaczej – wymagam czegoś innego. Dzień przed tegoroczną „Albertianą” warszawska publiczność mogła zobaczyć inną formę teatralnej twórczości niepełnosprawnych – w Teatrze Dramatycznym Teatr 21 grał swoją „Alicję” (część I: „Rozprawa 14/06”, część
II: „Kraina Czarów. Pole gry”). Nazwa tego teatru pochodzi od 21 chromosomu, który jest odpowiedzialny za wadę genetyczną określaną jako zespół Downa. Aktorami są młodzi ludzie z zespołem Downa i autyzmem, wychowankowie warszawskiej szkoły specjalnej przy Fundacji „Dać Szansę”. Reżyserem spektaklu jest Justyna Sobczyk – absolwentka pedagogiki teatralnej na Uniwersytecie Sztuk Pięknych w Berlinie.

Bohaterka przedstawienia opartego na „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla zostaje oskarżona o „nielegalne, długotrwałe i niebezpieczne przebywanie w Krainie Czarów, narażające rodzinę na smutki”, przy czym znaczący dla odczytania spektaklu jest fakt, że rolę tę gra dwudziestoletnia dziewczyna z autyzmem, Marta Stańczyk.

Na scenie przed oczami widzów toczy się rozprawa sądowa („rozprawa numer 14/06 na podstawie punktu 15 kodeksu karnego”), w której Adwokatka (Magda Świątkowska) i Prokurator (Daniel Krajewski) walczą na argumenty. Czy Alicja jest winna, czy niewinna? Czy powinniśmy wyciągnąć Alicję z Krainy Czarów, czy pozwolić jej tam zostać? Czy Alicja jest t u , czy jest t a m ?

Są na sali sądowej również specjaliści – na przykład psycholog i lekarze. „Alicja wpadła w dziurę, Alicja wpadła w złość, Alicja wpadła jak śliwka w kompot, Alicja wpadła w długi finansowe, Alicja wpadła mi w oko…” – proste gesty i proste słowa tworzą tę historię. Aktorzy mówią do nas swoim językiem, choć posiłkują się dyskursami znanymi skądinąd.

Sędzia Sądu Najwyższego (Piotr Czempiński) i Sędzia Sądu Najniższego (Maja Kowalczyk) przy pomocy młotka otwierają rozprawę. Alicja zostaje postawiona w stan oskarżenia. Pojawia się Adwokatka, która jej broni: „Alicja jest niewinna. Należy do Tam, nie do Tu”.

Alicja – delikatna, szczupła i wysoka, bardzo spokojna dziewczyna, sprawiająca wrażenie jednocześnie nieśmiałej i zdystansowanej – na wszystkie pytania Sądu odpowiada: „Za trudne pytanie”, nie wchodząc w dalszy dialog. Pojawia się Lekarz (Grzegorz Brandt), który twierdzi, że skoro „jest głowa i są uszy, to Alicja jest zdrowa, należy do Tu”, a następnie Psycholog (Aleksandra Skotarek), który orzeka, że pacjentka „nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, więc jest Tam”. Wreszcie pojawia się na sali Królik (Maciej Baszkiewicz) w srebrnym kapeluszu, z którego wydobywa linę. Zaczynają się prawdziwe zawody. Która strona będzie mocniejsza? Która grupa przeważy? Walka o Alicję trwa, pomijając samą zainteresowaną. Z offu słyszymy nagle głos Alicji, która zaprasza na chwilę do siebie. „Wypadłam z gry. Wpadłam do dziury. Wpadłam w depresję…”. Alicja zaprasza wszystkich do swojego przenośnego teatrzyku, białego domku z lalkami w różnych, pięknych sukienkach, domku wypełnionego kolejnymi „warstwami” – przestrzeniami przedzielonymi zasłonkami. „Jestem w zaczarowanym ogrodzie” – opowiada Alicja.

W drugiej części spektaklu widz zaproszony zostaje do dalszego wejścia w świat wyobraźni Alicji, w którym to ona jest Królową, rządzącą na polu numer osiem... Rzeczywistość w tej części przedstawienia tworzą kolejne pola gry, oddzielone od siebie białymi woalkami – zasłonami, tym razem dużych rozmiarów. Jesteśmy więc w zaczarowanym ogrodzie Alicji, w jej magicznym domku dla lalek z części pierwszej. Na kolejnych polach czekają uczestników gry (aktorów) kolejne zadania, których reguły wyznacza Alicja. Krok po kroku poznajemy kolejnych zawodników, którzy wykonują rozmaite polecenia i rozwiązują zagadki. Na przykład: parzą i piją herbatę; muszą odpowiedzieć na pytania typu: „dlaczego tydzień ma 7 dni”, „jaka jest przyczyna autyzmu”, „dlaczego autyzmu nie da się wyleczyć”; historiami muszą zabawiać niezadowoloną Królową; nie mogą tupać, krzyczeć i narzekać; muszą przejść przez „las, gdzie rzeczy przestają się nazywać”; są poddawani grze podobnej do szachów – „pole w tył”, „pole w przód”, etc. W końcu dochodzą do Alicji, która przyjmuje gości i zdejmuje maskę. Alicja opowiada bajkę o dobrej i grzecznej królewnie, która lubiła się kręcić. Pewnego dnia otworzyły się przed nią drzwi do Krainy Czarów, a ona postanowiła tam wejść…

„Alicja” Teatru 21 to przedstawienie, które jest dla mnie największym spełnieniem postulatów teatralnej pracy z osobami z upośledzeniem, postulatów w które wierzę. Nie tylko dlatego, że inspiracją tego spektaklu byli sami aktorzy (z aktorką grającą Alicję na czele), że to ich ekspresję i wrażliwość (uporządkowaną nieco przez reżysera) mogłam zobaczyć na scenie, ale także dlatego, że tak podane historie osobiste urastają do opowieści uniwersalnych. Widz może spotkać się nie tylko z aktorem, ale też – dzięki aktorom – z samym sobą, ze swoją sytuacją egzystencjalną. Widz czerpie dużo, tyle samo (a może czasem więcej), co aktor. Nie klaszcze więc z litości, ale z wdzięczności.

Taki teatr chciałabym oglądać. Taki teatr chciałabym promować. Na zakończenie pozostaje mi tylko wyrazić żal, że w ubiegłym roku Teatr 21 ze swoim innym (choć równie dobrym i mądrym spektaklem) nie zakwalifikował się na festiwal „Albertiana” z uwagi na „zbyt długi czas trwania” (powyżej 15 minut).

Karolina Krawczyk – absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Pracuje w Teatrze Studio w Warszawie.



Grzegorzewski
Dzienniczek holenderski
Amsterdam
Wyzwolenie Grzegorzewskieg [...]
"Córy rewolucji, ciotki r [...]
Zapiski starucha
Henryków
Europejska Nagroda Teatralna
Szkoła mistrzów
Przedstawienia
Buffo z momentami
Wzorzec kompleksów postko [...]
Rzeczywistość jest gdzie [...]
Rana powierzchowna
Solidarność i show- [...]
Krajobraz po rewolucji
Kuszenie glisty
Inna namiętność
Dyrektorzy
Nie będę już grała w k [...]
Maszeruj albo giń!
Ćwiczenia praktycze
Zagranica
Tradycja, pamięć, rytua [...]
Festiwale
F-44.3 - opłakane skutki [...]
Oblicza autentyzmu
Poszerzanie pola
Pozwólmy im być artystam [...]
Przewodnik po ludzkim szal [...]
Wystawa
Sfera plastyczna
Książki
Akustyczny dramat myśli H [...]

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone