Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
12/2013
O Jurku prawie wszystko: Dwie wigilie
autor: Robert Jarocko
O Jurku prawie wszystko: Dwie wigilie
foto: Bogna Podbielska

Wspólna z Niemcami kolacja wigilijna była skromna, niewiele miała wspólnego z polską tradycją tego dnia: pieczone kartofle, twarożek ze śmietanką, masło, sól, gorące mleko i świeży chleb. Mama nie wyobrażała sobie pominięcia rodziny Bauera w trakcie tego wyjątkowego, także dla niemieckich ewangelików, wieczoru. Parę dni wcześniej ojciec się wahał, a my – Jurek i ja – niechętnie o tym myśleliśmy. Cały czas wisiało w powietrzu krępujące, choć niewypowiedziane pytanie: kto podczas tej wigilii będzie na swoim, a kto na cudzym? Kto będzie gospodarzem, a kto zaproszonymi gośćmi? Czyje są te kartofle, mleko i twarożek?


Wielki, okrągły nakryty białym obrusem stół obsiedliśmy dookoła. Niemiecka rodzina, liczna, same kobiety w różnym wieku. Wśród nich senna Greta, chyba piętnasto-, szesnastoletnia blondynka w zaawansowanej już ciąży. Była jedną z ofiar gwałtów sołdatów sprzed pół roku. A więc same biedne kobiety i tylko jeden mężczyzna, siwy, kulawy Bauer.


Nas, Polaków, była czwórka: matka, ojciec, Jurek i ja. Niemcy przy stole przeważali nad nami w takim procencie, w jakim niemiecka ludność całego miasteczka przeważała nad przybyłą grupą polskich osadników. Teraz już wiem, że owo Boże Narodzenie 1945 roku witało 733 Polaków, Niemców było o cztery tysiące więcej.


Jedliśmy w milczeniu, skrępowani. Jedzenie smakowało, ale wspólna kolacja dłużyła się. Zanim usiedliśmy do stołu, ojciec zwrócił się po niemiecku do Bauera i jego rodziny z wigilijnymi życzeniami. Co dokładnie powiedział, nie wiem. Mogę się tylko domyślać, że mówił o szczególnej chwili, jaką teraz wspólnie przeżywamy. Że historia zatoczyła koło i teraz Niemcy, po poniesionej klęsce, doznają goryczy z nią związanej.


Podszedł do starego Bauera, podając mu rękę. Mama uścisnęła rękę jego żony, po czym wymieniła uścisk dłoni ze wszystkimi innymi niemieckimi kobietami. Gretę pocałowała. Obie nie kryły łez. Atmosfera była ciężka.


Teraz, po latach, zdaję sobie sprawę, co naprawdę tego dnia czuli Niemcy. Ale być może rok wcześniej ufali Goebbelsowi, ogłaszającemu wojnę totalną i wieszczącemu zwycięstwo III Rzeszy w ostatniej chwili.


Czy popierali Hitlera, gdy jego armie podbiły prawie całą Europę, z Francją włącznie?
Teraz za wszystko, za poniesioną klęską i cierpienia, jakich doznali po wkroczeniu Armii Czerwonej, obwiniali tegoż Hitlera i jego najbliższe otoczenie.


Czy spodziewali się w nadchodzącym roku przymusowego wysiedlenia? Co wiedzieli o porozumieniu w Poczdamie? Nie wiem.
My z Jurkiem żyliśmy chwilą bieżącą. A ta najbliższa wiązała się z oczekującą nas za godzinę drugą wigilią, już wyłącznie w gronie polskim.
Ojciec poinformował o tym wcześniej Bauera, którego ucieszyła możliwość kontynuowania nieskrępowanej wieczerzy we własnej rodzinie.
Z ulgą wstaliśmy od stołu. Niemcy zostali u siebie, żeby się wypłakać i śpiewać swoje kolędy.

 

Polityka zamiast kutii


Polska wigilia odbyła się w centrum Krzyżatki, w rozległym mieszkaniu zajętym przez naszego przyszywanego wuja, inżyniera Zygmunta S., który przejął nadzór nad miejscową fabryką tekstylną i zamieszkał w dużej kamienicy należącej do fabrykanta; polecił mu się ścieśnić.
Nigdy nie przeżyliśmy nocy wigilijnej tak przesyconej polityką. A Jurek niespodziewanie odegrał w tym szczególną rolę. O północy poszliśmy wszyscy do pobliskiego kościoła na pasterkę. Była bardzo uroczysta. Niemiecki organista grał na organach. Mieszały się ze sobą kolędy polskie i niemieckie. Proboszcz katolicki przygotował wcześnie kilkadziesiąt zdań po polsku. Mówił ze śmiesznym akcentem, lecz zrozumiale. Powtarzał: „Wspólna jest Pan Bóg dla wszystkich ludzi na świecie”. Mówił o pojednaniu w Jezusie Chrystusie wszystkich katolików. Że obce im jest uczucie mściwości. Kto czynił zło, stanie przed sądem Bożym.


Jakiemuś podpitemu rodakowi nie spodobało się takie rozwiązanie sprawy: „Ciekaw jestem, jak ksiądz mówił za Hitlera?!!!”.
Uciszono go, jednak zmącił nastrój. Opuszczaliśmy pasterkę z mieszanymi uczuciami. Dlaczego nawet w takiej chwili ludzie wierzący nie wyrzekają się pogardy i nienawiści?


Na zewnątrz siarczysty mróz. Szybko odbyliśmy spacer powrotny na przerwaną biesiadę.


Wielki rozsuwany okrągły stół. Mnóstwo (nie wiadomo skąd) jedzenia, w tym różnych smakołyków z pierwszej świątecznej paczki z amerykańskiej UNRRA. Wódka – dla panów czysta monopolowa i „tata z mamą”, czyli spirytus pół na pół z sokiem wiśniowym, dla pań – oprócz anyżówki łagodniejsza wersja „taty z mamą”. Nam z Jurkiem wolno było wychylić jeden kieliszek anyżówki.


Wszyscy mówią jednocześnie. Chce mi się spać. Lokuję się w kącie w wielkim fotelu klubowym. Jurek gra już rolę dorosłego i siedzi dzielnie przy stole. Rozmawia z przystojną panią, która jest lekarką. Zapadam w sen, kołysany rytmem słów jednego z biesiadników: „To nasze, nasze, jeszcze raz nasze!”…


Nagle słyszę zadziorne: „Bo my, Polacy, zawsze jesteśmy skłóceni i budzimy się z ręką w nocniku…!”.
– W moim przekonaniu – ryczy jakiś głos – Polska ma szansę tylko w sojuszu z Anglią i Ameryką, czyli USA. Rosja Stalina nas wykiwa – jemu na wolnych wyborach w Polsce nie zależy. Ani chybi nas wykiwa. Rozmawiałem we Wrocławiu z jednym człowiekiem Mikołajczyka, on nie ma złudzeń. Bez pomocy Zachodu nie będziemy mieli niepodległości. Ale czy to nie dziwne, że wszędzie w Paryżu, Londynie, Rzymie, nawet na wystawach sklepowych widziałem Stalina błogo palącego fajkę. A jak wróciłem do kraju, nigdzie nie widzę jego portretów.
– Jak pana przyskrzyni UB, to w ich urzędach też pan zobaczy Stalina z fajeczką albo siedzącego na ławeczce z Leninem…
Andersowiec: – Czy pan wie, co to Zachód? Panie!!!
Głos antagonisty, PSL-owca, przechodzi w rzężenie: – Pan nie ma pojęcia o cynizmie Zachodu. Kto wierzy w Zachód, przypomina panienkę wierzącą w bociany…
– Proszę panów, proszę się nie obrażać, wszyscyśmy Polakami. Każdy z nas ma na sercu dobro ojczyzny. Chodzi tylko o to, w jaki sposób je zapewnić. Jaką iść drogą? – dorwał się do głosu ktoś trzeźwiejszy. – Wróćmy do demokracji sprzed wojny…
– Sprzed wojny?– zdziwił się jakiś pan. – To znaczy do Brześcia i Berezy Kartuskiej. Kto naprawdę za tym tęskni? Pan myśli, że mowami w sejmie można zwalczyć bandytyzm i spekulację? Ludzie po tej wojnie są tak rozwydrzeni, że trzeba narzucić surowy reżim. Nie wolno się patyczkować. My, jak tu siedzimy, należymy do inteligencji. Chwilowo niektórzy z nas przejęli od Niemców gospodarstwa, żeby się wyżywić. Nadal przecież oni zajmują się codzienną robotą. Ale co się stanie, gdy zostaną usunięci? Chłopi zza Buga czują się tu obco i bezradnie wśród tych wszystkich maszyn i ciągników, elektryczności i dróg asfaltowych. I łazienek. Wszystko zniszczą w try miga.


Czarno widzę… Oj, ten naród polski, poszarpane wnętrzności. U każdego inna, panie dzieju, rana, inny wrzód.
– Daj pan spokój, dość polityki! Wypijmy ponownie za pomyślność! Czy będzie kutia?
– Niestety, zabrakło właściwej pszenicy… Miód i mak by się nawet znalazł.
– Pan inżynier będzie łaskaw. Proszę, spełnijmy toast tą pyszną anyżówką za zdrowie naszych pięknych pań!
– Dżentelmeni! – podjął wątek zwalisty pan zrażony do Zachodu – ja byłem u Andersa, ja widziałem wszystko. Generał nas uratował przed Stalinem, ale myśmy się łudzili… Dajcie mapę! Pokażę, gdzie byłem. Obóz w Kazachstanie. Rosja centralna, Uzbekistan, Teheran, Egipt, Włochy przy końcu wojny i zaraz potem. Znam Brukselę, Szkocję, Hagę, Londyn, Paryż. Pan wie, co my, Polacy, teraz znaczymy dla Zachodu? Widzi pan ten brud pod moim paznokciem? Tyle znaczymy, co ten brud!
– Panowie, tak nie można mówić. Ostatecznie Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom z naszego powodu…
Andersowiec: – I co z tego? Ani jedna bomba nie spadła po tym wypowiedzeniu na Berlin. A Francja, druga nasza sojuszniczka, z wielką armią lądową, prawie bez walki pada na kolana przed Hitlerem.
Niemcy bombardowali Warszawę bez obawy o swoją stolicę…
Włączył się do dyskusji człowiek wyposażony w bas-baryton: – Chyba jasne, że niepodległość może nam przynieść tylko III wojna światowa. Módlmy się o nią!


Ktoś go wsparł frazą: – Jedna bombka atomowa, a wrócimy znów do Lwowa!
W tym momencie wtrącił się Jurek z niewinnym pytaniem: – Przepraszam, na jakim obszarze będzie się toczyć III wojna światowa?
Zaległa cisza. Miny panów zgorszone i zdumione pytaniem smarkacza. Ktoś bezradnie machał rękoma. Kłopotliwa cisza.
Sytuację ratuje mama: – Chłopcy, na was już czas, idźcie spać! Późno.
I tak weszliśmy w Nowy 1946 rok.
 

 

cdn.

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij