Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
1/2014
O Jurku prawie wszystko
autor: Robert Jarocki
O Jurku prawie wszystko
foto: Bogna Podbielska

Przylądek teatralnej nadziei


Mgła, mgła i mgła. Z jej odmętów wyłaniają się jakieś teatralne scenki.
Półamatorski Fredrowski Pan Geldhab w reżyserii Stanisława Brylińskiego na deskach Teatru Polskiego w Jeleniej Górze. Jurek, w tym czasie licealista, kreuje wąsatego, starego majora sarmatę. Za szybko i zbyt giętko się porusza. Ale głos mu Bryliński, przedwojenny aktor, dobrze ustawił. Mówi bowiem jak staruszek, poruszając przy tym śmiesznie sumiastymi wąsami. Jednak gdy się ma, jak w przypadku Jurka, siedemnaście-, osiemnaście lat, to trudno wbrew swej młodzieńczej witalności identyfikować się z organizmem i psychiką sześćdziesięciolatka. Fakt, że jego rola jest oceniana jako sukces. Koledzy mu robią klakę, ale nie tylko oni. Tak to zapamiętałem, mimo że szczegóły, atmosferę tego wieczoru, przysłoniły inne obrazki, a wszystko nadgryzł tzw. ząb czasu.


– Jurek świetnie się prezentuje w mundurze z czasów Księstwa Warszawskiego – szepcze mi do ucha promieniejąca Lidka. Nic dziwnego: to ona uszycie tego uniformu sfinansowała.


Nie wiem, czy po tym przedstawieniu, czy też kiedy indziej, idziemy do kina. Sowiecka wesoła muzyczna komedia o szczęśliwym, bogatym życiu w kołchozie. Stoły się uginają od ryb, mięsiw, ciast i owoców. Dużo wina. W tle romans ponętnej dojarki, którą gra Lubow Orłowa, z przystojnym, nieśmiałym traktorzystą wykonującym ponad 500 procent normy. Kto grał traktorzystę, nie pamiętam. Ale pamiętam za to z późniejszego referatu Chruszczowa na XX zjeździe KPZR informację, że do tego filmowego kołchozu przywożono zboże, krowy, wieprze, drób itd. z kilkudziesięciu kołchozów z całego Związku Radzieckiego. I Stalin się powoływał na takie filmy jako na świadectwo, jak dobrze się teraz żyje w ojczyźnie socjalizmu.


Lidka po wyjściu z kina podsumowała: – Propagandowy, ale strona muzyczna świetna.
 

Idziemy po kinie do cukierni na kawę i napoleonki, z których lokal ten słynie.


Jurek z trudem opanowuje przygnębienie. O co chodzi? Ano w Szkole Marynarki Handlowej w Gdyni, gdzie zawczasu składał podanie o przyjęcie, odrzucono go po dokładnym zbadaniu wzroku. Wstępne egzaminy zdał bez trudności, jednak wytłumaczono mu, że oficer żeglugi wielkiej musi mieć orli wzrok… A Jurek w tym czasie, mimo sławy znakomitego recytatora poezji Mickiewicza i Słowackiego, i chwalony przez Brylińskiego za umiejętności aktorskie, swych ówczesnych pasji teatralnych nie traktuje poważnie. Marzy mu się rola prawdziwego mężczyzny

– kapitana statku podczas sztormu u brzegów Przylądka Dobrej Nadziei…
Lidka gładzi go delikatnie po policzku: – Jureczku, czy nie lepiej, żebyś został aktorem?…
Jurek chmurnie: – Zobaczymy.
 

Idziemy do przystanku autobusowego. Mijamy księgarnię. Za szybą wystawiona powieść Stefana Kisielewskiego Sprzysiężenie. Reklamują ją jako śmiałą obyczajowo. Jeszcze nie wiem, o czym jest, choć z jakiegoś przygodnie przeczytanego numeru „Tygodnika Powszechnego” dowiaduję się, że Kościół ją potępia za wątki pornograficzne niegodne katolickiego pisarza. Podobno książę metropolita Sapieha skarcił redaktora w jakimś kazaniu. Świetna zachęta, żeby książkę kupić, ale nie mam pieniędzy. Spróbuję Sprzysiężenie wypożyczyć od kogoś, kto je już ma.
 

U Jurka na stoliku nocnym w pokoju w mieszkaniu Lidki zobaczyłem Lorda Jima Conrada i Kochanka Lady Chatterley Lawrence’a. Obydwie, tak różne pod każdym względem powieści, długo były dla mnie trudne do zrozumienia. Jurek jednak nie miał z nimi – jak się domyślałem – większych problemów.


Wracamy do Krzyżatki autobusem. W tej roli występuje ciężarówka z ławkami pod plandeką. Zatrzymuje się na rynku. Jurek z Lidką idą do jej mieszkania przy drukarni, a ja wpadam jeszcze do matki, do pobliskiej kamienicy zajmowanej przez „wuja” Zygmunta.
Wszyscy już teraz mieszkamy oddzielnie. Rodzina się rozpadła.


Któregoś dnia przypadkiem usłyszałem przez drzwi głośną rozmowę rodziców w sąsiednim pokoju jadalnym.
– Niech pani – zwrócił się ojciec do naszej matki – zgodzi się na rozwód, bo to, co jest teraz, nie ma sensu.
– Ma pan rację, ale mamy dzieci i o nich powinniśmy myśleć.
– Zarówno Jureczek, jak i Bobuś są na tyle rozsądni, że przyjmą nasze rozejście się normalnie. Przecież wiedzą, że pani od dawna żyje z Zygmuntem S. – oznajmił poirytowany ojciec.
– A pan już w rok po naszym ślubie miał kochankę!
 

Głosy coraz bardziej podniesione, wrogie.
Najbardziej dziwiło mnie zwracanie się do siebie per pani i pan.
Gdy śmiałem się z tego, opowiadając o tej przypadkiem zasłyszanej dziwnej rozmowie, Jurek skarcił mnie: – Bo ty nie rozumiesz znaczenia konwencji. Jak ludzie się rozchodzą, pragną od razu zwiększyć dystans, ułatwić sobie relacje na przyszłość…
– Możliwe, ale to groteskowe i nienaturalne.


A więc rozpad, wszystko potrzaskane. Ojciec żyje z pewną panią, która jest inżynierem ogrodnictwa i niedawno przejęła po Niemcach wspaniałe gospodarstwo ogrodnicze, z mnóstwem inspektów i rzadkich, drogich kwiatów. Świetnie utrzymana willa przy tym ogrodzie, z wieloma pokojami i pięknymi łazienkami, robi na mnie wrażenie…


Ale po jakimś czasie ogrodniczka znika z życia ojca i pojawia się nawiedzona emancypantka, zakochana w esejach Bogdana Suchodolskiego, o którym pierwszy raz dowiedziałem się z miesięcznika „Problemy”. Tam też odkrywam zabawy rymowane Juliana Tuwima. Emancypantka zostanie z ojcem do swej śmierci.
 

Jurek do liceum w Jeleniej Górze dojeżdża, mieszkając już oficjalnie u Lidki. Ona go ubiera i zaopatruje we wszystko, czego potrzebuje. Jednak i ten związek ulega modyfikacji. Bo Jurek ze względu na różne dodatkowe zajęcia pozaszkolne zamieszkuje na stancji w Jeleniej Górze, a do Lidki już tylko dojeżdża.
 

Ja tkwię z babunią Klementyną na gospodarstwie, bo ojciec wpakował mnie do gimnazjum rolniczego z myślą, że zostanę nowoczesnym „farmerem”. A mnie się z tego „farmerstwa” podoba tylko koń i linijka…
 

Wuj Zygmunt, elegancki inżynier, przed wojną jeden z bliskich współpracowników ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego w Mościcach, opiekuje się naszą matką solidnie i rzeczowo, urządzając ją ostatecznie w Krakowie.
Przygoda na Ziemiach Odzyskanych znajduje swój kres. Jurek też ląduje w Krakowie, u mamy.
W roku akademickim 1948/1949 zaczyna studia aktorskie.
 

Mama, dzięki zasobom wuja Zygmunta, otwiera sklep papierniczy na ulicy Starowiślnej, przemianowanej później na Bohaterów Stalingradu. To ma być podstawa jej i Jurka utrzymania. Czy to się uda?
 

Ja stopniowo usamodzielniam się, do czego przyczynia się m.in. mój debiutancki, satyryczny felietonik Jak zostać milionerem.
Latem 1953 roku Jurek zapytał Sławomira Mrożka, występującego w slipach na pływalni Legii w Warszawie, gdzie w trójkę się spotkaliśmy:
– Jak się czułeś, gdy pierwszy raz zobaczyłeś swoje nazwisko pod wydrukowanym w gazecie artykułem?
Mrożek: – Dziwnie, bardzo dziwnie…
– A pan? – zwrócił się do mnie, bo Jurek przedstawił mnie jako tego, który coś tam próbuje pisać.
– Ja – odpowiedziałem śmiejąc się – byłem zachwycony, gdy pocztą nadeszły pieniądze. Nie wiedziałem, że za pisanie płacą…
– To ja miałem nad panem przewagę, bo od razu wiedziałem – zachichotał Mrożek.
Przejdźmy jednak do ówczesnej sytuacji Jerzego, bo o nim jest przecież ta opowieść.
A więc powojenny Kraków, mieszkanie przy ulicy Starowiślnej. Jak to się przedstawiało w szczegółach, opowiem w następnym odcinku.

cdn.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij