Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2014
O Jurku prawie wszystko. Dar księcia Odescalchi i Ukrainki
autor: Robert Jarocki
O Jurku prawie wszystko. Dar księcia Odescalchi i Ukrainki
foto: Bogna Podbielska

Pytano mnie, czy Jerzy interesował się w sensie teatralnym jakąś moją narracją książkową. Owszem, dwa rozdziały znajdujące się w dwu moich książkach kiedyś go bardzo zafrapowały. Przez pewien czas w porach wakacyjnych bawiliśmy się szukaniem sposobu przerobienia ich na sceny teatralne, prowadząc przeważnie żartobliwe rozmowy. Ale niekiedy wkraczaliśmy na warsztatowy grunt wersji scenicznych.


Zacznę od księcia Odescalchi z mojej Opowieści o Aleksandrze Gieysztorze.


Najpierw fakty, potem nasze fantazje.


Któregoś dnia 1977 roku dotarła do dyrektora Muzeum Narodowego profesora Stanisława Lorentza sensacyjna informacja, że doktor Andrzej Ciechanowiecki, historyk sztuki stale mieszkający w Londynie, kolekcjoner, kawaler Zakonu Maltańskiego, przekazał poufnie doktorowi Andrzejowi Rottermundowi (wówczas wicedyrektorowi Muzeum Narodowego) niezwykłą wiadomość. Otóż książę Odescalchi, kawaler maltański, potomek jednego z najbardziej szanowanych rodów arystokratycznych w Italii, mającego w swoim gronie papieża (Benedykt Odescalchi – Innocenty XI, panujący w czasie odsieczy wiedeńskiej) i kardynałów, chce podarować Polsce swój ogromny pałac! Zabytek usytuowany jest w centrum Rzymu, niedaleko placu Weneckiego. Dla omówienia warunków tej hojnej propozycji książę chciałby pilnie spotkać się z kompetentnymi przedstawicielami polskimi.


Wiadomość zelektryzowała profesora Stanisława Lorentza, spragnionego poszerzania zasobów sztuki w polskim władaniu. Polskie kierownictwo państwowe również początkowo zainteresowało się „darmowym” pałacem w Rzymie…


Sprawy potoczyły się dość szybko. Przy zachowaniu ścisłej tajemnicy, upoważnieni przez Ministerstwo Kultury i Sztuki do rozmów z włoskim księciem Stanisław Lorentz i Aleksander Gieysztor polecieli do Rzymu. Dowiedzieli się wstępnie, że właściciel pałacu uznał, iż ma za dużo kłopotów z jego utrzymaniem i musi się jakoś pozbyć tego ciężaru. Polscy wysłannicy w zachwycie zwiedzili ten stary, ogromny zabytkowy pałac. Niektóre sale w amfiladzie wydawały się porównywalne z tymi na Wawelu…


Wkrótce okazało się, że oprócz pałacu książę Odescalchi pragnie Polsce podarować jeszcze zamek położony nad jeziorem około trzydziestu kilometrów od Rzymu.


Włoski książę kilkakrotnie gościł Polaków. W pałacu rzymskim przyjął ich serdecznie w swoim apartamencie w jednym ze skrzydeł ogromnego budynku. Kamerdyner przyniósł kawę, ciastka i nalał koniak do herbowych kieliszków. Rozmowa toczona po francusku oscylowała wokół polskich korzeni księcia. Okazało się, że jego babcia, donna Zofia z domu hrabianka Branicka z Białej Cerkwi, wniosła dziadkowi aktualnego właściciela pałacu niebagatelny posag. Przez dłuższy czas uważano ją zresztą za bajecznie bogatą Rosjankę, poddaną cara Mikołaja I i jego następcy Aleksandra II. Dopiero z czasem donna Zofia nieco rozjaśniła w głowach rodu Odescalchi swoją polską genealogię.


Rozmówca Lorentza i Gieysztora wspominał babkę z wielkim szacunkiem i sentymentem. Z jego informacji wynikało, że hrabianka Branicka jako księżna Odescalchi wydobyła swego męża z ciężkich tarapatów finansowych. Z czasem przejęła nadzór nad jego majątkiem, okazując się damą biegłą w zarządzaniu i zdolną finansistką. Pokryła między innymi koszty gruntownego remontu pałacu w Rzymie. – Od tego czasu aż do dzisiejszych dni – mówił ze smętnym uśmiechem książę – w tym pałacu przeprowadzaliśmy tylko niezbędne naprawy. Nie stać nas było na powtórzenie po tamtym dziewiętnastowiecznym remoncie kolejnej generalnej renowacji. W ogóle ten pałac nas rujnuje. Bo zgodnie z tradycją, jego aktualny właściciel jako głowa rodu ma regularnie obowiązek złożyć hołd papieżowi, wydać raz w roku wielkie przyjęcie oraz cały serial mniejszych z udziałem najważniejszych kardynałów i prałatów Stolicy Apostolskiej, przedstawicieli innych rezydujących w Rzymie arystokratów, burmistrza Rzymu oraz członków korpusu dyplomatycznego. W ciągu paromiesięcznego pobytu w Rzymie tych mniejszych i większych bali, gali i przyjęć, uroczystych śniadań, wieczornych obiadów naliczyć można co najmniej setkę. Dodatkowa służba, najdroższe trunki, bo tylko takimi traktuje się kardynałów i ambasadorów, specjalne dekoracje itd. pochłaniają setki tysięcy dolarów. Musimy na to wszystko co roku zaciągać kredyt w bankach, bo dobra, jakie posiadamy, nie przynoszą takich dochodów jak dawniej. A często raczej straty.


W trakcie tych zwierzeń weszła do salonu urodziwa małżonka księcia, na oko młodsza od niego o kilkadziesiąt lat. Za rączkę trzymała grzeczną panieneczkę ledwo wyrastającą od podłogi. Przez parę chwil rozmowa toczyła się wokół obowiązków pani domu i matki, po czym młoda księżna z wdziękiem światowej damy poinformowała, że musi panów przeprosić, bo przed sobą ma pilne prace domowe.


Po jej wyjściu książę przeszedł do rzeczy, stale mówiąc z emfazą, że czuje więź z Polską i dlatego chce ojczyźnie donny Zofii podarować wszystko, co najcenniejsze w jego władaniu. W zamian oczekuje tylko skromnych dożywotnich rent wpłacanych co roku na rzecz siebie, żony i córeczki. Chodziło o wpłaty po sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów na osobę, co wraz z pewnymi kosztami operacyjnymi sprowadzało się do około pół miliona dolarów rocznie, według wartości dolara z roku 1977.


W toku dalszych szczerych rozmów z udziałem nadwornego adwokata księcia, notabene wpływowego członka Komunistycznej Partii Włoch, Polacy dążyli do ustalenia wszystkich najbardziej drażliwych szczegółów potrzebnych do przekazania władzom w Polsce. Otrzymali je po zwiedzeniu wspomnianego zamku nad jeziorem pod Rzymem. Odbyło się to po wspaniałym obiedzie z jakimś miejscowym znakomitym białym winem.


Owe dożywotnie renty dolarowe nie wydawały się Lorentzowi zbyt wygórowane. Uważał, że można by je spłacać w systemie barterowym dostawami do Włoch polskiego węgla. Wszak zaraz po wojnie – wiedział o tym m.in. z moich reportaży biograficznych o profesorze Bolesławie Krupińskim – Italia błagała o jak największe dostawy polskiego węgla.


Jednak w 1977 roku Włochy już w znacznym stopniu przeszły na paliwo gazowo-ropne, dostarczane m.in. przez Libię Kadafiego.


Tak czy owak, pewnie by się te roczne renty dla rodziny Odescalchi dało jakoś sfinansować, zwłaszcza że kondycja zdrowotna i wiek księcia wróżyły, iż wkrótce wpłaty by się zmniejszyły do około trzystu tysięcy dolarów. Jednak zarówno młodziutka księżna, jak i malutka córeczka miały przed sobą wieczność…


Łatwo zgadnąć, że dar księcia przerastał możliwości decyzyjne władz warszawskich i projekt ten przepadł.


Nie będę zanudzał Czytelników innymi trudnościami i komplikacjami, które zadecydowały o rezygnacji z projektu – zwłaszcza że Jurka teatralnie one nie interesowały. Natomiast opowieści księcia o donnie Zofii, która sprowadziła z Białej Cerkwi do Rzymu tuziny pięknych dziewczyn (dla niego Rosjanek, w rzeczywistości Ukrainek), szkoląc je na świetne, ponętne pokojówki, pobudziła wyobraźnię reżysera. Zasłynęły one w ówczesnym Rzymie i Stolicy Apostolskiej z temperamentu i urody. Stały się atrakcją nie tylko pałacu Odescalchi, ale i innych wielkich rezydencji w stolicy. Szybko nauczyły się włoskiego i jako eleganckie pokojówki usługiwały chętnie także w pałacach prałatów. Księżna była z nich bardzo dumna i przy wszystkich okazjach przedstawiała je odwiedzającym pałac dostojnikom, którzy nie mogli się nachwalić ich gracji.


To Jurka naprowadziło w czasie jednej z żartobliwych rozmów na pomysł, żeby z tych ukraińskich pokojówek stworzyć chór, który by wystąpił w Watykanie przed papieżem. W ogóle jego myślenie przez pewien czas o tym tekście sprowadzało się do stworzenia sztuki, która by się częściowo rozgrywała w Watykanie, z udziałem właśnie owych Ukrainek. Pretekstem byłby erotyczny sen jednego z arcybiskupów. Ja wymyśliłem scenę, w której książę Liwiusz zaprasza swoją rodzinę oraz zaprzyjaźnioną z nim arystokrację rzymską na kurs wiedzy o Polsce, jako że nikt w Rzymie nie miał żadnego pojęcia o istnieniu naszego kraju. Wprowadziłem jednego z kardynałów, który krzyczał: „Ależ to niepodobne, to jakaś prowokacja! Przecież Zofia Katarzyna hrabina Branicka przybyła do Rzymu z paszportem rosyjskim jako poddana cara Rosji! Nie wolno obrażać władcy wielkiej Rosji jakimś mirażem Polski, o której historii niczego nie wiemy!”.


Według naszych luźnych pomysłów powinien powstać scenariusz zainscenizowanej z rozmachem operetki z baletem. Wszystko powinno się rozegrać na specjalnej estradzie w ogrodach pałacu Odescalchi lub w największej sali audiencjonalnej Watykanu. Najpowabniejsza, o bujnych kształtach, ale dziecięcej twarzy młodziutka Ukrainka, w haftowanej, lekko wydekoltowanej białej bluzce, słodkim głosikiem śpiewa miłosne, nieco sprośne ludowe ukraińskie przyśpiewki weselne. Ale towarzyszący jej balet sztywno wykonuje dygi taneczne z czasów Katarzyny II. W kilku miejscach olbrzymiej sali ustawiono konfesjonały. Wewnątrz spowiadający prałaci w ozdobnych szatach. Na zewnątrz na klęcznikach urodziwe zapłonione panienki z różańcami w rękach.


W pewnym momencie na scenę wkrada się starszy duchowny z maską na twarzy, przypominającą Silvia Berlusconiego. Mężczyzna śpiewa po włosku operową arię Śmiej się, pajacu i porywa nastoletnią Ukrainkę, oklaskiwany przez rozentuzjazmowanych i podnieconych prałatów.


Nie doszło jednak do żadnej systematycznej pracy nad tym tekstem, bo Jurek zajął się czymś innym, a ja też. Jednak kiedyś pomyślałem sobie, że trzeba jeszcze to dokładniej źródłowo zbadać, zwłaszcza że interesowały mnie wspomnienia Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej. Przywołała ona w swym dzienniku świętego Antoniego Padewskiego, który kiedyś w czasie rekolekcji postnych dla kardynałów miał krzyknąć gniewnie: „Surgite vacui pigres!” (w wolnym tłumaczeniu: „Wstawajcie krowy leniwe!”).


A swoją drogą myślę, że gdyby tę historię Branickiej-Odescalchi z pięknymi Ukrainkami i podnieconymi kardynałami mógł jakimś cudem poznać Fellini (w pełni swych sił twórczych), obsadzając w roli Branickiej na przykład Zofię Loren, to może powstałyby obrazy filmowe o światowym powodzeniu…


Jurek przez pewien czas namawiał mnie, abym całą tę historyjkę opowiedział Mrożkowi, który nie trzymając się ściśle faktów, mógłby z niej wykreować sceniczny majstersztyk. Jednak autor Czarownej nocy zachorował i projektowane przez Jurka spotkanie już nie mogło się zdarzyć.

 

cdn
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij