Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
12/2014
O Jurku prawie wszystko. Metafory muzyczne Chruszczowa
autor: Robert Jarocki
foto:

Metafory muzyczne Chruszczowa


W 1993 roku ukazały się w PWN moje rozmowy z peerelowskim dyplomatą Stanisławem Gajewskim, który w latach 1954–1961 był ambasadorem we Francji. Książka nosi tytuł Pięć minut ambasadora i zawiera wiele barwnych opisów życia politycznego w tamtym czasie. Jeden z nich szczególnie rozbawił Jerzego Jarockiego. Planowaliśmy nawet jego teatralną adaptację. Oto ta historia.


W 1960 roku Nikita Siergiejewicz Chruszczow na przestrzeni niewielu tygodni przebywał we Francji dwa razy. Pierwszy raz, 23 marca, przybył z oficjalną wizytą państwową, jako gość prezydenta Republiki Francuskiej generała de Gaulle’a i rządu francuskiego. Zwiedzał Paryż i okolice, a przede wszystkim prowadził polityczne rozmowy z de Gaulle’em. Wówczas ci tak różni pod każdym względem panowie poznali się. Następny przyjazd do Paryża I sekretarza KPZR w 1960 roku wiązał się z początkiem zwołanej na 15 maja konferencji na najwyższym szczeblu przywódców czterech mocarstw: Związku Radzieckiego, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji – gospodarza szczytu. Na początku maja doszło jednak do znamiennego incydentu w stosunkach Stany Zjednoczone – Związek Sowiecki.


USA, korzystając z przewagi w najnowocześniejszych samolotach, wysłały specjalnie wyposażone maszyny wywiadowcze typu U-2, które z dużej (i do czasu bezpiecznej) wysokości fotografowały instalacje wojskowe na terytorium sowieckim. Otóż doznały one, to znaczy Stany Zjednoczone, wtedy wiosną 1960 roku przykrej porażki. Dzięki udoskonaleniu obrony sowieckiej, akurat pierwszego maja strącono amerykański samolot szpiegowski U-2. Pilot owego samolotu, pracujący dla Centralnej Agencji Wywiadowczej kapitan Francis Gary Powers, zachował życie i dał się wziąć do niewoli. Nie było to dobrze przyjęte przez część prasy amerykańskiej i szefostwo wywiadu USA, bowiem uważano, że Powers powinien skorzystać z kapsułki z trucizną, w jaką był zaopatrzony…


W każdym razie skandal, jaki wybuchł wokół misji wywiadowczej i strącenia U-2, zatruł przygotowania do spotkania na najwyższym szczeblu w Paryżu, sprzeczny był, jak pisała prasa moskiewska, z „duchem Camp David”, czyli szczerymi rozmowami, jakie tam odbył z prezydentem Eisenhowerem Chruszczow w czasie podróży do Ameryki w poprzednim, 1959 roku. Cała ta afera stanowiła także despekt dla Chruszczowa, którego polityka zbliżenia do Stanów Zjednoczonych mogła być teraz kwestionowana przez sowieckie kręgi wojskowe, lub, jak kto woli, kompleks wojskowo-zbrojeniowy. Wyglądało na to, że strona sowiecka zrezygnuje z wyjazdu na szczyt do Paryża. Prasa moskiewska wszczęła ogromną kampanię przeciwko Stanom Zjednoczonym, a rząd sowiecki domagał się, aby owe wywiadowcze loty osobiście potępił prezydent Stanów Zjednoczonych, i aby obiecał, że jego rząd ich zaniecha. Eisenhower ograniczył się do jakichś niejasnych słów ubolewania, ale lotów wywiadowczych nie chciał potępić. Obiecał jednak, że do końca swojej kadencji prezydenckiej, która upływała w 1960 roku, wstrzyma je. „Nie mogę decydować za swojego następcę” – tłumaczył się. Było mu głupio z powodu pecha, jaki przyniosła i jemu osobiście afera z U-2, lecz do niczego więcej nie chciał się zobowiązać. Skoro Chruszczow jednak przyjazdu do Paryża nie odwołał, to zarówno Eisenhower, jak i zachodni sojusznicy – Macmillan, premier Wielkiej Brytanii, oraz prezydent de Gaulle – liczyli, że mimo wszystko spotkanie się odbędzie. Tymczasem Nikita Chruszczow, w towarzystwie Andrieja Gromyki i Rodiona Malinowskiego (ten ostatni był ministrem obrony narodowej), przybył z zamiarem publicznego upokorzenia Eisenhowera.


Gdy 16 maja wszyscy zebrali się w sali konferencyjnej Pałacu Elizejskiego, zaraz po powitaniu przez de Gaulle’a, jeszcze przed formalnym rozpoczęciem obrad, Nikita Chruszczow złożył w gwałtownym tonie oświadczenie, domagając się od prezydenta Stanów Zjednoczonych oficjalnego potępienia lotów zwiadowczych, stwierdzenia, że nic o nich nie wiedział, ukarania winnych itp. Eisenhower odrzucił te warunki, ograniczając się do tego, co już wcześniej ogłosił. Prywatnie zapewne chciał Chruszczowa przeprosić i udobruchać, ale publicznie nie mógł tego zrobić. Nadchodzące wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych decydująco wpłynęły na postawę Eisenhowera. Bo gdyby dał się publicznie upokorzyć, szansę wyborcze Nixona, republikańskiego kandydata, spadłyby do zera.


De Gaulle próbował mediować, podobnie jak Macmillan, ale Chruszczow konsekwentnie realizował plan: albo publiczne przeproszenie i potępienie przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, albo delegacja radziecka wycofuje się z obrad. Zerwanie było faktem, choć osobno, rzecz jasna, Chruszczow odbył rozmowę z de Gaulle’em i wyraził zgodę na spotkanie także z Macmillanem, nie konkretyzując miejsca i godziny spotkania z nim.


Łatwo sobie wyobrazić, jak zerwanie szczytu zbulwersowało cały Paryż, a szczególnie eksplodowało wśród przybyłych na konferencję dziennikarzy prasowych i niezliczonych ekip radiowo-telewizyjnych z całego świata. „Chruszczow zrywa szczyt!” – to był news na czołówkę pierwszych stron i powód do przerywania audycji telewizyjnych i radiowych. Oczywiście francuscy dziennikarze tym bardziej szaleli, bo taka gratka rzadko się trafia. Francja nie była zaangażowana w spór, toteż, gdzieś po cichu, zacierano ręce, że Rosjanie wycięli taki kawał niezbyt lubianym nad Sekwaną Amerykanom.


Stanisław Gajewski, od sześciu już lat ambasador PRL w Paryżu, jeszcze przed powrotem do władzy de Gaulle’a w bliskich z nim kontaktach, starał się prywatnie dowiedzieć jak najwięcej, ale francuscy politycy i publicyści gubili się w domysłach podobnie jak on.


Zdezorientowani też byli wszyscy obecni w Paryżu dyplomaci. Najgorszy był ten straszliwy hałas w radiu i telewizji, nadzwyczajne dodatki popołudniówek. Jednym słowem, coś się stało, nie wiadomo jednak, jaki będzie ciąg dalszy. W tej sytuacji ambasador Gajewski pomyślał, że najlepiej zasięgnąć języka u źródła, czyli strony sowieckiej. Zatelefonował do ambasadora ZSRR w Paryżu Sergiusza Winogradowa, z którym był w dobrych prywatnie relacjach, zgłaszając za jego pośrednictwem prośbę do Nikity Siergiejewicza Chruszczowa, „aby zechciał nas, ambasadorów z bratnich krajów socjalistycznych, poinformować, co właściwie zaszło na nieudanym spotkaniu »na szczycie«? Nie możemy przecież opierać się tylko na oficjalnych oświadczeniach opublikowanych w prasie”.


Winogradow przyjął propozycję bez zastrzeżeń, oświadczając, że przekaże ją natychmiast Chruszczowowi i zawiadomi o jego decyzji. Istotnie, wkrótce potem zadzwonił do Gajewskiego, informując, że Nikita Siergiejewicz zaprasza na godzinę taką i taką (podał jakąś godzinę tego samego dnia) wszystkich ambasadorów państw obozu socjalistycznego. Zatem ambasador Gajewski wbił się w ciemny garnitur i przyjechał do ambasady sowieckiej na ustaloną godzinę. Ówczesny gmach ambasady, pamiętający czasy carskich ambasadorów, był rozległy. Długa amfilada salonów, w największym z nich zgromadzili się ambasadorowie demoludów. Ilu ich było, nie wiadomo dokładnie. Ale na pewno oprócz Gajewskiego ambasadorowie Bułgarii, Węgier, Rumunii, Czechosłowacji. NRD nie była jeszcze uznana przez Francję, więc nie miała przedstawicielstwa. Zapewne był ambasador Chin (bo zerwanie przyszło później), Wietnamu, może i Kuby.


Siedzą w salonie przy koniaku i „buterbrodach”, czekając na Chruszczowa. Salon pełen złoceń, migocących światłem ciężkich żyrandoli, kandelabrów, grubych czerwonych dywanów, skórzanych kanap i foteli. Pełny sowiecki oficjalny luksus. Czekają, rozmawiając bez większego ożywienia. W pewnym momencie, na drugim końcu amfilady pokojów, słychać jakiś ruch, jakieś ożywione głosy – wszystko coraz wyraźniejsze i głośniejsze. Domyślają się, że nadchodzi Chruszczow, zresztą już go słychać, jak śmiejąc się, coś peroruje. Wstają, ustawiając się stosownym szeregiem do powitania. Chruszczow wchodzi ożywiony, czerwony na twarzy, za nim ze smętnym grymasem minister Gromyko, dalej marszałek Malinowski z kopą dźwięczących orderów, zwieszających się aż do pasa. Oczywiście świta jest liczniejsza, ale tylko tych Gajewski zapamiętał. Ambasador Winogradow przedstawia kolejno Chruszczowowi zaproszonych ambasadorów. I sekretarz sprawia wrażenie, jakby dopiero co wstał od suto zakrapianego posiłku. Jowialny, mimo pękatej figury szybki w ruchach, patrzy badawczo swymi małymi otłuszczonymi oczyma, zatrzymując się na chwilę przed każdą przedstawianą osobą i ściskając rękę. Ceremonia jest prosta. Winogradow oznajmia, wskazując na stojącego w szeregu dyplomatę: ambasador socjalistycznej Czechosłowacji, Bułgarii itd. Chruszczow ogarnia wzrokiem przedstawianego ambasadora i zgodnie ze swoim dobrodusznym usposobieniem, tudzież nieoficjalnym charakterem spotkania (nadano mu formę towarzyskiej „biesiady”), stara się każdemu bratniemu ambasadorowi powiedzieć coś w swoim stylu ciepłego, serdecznego.


Kiedy przychodzi kolej na Gajewskiego, Winogradow z wyczulonym tonem podkreślenia, oznajmia: „A to towarzysz Gajewski, pasoł Polskoj Narodnoj Respubliki”. Chruszczow ściska mu dłoń, kładzie mu rękę na ramieniu i przez chwilę skupia się, po czym jeszcze upewnia: „Wy pasoł Polszy?”. Gajewski grzecznie potwierdza to, co już przed chwilą powiedział Winogradow. Na to Chruszczow z błyskiem w oczach i jakimś szczególnym olśnieniem, przypominając sobie znane mu najbardziej polskie zdanie (ze spędzonej na Ukrainie młodości), mówi: „No to ja ciebie pierdolę!”.


Wypowiedziawszy te słowa, z zainteresowaniem i po przyjacielsku patrzy Gajewskiemu w oczy. A on, kompletnie zaskoczony, całym wysiłkiem stara się opanować, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Chruszczow postał przy nim jeszcze troszkę, poklepał go po plecach i podszedł do kolejnego ambasadora, z którym przywitał się mniej wylewnie, choć także przyjaźnie. Tymczasem na ambasadora Gajewskiego skierowały się oczy wszystkich bratnich dyplomatów, tudzież członków świty towarzyszącej Chruszczowowi. Obecni odebrali słowa Chruszczowa, których nie rozumieli, wypowiedziane serdecznym tonem, oraz jego uściski, a nawet to, że stał przy Polaku dłużej niż przy innych, jako szczególny dowód łaskawości. Zapewne, ujmując to pryncypialnie, chodziło o podkreślenie wyjątkowego znaczenia socjalistycznej Polski w całym obozie. Wyraźnie Gajewskiemu zazdrościli, starając się potem szeptem dowiedzieć, co on właściwie powiedział. A Gajewski wykręcał się, dając im do zrozumienia, że padły wyrazy szczególnego szacunku dla Polski, rządu i polskiego ambasadora osobiście…


Dyplomaci usiedli naprzeciwko Chruszczowa w oczekiwaniu na jego informację i ocenę, jak to się pięknie mówi, zaistniałej sytuacji. Chruszczow rozwalił się swobodnie w fotelu, obok niego nieprzenikniony sztywno siedział Gromyko. Z drugiej strony, z chłopską, starzejącą się twarzą i z niskim czołem, nieśmiało uśmiechający się marszałek Malinowski. Chruszczow powiódł wzrokiem po zgromadzonych z wyraźnym zadowoleniem, ukazując liczne złote zęby w uśmiechu, kazał podać koniaki w szklankach. Gdy je napełniono, zaczął swoje wyjaśnienie. – Cóż wam powiedzieć, towarzysze? – zastanawiał się. – Odwołam się do znanej z czasów carskich anegdoty. Jak wiecie, Rosja, ogromny kraj, wszędzie, nawet na zupełnym odludziu, miała garnizony. Panowie oficerowie po służbie strasznie się nudzili, toteż grali w karty, urządzali przyjęcia. Pili wódkę, bawili się do białego ranka. Ciągle to samo i to samo. No więc – skuka! Jednak jeden z garnizonów zasłynął z uatrakcyjniania przyjęć oficerskich. Gdy panowie oficerowie już swoje wypili, generał-dowódca kopał nogą pod stołem specjalnie wyćwiczonego muzycznie starszinę. Wówczas ten sierżant zaczynał galowy występ. Niesłychanie melodyjnie pierdząc, wykonywał hymn „Boże caria chrani”. Kiedyś na takie koncertowe przyjęcie przyjechała ogromnie zaciekawiona delegacja oficerów z moskiewskiego garnizonu, zwabiona sławą tak oryginalnie wykonanej pieśni na cześć monarchy. Gdy nadszedł właściwy moment, generał dał znak butem czekającemu pod stołem sołdatowi. I nic, cisza. Więc generał ponownie go kopnął, a nawet nachylił się i spojrzał pod stół, żeby grajka obrugać. Trwa napięta cisza. Żołnierz nie wytrzymał: tak się starał, że się zesrał. – Wot on, Ajzengawer, tak się starał, że się zesrał. I to, drodzy towarzysze, możecie zaraportować swoim rządom.


Skończywszy tym obrazowym i węchowym komentarzem ocenę załamania się szczytu paryskiego, Chruszczow nie troszczył się więcej o dalsze objaśnienia. Z zadowoleniem przyjął gromki śmiech aprobaty swej świty i ambasadorów z obozu. Tylko minister Gromyko uśmiechnął się niechętnie i pozostał nieporuszony ze swoją sfinksową twarzą. Chruszczow, pijąc z nimi w dalszym ciągu koniak, stawał się coraz bardziej ożywiony. W jego głowie powstał jakiś pomysł. Zwrócił się do Gromyki z głośnym pytaniem, czy prawdą jest, że (tu Chruszczow spojrzał na zegarek – zbliżała się ósma wieczór) Anglicy lubią o tej porze, uroczyście ubrani, zasiadać do obiadu? Gromyko potwierdził z nieco zdziwioną miną. Wówczas rozbawiony Chruszczow dalej pyta:


– Znaczy i Macmillan, ubrany we frak czy smoking, teraz je obiad? Skoro tak – zdecydował Chruszczow – to my go tutaj zaraz zaprosimy!


Zwrócił się do Winogradowa (po otczestwie): – Sergiuszu Aleksandrowiczu, ile masz kawioru?
Winogradow, człek lotny, szybko zorientował się i zameldował Chruszczowowi, że sporo, bo niedawno przysłano mu świeży zapas. Będzie tego kilkanaście kilogramów…


– No to wszystko dawaj na stoły! – każcie kelnerom ułożyć na półmiski i podać z mrożonym szampanem itd. – powiedział z błyskiem w oku Chruszczow. – A ile czasu potrzebuje Macmillan, żeby tu przyjechać ze swojej paryskiej rezydencji?
– Jakieś pół godziny – odrzekł z wahaniem Winogradow.
– To ty zadzwoń do niego i powiedz, że ja chcę go przyjąć i porozmawiać, ale jedynym terminem możliwym do zrealizowania spotkania może być dzisiejszy wieczór, ściśle za 45 minut, taką podaj godzinę! Chcę zobaczyć zziajanego Macmillana, jak wpada do nas w tym swoim smokingu…


Wyraźne zaniepokojony Gromyko coś zaczął szeptać Chruszczowowi do ucha. Ale ten roześmiał się i powiedział głośno, zwracając się do bratnich ambasadorów: – Andriej (pada znowu otczestwo Gromyki) karci mnie, że o takich szczegółach mówię w waszej obecności. Ale my przed przyjaciółmi i sojusznikami nie mamy tajemnic! – roześmiał się rubasznie. Płonęły mu policzki i błyszczały małe oczka. Widać było, że ogromna ilość alkoholu, którą przyswoił sobie w ostatnich godzinach, buzuje w nim i przyczynia się do coraz większej pomysłowości. Niech bratnie kraje wiedzą, że Związek Sowiecki nie korzy się przed imperialistami! Owszem, nie damy się sprowokować, ale też umiemy bronić honoru i dumy naszego wielkiego państwa, całej wspólnoty socjalistycznej.


Gromyko w towarzystwie Winogradowa wyszedł telefonować do Macmillana. Tymczasem Chruszczow jeszcze przez kilka minut sypał dowcipami, cały czas kwitowanymi przez swoją świtę gromkim rechotem. Gdy Winogradow wrócił i nachylając się, powiadomił I sekretarza KC KPZR, że Macmillan przyjął zaproszenie i za jakieś pół godziny przyjedzie, Chruszczow wreszcie uspokoił się. Wstał i począł się z ambasadorami żegnać. Gajewski podziękował mu za dogłębne objaśnienia i udzieloną uwagę. Z szumem w głowie, bo tych koniaków też miał już sporo w sobie, wrócił do ambasady. Jeszcze tej nocy musiał napisać raport o przyczynach zerwania konferencji paryskiej. Czy streścił dokładnie Chruszczowa?


Historyjkę o sołdacie, który tak pięknie wykonywał pod stołem hymn carski, mógł tylko poufnie opowiedzieć ministrowi spraw zagranicznych Adamowi Rapackiemu i paru innym z MSZ. W raporcie zaszyfrowanym (wiedział, że będzie to czytał Gomułka) zawarł standardowy tekst, zgodny z urzędową relacją agencji TASS. Nie omieszkał oczywiście napisać, że z jego inicjatywy doszło do ważnego spotkania w ambasadzie radzieckiej z Nikitą Chruszczowem. I że I sekretarz KC KPZR, w bezpośredniej, szczerej, otwartej przyjacielskiej rozmowie, przedstawił pryncypialne stanowisko ZSRR wobec amerykańskich prowokacji szpiegowskich…

 

Jurek, bawiąc się tym reportażowym samograjem, dostrzegał też pułapki. Współczesny czytelnik i widz nie będzie się emocjonalnie odnosił do zdarzenia z 1960 roku, a więc czasów, które są bliskie chyba tylko jego dziadkom. Teraz każdy chce analogii politycznych przystających do naszych czasów. Rozpatrując różne konwencje teatralne dla przedstawienia metafor Chruszczowa, mniemał, że najwłaściwszy byłby utwór słowno-muzyczny przy akompaniamencie zespołu perkusistów.


Prolog sztuczki powinien zaczynać się od recitalu perkusistów, w takt którego tańczą de Gaulle, Eisenhower, Macmillan, a Chruszczow uderza kolejno w trzy bębny solo. I robi to butem, skacząc na jednej nodze w skarpetce. W pewnym momencie pozostali przywódcy z podziwem patrzą na muzykalny występ Nikity Chruszczowa.


Pod tę scenę powinien być podłożony proponowany przez Chruszczowa tekst publicznych przeprosin Związku Radzieckiego przez prezydenta Eisenhowera.


Skaczący na jednej nodze Chruszczow odczytuje z kartki tekst brzmiący następująco: „Ja, 34. prezydent USA (dalszy ciąg po angielsku, z podłożonym tłumaczeniem rosyjskim), bardzo przepraszam wielki Związek Radziecki i osobiście premiera, I sekretarza Nikitę Chruszczowa za szpiegowanie i zobowiązuję się do wydania zakazu raz na zawsze takich lotów”.


Kartę z tym oświadczeniem tłumacz czyta patetycznym głosem. Chruszczow chce ją wetknąć do ręki Eisenhowerowi, który cofa się przed nim tanecznym krokiem i broni przed przyjęciem papieru obydwoma rękami. W tym momencie de Gaulle i Macmillan coś szepcą sobie na ucho, po czym każdy na własną nutę uruchamia swój bęben.


Kolejna scena w salonach ambasady ZSRR w Paryżu. Wielkie żarcie kawioru ogromnymi łyżkami, zapijane koniakiem z gigantycznych szklanic. Moment wielkiego łomotu, po czym nagła cisza.


Pod stołem tkwi generał z ochrony Chruszczowa w masce Eisnehowera. Na sygnał kopniaka dany przez Chruszczowa próbuje wykonać hymn USA. Ale nie daje rady. Chruszczow poleca adiutantom przynieść maski gazowe.


Gromki rechot zebranych.


W tym momencie wpada do salonu zziajany Macmillan w smokingu i cylindrze na głowie. Chruszczow tanecznym krokiem zbliża się z wiaderkiem kawioru i ogromną łyżką chce karmić cofającego się brytyjskiego premiera.


Dźwięki perkusji zagłusza Chór Aleksandrowa. Z głośników płynie patetyczna melodia hymnu ZSRR.

 

Wszyscy nieruchomieją, stając na baczność.


I niespodziewany łomot bębna. Po czym Macmillan śpiewa, kierując pytanie do Chruszczowa: „Panie Nikita, jak pan śmie?!”.
Całość by zamykała Edith Piaf, wykonując piosenkę Milord.
 

Był to ostatni odcinek wspomnień Roberta Jarockiego z cyklu O Jurku prawie wszystko.

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij