Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
2/2016
Warszawskie pasaże: Pasaż bez powrotu
autor: Krzysztof Rutkowski
Warszawskie pasaże: Pasaż bez powrotu
foto: Zuzanna Waś

1.


Biada temu, kto wyrusza i nie powraca.
Biada temu, kto siedzi w aksamitnym gułagu.
W aksamitnym gułagu zamknąłem się sam.
Co rano patrzę w niebo na szczekające gwiazdy z grzywą, cudy – zjawienia i czekam, aż przyjdzie po mnie H.

 

2.


„Józef K. został przemocą zmuszony do obudzenia się. To zadanie wzięli na siebie dwaj strażnicy, którzy może tylko grają rolę strażników” – napisał Roberto Calasso w XI rozdziale swojej natchnionej książki K. zatytułowanym Chwila najbardziej ryzykowna. Dodał jeszcze, że przebudzenie następowało wczesnym rankiem, kiedy organizm budzi się do życia. W tej właśnie chwili Józef K. i ja czuliśmy się najbardziej cudzoziemcami, cudzoziemcami coraz bardziej podejrzanymi o nieprzyzwycieżalną nietutejszość. Moje ranki truła myśl, że strażniczka H. wejdzie i wręczy mi nakaz aresztowania. Strażniczka H. podwojona w strażniczkę i kata (katkę).

 

3.


Nigdy nie ufaj pierwszemu wrażeniu, bo najczęściej odmyka się na prawdę. Myślałem: duch Edwarda Stachury czuwa nade mną, kiedy przed sześcioma laty Bożena Stachura, bratanica Steda, powiedziała, że mieszkanie po jej zmarłej młodo przyjaciółce jest gotowe mnie przyjąć. Mieszkanie pod dachem, ze skosami i schodami na ukos dla czułych samobójców, z balkonem, z widokiem na Jeziorko Kamionkowskie, park Skaryszewski oraz warszawskie centrum, które wygąda jak przedmieście Santa Fe. Jasno, wysoko, postępowo.


Myślałem: jak pięknie, choć jakoś straszno. Myślałem: jak wysoko, choć jakoś nisko. Myślałem: ile nieba i zielono, choć czyhało piekło i czerń.

 

4.


W Edypie bez kompleksu Jean-Pierre Vernant zauważył, że pod koniec szóstego wieku przed naszą erą, kiedy wybuchła tragedia, rodziło się powoli, chwiejnie i niezręcznie, pojęcie odpowiedzialności za zbrodnię popełnioną z własnej woli, różnej od zbrodni dającej się usprawiedliwić, rodziło się doświadczenie tego, co w historii psychologii Zachodu stanie się kategorią Woli. Tragedia pytała z trwogą o stosunek człowieka do jego czynów: w jakiej mierze człowiek jest rzeczywistym źródłem własnych działań?


„Czyż znaczenie czynów nie pozostaje w znacznej mierze nieprzezroczyste dla tego, kto je popełnia, tak, że nie tyle działający wyjaśnia czyn, ile raczej czyn, ujawniając poniewczasie swój prawdziwy sens i nie zdając sobie z tego sprawy, powraca do sprawcy, oświetla jego naturę, odkrywa, kim on jest i czego faktycznie dokonał”.

 

5.


Trzy budynki tworzą osiedle Sonata: Presto, Allegro, Moderato. Ja w Moderato – jak na wiek przystało. Osiedle solidnie zaciskają stalowe sztachety, chyba jeszcze nie pod prądem, po rogach miradory z trójnogami na kulomioty lub przynajmniej szperacze, przy garażach centrala podglądu i podsłuchu, ronty regularne, pyski skwaśniałych ubeków, miast mundurów kłują w oczy czarne ortaliony. Zasieki, miradory i ronty na zdecydowane, własnowolne i samorządne życzenie mieszkańców osiedla. Mieszkańcy to Polacy, którym się udało. Skoro się udało, to się boją, że udałość stracą. Tylko aksamitny gułag utuli ich lęk.


Mnie nic się nie udało, Polak ze mnie lichy, boję się okropnie. Lękam się strażniczki H., ale przecież strażniczka H. jest podwójna, więc to nie ona do mnie – ale ja do niej.

 

6.


Jedna strażniczka H. wjedzie na górę, pod skosy, pod stropy, pod przedmieście Santa Fe, by wręczyć wyrok Józefowi K. i mnie. Druga strażniczka H. czuwa na dole za ladą, biurem, biurwem, barykadą zwaną dumnie recepcją. Czuwa i czeka na mnie. Naciśnie guzik, by zwolnić drzwi lub podłączyć mnie do prądu.


Staję przed nią bezradny i drżący: latem ciekną mi po nogach rozpuszczone w siatce lody, zimą ściskam pęcherz, by nie zlać się w nogawkę. Czekam, aż strażniczka H. uniesie tleniony łeb znad gazety „Fakt”, sięgnie do szuflady i wręczy mi wyrok bez słowa, z wargami zaciśniętymi pogardą przeznaczoną dla obcego, przybłędy, nie-Polaka, nie-swojaka, dla tego, któremu się nie udało (lokal wynajęty, a nie własny, brak samochodu w garażu, brak dzieci w wózkach, nawet ksiądz po kolędzie do odmieńca nie puka – może żyd?).

 

7.


W aksamitnym gułagu zamknąłem się sam. Wyruszyłem, ale wrócę, zanim strażniczka H. i jej sobowtór wjadą na siódme piętro, wkroczą, otworzą dzwi balkonowe, zmuszą mnie do lotu, a potem spokojnie zjedzą stojące na stole śniadanie, bo dzień słoneczny, niebo niebieskie i gwiazdy przestały szczekać przed świtem.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij