Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
12/2016
Jarmark perski: Ubermensch
autor: Marek Kochan
Jarmark perski: Ubermensch
foto: Kazimierz Kochan

Wpół do drugiej w nocy, z radia, po montażu. Przystanek na rogu Woronicza i alei Niepodległości. Czytam rozkład. Nocny autobus będzie za prawie pół godziny. Staję na skraju ulicy i macham na taksówki. Przejeżdżają dwie albo trzy, nie zatrzymują się. A były wolne, miały zapalone światła. Czemu się nie zatrzymały?


Tuż po tym jakiś osobowy samochód hamuje, cofa się i staje tuż obok mnie. Kierowca opuszcza szybę od strony pasażera. Dokąd pan chce jechać?


Trochę zaskoczony, pytam: czy pan jest Uberem?


Tak, jest Uberem. Może mnie zawieźć na Żoliborz. Za ile? Za dziesięć złotych.


To konkurencyjna cena. Taksówką wyszłoby znacznie więcej, jeszcze nocna taryfa. Do tego taksówki nie ma, autobusu nie ma, zimno.
Wsiadam. Jedziemy. Po drodze wypytuję.


Złotówka za kilometr: to ile pan z tego ma? Marża Ubera, paliwo (dyskutujemy o cenach benzyny i gazu, korki w Warszawie, dlatego lepiej jeździć nocą), ubezpieczenie samochodu, amortyzacja (jest to mały samochód, ale trzeba go było kupić, trzeba czasem naprawiać, z czasem trzeba będzie wymienić na nowy). Mój kierowca nie robi tego z doskoku, po godzinach, jak niektórzy, jest jednoosobowym przedsiębiorcą. Więc ZUS. Przez pierwsze dwa lata ma zniżkę. Tylko czterysta złotych. Potem będzie płacił więcej. I jeszcze podatki. Ryczałt.


Nie wolałby pan na normalnej taksówce? Wyszedłby pan chyba na tym lepiej. Oni mają dwa, trzy złote za kilometr.


Nie, nie wolałby. W taksówce jest stała opłata dla sieci, pięćset, a może i tysiąc złotych miesięcznie, mówi, i jeszcze dwadzieścia groszy opłaty za każde wezwanie. A on tu płaci tylko dwadzieścia procent od zlecenia. I jest niezależny.


Dojeżdżamy już do Arkadii. Próbuję to wszystko liczyć w głowie. Ile mu zostaje na czysto z każdej złotówki? Chyba niewiele. Żeby jakoś wyjść na swoje, żeby przeżyć. Ma rodzinę, dzieci? Nie pytam.
Musi więc pan dużo jeździć, mówię w końcu.

Sześć dni w tygodniu jeżdżę, po dwanaście godzin.


Może przesadza. Nie mówi wszystkiego. Koloryzuje. Ale wygląda na racjonalnego. Jest komunikatywny. Jedzie dobrze, płynnie.
Dojeżdżamy do placu Wilsona. Płacę dziesięć złotych. Paragonu nie dostaję, nie proszę, jestem zmęczony, zapominam. Byłem z ulicy, tym razem Uber nie zarobił. Dziesięć złotych dla pana kierowcy. Minus paliwo, minus ubezpieczenie, minus amortyzacja i ZUS.
Sześć dni w tygodniu, po dwanaście godzin. Dobrowolnie, z wyboru.


Dwa tygodnie po tej przejażdżce rozmawiam z prezesem firmy z branży finansowej. Na inny temat, ale jakoś schodzi na Ubera. Mają bardzo duże potrzeby finansowe, mówi prezes, muszą inwestować. Dziwię się. Przecież wszystkie koszty są po stronie kierowców. Firma bierze swoje dwadzieścia procent (jak mówił tamten człowiek w samochodzie); kosztów, poza obsługą systemu, nie mają.
Prezes patrzy na to zupełnie inaczej, od strony firmy. Oni tracą siedemdziesiąt pięć procent z tego, co biorą od klientów, mówi. Muszą kupić swoje samochody, wtedy kierowcom oddadzą mniej, sami zarobią więcej.


A więc nie tyle biorą dwadzieścia pięć procent (czy dwadzieścia, jak mówił kierowca), ile tracą siedemdziesiąt pięć. To jest ich logika.
Czy oni w ogóle płacą w Polsce podatki, zastanawiam się.


W gazecie artykuł: Uber zniknie z Polski, bo jest za tani. Projekt ustawy: będą musieli uzyskać taką samą licencję jak taksówkarze, a także wpis do dowodu, że ich samochód jest przeznaczony do działalności transportowej. To będzie koniec tej innowacyjnej usługi, popularnej wśród klientów, a znienawidzonej przez taksówkarzy, lamentuje dziennikarz. Taksówkarze, pisze, zaczynają ofensywę. Szykują pozew zbiorowy. Wynajęli detektywów, żeby zbierali dowody przeciw Uberowi, mają tam też swoich ludzi, którzy szpiegują ich od środka. Będzie się działo.
Mijają dwa dni. Przejeżdżam obok dworca. Jakiś mały samochód stoi na światłach awaryjnych, blokuje skrajny pas. Nie mogę go wyminąć, z lewej sznur aut. Po chwili przychodzą ludzie z walizkami. Jakby obcy. Brak serdecznych powitań, ładują się, samochód rusza. Nieoznakowany, ale pewnie to Uber, domyślam się. Taka jakby konspiracja, podziemna sieć. Kapitan Kloss, kasztany z placu Pigalle, te sprawy. To się może podobać.


A może to był akurat tajny agent taksówkarzy, który zbiera dowody?
Przy drodze billboard. Zostań kierowcą Ubera. Zarobisz nawet trzydzieści złotych za godzinę. Nawet! Czyli czasem trzydzieści, a czasem pięć. I co to znaczy: „zarobisz”? Na czysto, czy minus paliwo, ZUS, ubezpieczenie, amortyzacja, podatki?


Myślę o człowieku, który wiózł mnie z Woronicza na plac Wilsona. Sześć dni w tygodniu, po dwanaście godzin. Ile tak wytrzyma? Jaką będzie miał emeryturę?


Nieważne, przecież jest taniej, taniej. Złotówka za kilometr! Tanio jak za chiński czosnek.
To jest temat na sztukę. Coś w rodzaju Śmierci komiwojażera. Roboczy tytuł: Ubermensch. O człowieku, który zajeździł się na śmierć. Może reżyserować ta Schiller. Wystawią to w Teatrze Popularnym. Pomysł już zabezpieczyłem u notariusza. Data pewna, jak ktoś zerżnie, oskarżę go o plagiat.


Jakiś czas później, wczesnym rankiem, na Dworzec Centralny. Zamawiam jak zwykle taksówkę z sieci. Sztuki o człowieku z Ubera jeszcze nie napisałem. Taksówka przyjeżdża, ląduję na Centralnym. Kurs kosztuje dwadzieścia parę złotych. Uberem byłoby taniej. A może drożej bardziej się opłaca?
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij