Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
1/2018
Emocja miesiąca: Tatarów – London
autor: Natalia Worożbyt
Emocja miesiąca: Tatarów – London
foto: Kateryna Hornostaj

O siódmej czekała na nas taksówka do Iwano-Frankiwska. Opuszczaliśmy miasteczko Tatarów, gdzie spędziliśmy ostatnie trzy dni na międzynarodowym seminarium artystycznym. W czasie seminarium przez okno oglądaliśmy jesienne Karpaty. Wydawało nam się, że to fototapety, tak mało czasu mieliśmy na spacery.


Taksówkarz był miły i przyjazny, zatrzymywał się, kiedy córka chciała wymiotować i zaniósł nasze walizki do wagonu.


Naprzeciwko nas w przedziale siadły dwie kobiety, „zachidczanki”. To znaczy z zachodniej Ukrainy. Jedna miała prawie pięćdziesiąt pięć lat, druga – ponad sześćdziesiąt. Młodsza wracała do Włoch, gdzie pewnie pracuje jako sprzątaczka lub opiekunka starszych osób. Starsza jechała do ciotki do Lwowa. Były ładnie ubrane, uczesane i rozmawiały wyłącznie na przyjemne tematy. Na przykład dyskutowały na temat zdrowego odżywiania się: „Zawsze piję kawę i jem twarożek na śniadanie z dodatkiem oleju lnianego, a potem tylko jem kolację. Zawsze kupuję dobre mięso albo rybę na bazarze”. Nic ich nie denerwowało, a to, co mogło denerwować, zamieniały w żart… Chciałoby się z nimi jechać do samego Kijowa, do Londynu, dokądkolwiek, ale one wysiadły we Lwowie.


Na ich miejsce pojawiły się dwie kobiety w dokładnie takim samym wieku. Ale już na pierwszy rzut oka było widać, że są to „schidczanki”. Czyli ze wschodu Ukrainy. Jak wyjaśnić tę różnicę? No, oprócz języka, oczywiście. Bo „zachidczanki” posługują się swoistym ukraińskim, a „schidczanki” swoistym rosyjskim. Ale nawet jeśliby milczały… Ten zachód i wschód wypisane są na ich twarzach. „Schidczanki” były ubrane wyłącznie na szaro-czarno. Na twarzach rysowały się zmarszczka niedowierzania między brwiami i zmarszczka obrazy w okolicach ust. Od pierwszej sekundy denerwowała je czyjaś walizka, przeszkadzała im jakaś kurtka, unikały kontaktu wzrokowego i nie uśmiechały się. Za tą maską – całkowite zagubienie.


Próbują rozmawiać o polityce przy użyciu standardowych fraz postradzieckiego człowieka. Opowiadają o sobie. Całe życie w jednym przedsiębiorstwie. A tu nagle wojna. „To nie jest nasza wina, to nie jest żadna nasza wina. Chcemy spokojnie żyć i pracować”. Ja im wierzę. Próbuję wyjaśnić przyczyny Majdanu, ale słyszę, że tak samo nieprzekonująco wyglądam w ich oczach, jak one w moich.


Jeden raz młodsza kobieta prawdziwie się ożywiła – kiedy zaczęła opowiadać o lwowskich sklepach z cukierkami. Kupiła karmelki w kształcie serduszek, domków… Jej twarz promieniała uśmiechem. To wszystko dzieci – pomyślałam i poszłam popłakać na korytarz.


Po ośmiu godzinach spędzonych w pociągu przekazałam córkę babci i pojechałam na lotnisko. Kupiłam słoninę i wódkę dla aktorów brytyjskich. W samolocie obok mnie siedziała młoda para. Byłam już całkowicie wykończona ludzkimi historiami, ale po jakichś dziesięciu minutach wyjęłam telefon i zaczęłam perfidnie zapisywać ich dialog. Moje ucho wyłapywało pojedyncze frazy i z tych fraz składałam cały dramat. Ona prosiła go, by się do czegoś przyznał: „A ty co, nie masz wstydu, by się przyznać?”, „Przyznaj się teraz, proszę, teraz jeszcze mogę ci wybaczyć”. „Ty po prostu nie rozumiesz, czym ryzykujesz” – manipulowała. Okazało się, że lecą z Dnipra w delegację, bo razem pracują. Ale nie tylko pracują razem, także spotykają się od całych ośmiu miesięcy. Kilka dni temu powiedział jej, że jedzie do Moskwy. Czekała na niego i robiła kanapki na drogę do Londynu. A tu nagle jej mama zobaczyła go na ulicy. „Moja mama ma bardzo dobry wzrok!” – mówiła z naciskiem. On się bronił bez przekonania, obiecał pokazać bilety, ale było oczywiste, że kłamie. „Nie przyznawałby się” – pomyślałam. „Chcę zaufania, stabilizacji” – zawyła dziewczyna. Była trochę przy kości, ale miła. A on – kwadratowy, wyciosany, z małymi rączkami, w garniturze, nieprzyjemny, ale z jakiegoś powodu nieznośnie dla niej miły. Siedział w pozie Rodinowskiego myśliciela, możliwe, że miał ciężkiego kaca. Może dlatego to wyznanie spadło na jej głowę. Tak, do żadnej Moskwy nie pojechał. „Dziękuję, żeś powiedział” – powtarzała. O, oczywiście, dziękuje – miała teraz broń przeciwko niemu, jego udowodnioną winę. Teraz mogła z nim wszystko zrobić. I poszło dalej: „Ty mi przysięgałeś”, „Wszystko przez twoje baby”, „Nie czuję się kobietą, nie będę już za ciebie płacić”. Boże, to ona jeszcze za niego płaciła… Przeżywałam to jak serial w telewizorze. A jeszcze pięknie powiedziała: „Nie jestem w tym wieku, by rozpatrywać każdego, z kim się spotykam, czy to ten na całe życie”. To znaczy w tym momencie on powinien zrozumieć, jaką wolną, niezależną i pożądaną przez innych kobietę może zaraz stracić. Potem trzymali się za ręce. Ona powiedziała, że już więcej nie pojedzie do Moskwy. Miasto to kojarzy się jej teraz z jego zdradą. Tutaj jakiś szowinista powiedziałby coś o kobiecej logice, bo zdradzana była w Dniprze. Ale ja to przemilczałam. Dla mnie było to jakimś pozytywnym finałem.


Potem wysiadłam na lotnisku Luton i zagubiłam wśród ludzi, którzy mówią obcym językiem i których nie rozpoznaję, pozostawiwszy w luku bagażowym i wschód, i zachód mojego niedojrzałego kraju.

 

tłum. Anna Korzeniowska-Bihun
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij