Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
4/2018
Emocja miesiąca: Mój mąż nie czyta po polsku
autor: Natalia Worożbyt
Emocja miesiąca: Mój mąż nie czyta po polsku
foto: Kateryna Hornostaj

Znów mi się śnił ten mój były. Zaglądał do okna sypialni na wsi, gdzie już od dawna nie śpię, ale spałam w dzieciństwie i młodości. Na rękach trzymał dziecko. Zrozumiałam, że nie nasze. Jednak patrzył na mnie z taką miłością i zachwytem, że gotowa byłam pokochać to dziecko innej kobiety. Potem dziecko gdzieś przepadło i to ja siedziałam u niego na rękach i powtarzałam mu na ucho: „Kocham ciebie, kocham ciebie”. Takie proste i słodkie było to wyznanie, a on słuchał, jakby je spijał…


Często mi się śnią moi byli. Nie tylko ten. W ciągu długiego niestabilnego życia zebrałam sporo byłych. Prawie ze wszystkimi utrzymuję dobre relacje w życiu i na Facebooku. Oni lajkują moje posty i fotki, składają życzenia urodzinowe. I do tego przychodzą w snach. Czasem są to koszmary. Na przykład śni mi się, że z jakichś tam powodów muszę wrócić do byłego męża. Tak po prostu wrócić i prowadzić rodzinne życie jak wcześniej. Spać razem. I robi mi się tak strasznie i żal mi się robi siebie samej. Taka chandra mnie wtedy dopada, że kiedy się budzę i widzę obok swego obecnego męża, śmieję się z ulgą i go całuję.


Ale dzieje się tak nie wtedy, kiedy śni mi się ten były, który śni mi się częściej niż inni, bo jest ostatnim byłym, a może nie tylko dlatego. Czasem wydaje mi się, że jest tylko częściowo były i jakby trochę obecny, choć mam teraz męża, którego kocham, słowo honoru – kocham i szanuję. Ale kiedy śni mi się ten były, robi mi się ciepło na sercu i w brzuchu. I kiedy się budzę, nie całuję swojego męża. Cicho leżę i wspominam sen. A kiedy budzi się mąż, robię się czułą larwą i przynoszę mu kawę do łóżka, bo czuję się winna.


Ostatni były często zjawia się przejazdem w Kijowie. Czasem się spotykamy i idziemy na obiad czy kolację. Zabiera mnie wielkim chłopackim samochodem. Wiezie tam, gdzie można zjeść dużo mięsa. Patrzę, jak je i mamy przed sobą kilka godzin. Uczymy się rozmawiać. Prowadzimy dziwne rozmowy o niczym albo o czymś szczególnie ważnym. Ale zawsze są niedokończone. Mówimy „A” i nigdy „B”. Wstydzimy się rozmawiać, ale pragniemy szczerości i zaufania. Prawie to osiągnęliśmy. Nie to co trzy lata temu. Trzy lata temu byliśmy wystraszeni i zaczarowani sobą. Zamiast mówić, mruczeliśmy i charczeliśmy. Baliśmy się chlapnąć coś za dużo. Uczucia i napięcia sprawiały, że tłukliśmy się łbami. Aż iskry leciały i wszystko wokół pięknie płonęło. Szczerze mówiąc, kiedy się rozeszliśmy, miałam poczucie, że uniknęłam śmierci.


A teraz spokojnie jemy razem kolację, trzymając się za ręce, jakby wszystko było przed nami, choć w rzeczywistości jest za nami, a już zupełnie szczerze – nikt nie wie, jak to zaklasyfikować – jako przeszłe, obecne czy przyszłe.


Potem odwozi mnie do domu, zatrzymuje się przy sąsiedniej klatce i nie chce całusów w policzek. Patrzy w bok i mówi: „Idź już wreszcie”. I gdy dotykam jego prawego ucha, wychodzi mi rozmazany kretyński pocałunek. Idę do domu i boję się ciężkiej rozmowy z mężem, który generalnie wie o naszych spotkaniach. Za każdym razem obiecuję sobie, że zacznę kłamać, by nie szarpać ani jemu, ani sobie nerwów. Choć nie, raz jednak skłamałam, a dokładniej, nie powiedziałam o naszym spotkaniu, zdarzyła się okazja, by nie mówić… I jestem spokojna, jeśli chodzi o to spotkanie, jakby go w ogóle nie było, bo nikt o nim nie wie. Prócz dwojga byłych, którzy się spotkali. A tak nie kłamię, tylko wściekle wyznaję mężowi – tak, zjedliśmy razem obiad, cóż w tym takiego. Nie mówię o ciepłych wieloznacznych spojrzeniach i lekkich muśnięciach ust, milczę o niespodziewanych mocnych uściskach. O magnetyzmie, który został gdzieś pod skórą, który ciągnie mnie do niego, a jego do mnie. O zapachu, który niepokoi mnie, tak jak trzy lata temu. Trzy lata temu bałam się, że zabiją go na wojnie, bałam się, że się ożeni, bałam się kochać go zbyt długo. Wszystko, co najgorsze, wydarzyło się. A teraz jemy chinkali w restauracji gruzińskiej i zniżamy się do malutkich niedozdrad. Pożar zamienił się w ciepły ognik i kiedyś pewnie zgaśnie.


Z byłym nie widzieliśmy się od kilku tygodni. Ot, zaraz napiszę do niego, niby mam jakąś sprawę. Zawsze sama do niego piszę, wiem, że on pierwszy nie zacznie. To świadczy o braku pewności siebie. Ale od razu odpowie. Przewiduję jego oschłą i krótką odpowiedź – jeśli człowiek nauczył się kiedyś dusić emocje, nigdy ich z powrotem nie uwolni. A ja tym mailem wypuszczam w eter zapotrzebowanie na wyraźne uczucie – szczęście i strach to szczęście utracić. Bo tylko szczęśliwa kobieta może sobie pozwolić na takie zabawy. Przypominam sobie moje poprzednie związki – były ciężkie i trudne, zatapiałam się w nich po samą szyję i nigdy nie wystarczało mi natchnienia do innych. A teraz mam takie natchnienie, powietrze, czas i pewność, że wszystko mi się upiecze. Dzięki temu, który dał mi tę pewność. Obecnemu, a nie byłemu. Dobrze, że on nie czyta po polsku. Były właśnie odpowiedział na mój list. Wiecie jak? Postawił znak „+”. Po prostu plus. To niby znaczy „tak”. Niby malutki tlący się ognik, na który lekko podmuchałam.

 


tłum. Anna Korzeniowska-Bihun
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij