Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
5/2018
Michel de Ghelderode
autor: Włodzimierz Szturc
foto:

Kiedy rozpoczynałem pisanie felietonów z cyklu Gen wyobraźni, chciałem najpierw przedstawić osobność i drapieżną ciemność sztuki Michela de Ghelderode’a. Od niej prowadziły tajemne korytarze w stronę teatru Kantora. Może więc czas – na zakończenie cyklu – napisać o wyobraźni flamandzkiego dramaturga.


Gandawa położona wśród kanałów ze stojącą wodą, do której opadają zwiędłe liście drzew, miasto z ciemnymi i groźnymi, zwłaszcza wieczorem, murami i wieżami klasztorów, kościołów, beginaży i warowni, z zamkiem hrabiów Gravensteen, gdzie ciągle słychać jęki torturowanych od tysiąca lat ludzi – to miejsce Ghelderode’a. Wszystko tu jest ciężkie, posępne i zamroczone piwem o piekielnych i lucyferycznych nazwach. Z wilgotnej ciemności dochodzą krzyki i wrzask z wielu tawern i nocnych knajp. Flamandzkie słowa opadają na bruk jak nieforemne skały. Głosy ludzi przypominają piłowanie metalu, a czasem rechot odbijający się w studni.


Ciemność miasta i ciemność jego mieszkańców. Twarze podobne do tych malowanych przez Gustave’a De Smeta – wyciosane z drewna, o mocno zaciśniętych szczękach, gotyckie. Miasto jest bardziej słyszane niż widziane. Stanowi zamknięty w ramach gotyckiego centrum pejzaż akustyczny.


W takiej Gandawie żył Michel de Ghelderode. Mówiono, że z mieszkania w wysokiej i starej kamienicy wychodził dopiero wieczorami. Że z trudem oddychał z powodu astmy. Widziano go, jak płacze na pogrzebach osób, których nawet nie znał, a na pogrzeby chodził bardzo często. Opowiadano, że w zakamarkach swojego długiego czarnego płaszcza chował złapane koty, które nagle uwalniał, wywołując lęk przechodniów lub bywalców tawern. Miał opowiadać cichym zachrypłym głosem o nieznanych nikomu królach i kardynałach, o wyprawach czarnych rycerzy i ćwiartowanych skazańcach. Wiedziano, że do swojego mieszkania nikogo nie wpuszcza, poza pewną sekretną kochanką, o której też nikt nic nie wiedział. Rozchodziły się plotki, że pisze sztuki teatralne, ale nie po flamandzku, lecz po francusku. Niektórzy, nawet redaktorzy radia flamandzkiego, mieszali jego nazwisko z Calderonem, bo brzmiało podobnie.


W duchowym centrum Gandawy jest katedra św. Bawona z dziełem van Eycka. Scenę Zwiastowania, jedną z wielu scen tego skrzydłowego ołtarza, oświetla wpadająca z prawej strony obrazu, zarazem od strony rzeczywistego okna kaplicy, wielka jasność. Na ścianie pokoju, w którym znajduje się Maria, artysta namalował małe okienko, przez które wpada inne światło: boskiego spojrzenia. Okienko jest intensywnie jasne i jego światło rozjaśnia przestrzeń pokoju pełnego typowych domowych sprzętów. Jednak prawdziwe i olśniewające przeniknięcie tego światła w przedstawiony przez malarza świat dokonuje się dopiero w centrum ołtarza: Adoracji Baranka. W nierealnym pejzażu stoi Baranek Boży, do którego modlą się aniołowie i którego adorują zebrani po dwóch stronach ludzie różnych stanów, różnego wieku, różnych powołań. Na zielonej murawie stoją wszyscy. Każdy jest zbawiony.


W centrum świata Ghelderode’a był jego pokój z ciągle zasłoniętymi oknami. Na środku stał skromny drewniany stół pełen papierów, piór i ołówków. Obok stołu pisarza stał manekin krawiecki, prosty i zgrzebny. Z szafy wyglądały główki lalek i marionetek. W nieuporządkowanych ubraniach czaił się pośpiech i lęk przed wyjściem z mieszkania. Pokój stał się pejzażem wewnętrznym artysty. W tym pokoju wyobraźni tworzyły się historie błaznów i królów, jałmużników i bogaczy, Fausta i Mefistofelesa, Karola V i jego okrutnego syna Filipa II. Wzniosłe światło wiary i ciemność gandawskich piwnic, anielskie głosy i chrapliwy flamandzki głos spajały się w jedną, choć schizomorficzną, całość. Jasne i mroczne zarazem średniowiecze było naturalną przestrzenią wyobraźni pisarza.


Upodobanie do marionetek flamandzkich, pasja dzielona z innym Flamandem, Maurice’em Maeterlinckiem, przejawia się właściwie w każdej sztuce Ghelderode’a. Nie tylko w obsadzaniu marionet w rolach aktorów, jak w Le soleil se couche, ale też w sposobie działania postaci, które nie wychodzą poza formalny kontur, który narzucił im autor. Wystarczy przypomnieć Escurial lub Szkołę błaznów, by dostrzec w tej dramaturgii cechy okrutnego komiksu lub Biblii Pauperum. Postaci dramatów, określone mocną gotycką linią, zamykają się w swoich kostiumach, a jeżeli odnajdują prawdę o sobie, to w lustrach zdradziecko czuwających nad ich ironicznym losem. Lustro, tafla iluzji, jest u Ghelderode’a jak rozświetlone boskie okienko z Ołtarza Gandawskiego.


Kiedy Arthur Rimbaud, zapewne zmęczony obecnością Verlaine’a, który pokazywał mu dzieło van Eycka, uciekał pociągiem z Belgii do Paryża, napisał wiersz Mystique. To, co pozostało z wielkiego dzieła, to pasmo tęczowych smug, rozciągniętych w przestrzeni kolorów za oknem pociągu. I mimo wysiłków flamandzkiego malarza Rimbaud przedstawił podział na zbawionych i potępionych. Potępieni to ci, którzy używają przemocy. Zbawieni to ci, którzy widzą światło i wierzą w postęp.


Rimbaud był jednak wówczas bardzo młody.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij