Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
7/2018
Emocja miesiąca: Ojczyste ruiny
autor: Natalia Worożbyt
foto:

W czasie podróży często spotykam moich rodaków, który kiedyś podjęli decyzję o wyjeździe z Ukrainy. Rozpoznaję ich dość szybko, nawet nie zdążą otworzyć ust. Najczęściej chwalą się nowym życiem, jego przewagą nad życiem na Ukrainie. Ale nigdy nie wyglądają na szczęśliwych i pewnych. Zawsze mają kompleks niższości – i jest to nie do zniesienia.


Po raz pierwszy zobaczyłam Ukraińców bez tego kompleksu całkiem niedawno, zgadnijcie gdzie. Wyglądają i zachowują się jak poważni, pełnowartościowi obywatele kraju, gdzie ich opinia ma wagę i znaczenie. Zachowują się godnie i przypominają jakichś Szwajcarów w Szwajcarii. Ukraińcy w Kanadzie to coś niesamowitego.


Moja Kanada rozpoczęła się kiedyś dawno w Zaporożu. W dzieciństwie miałam koleżankę Tanię Koszow. Spotykałyśmy się tylko latem na wsi, dokąd ją i brata przywozili rodzice do dziadków. Miałyśmy wspólną morwę, która wyrosła prosto na parkanie. Ja nazywałam ją „moja”, a Tania nie protestowała. Kiedy bawiłyśmy się w „panią i służkę” – ja zawsze byłam panią, a ona służką.


Kiedy przyjeżdżała koleżanka z innego sąsiedzkiego podwórka, Inna, zaczynałam się bardziej kolegować z nią – ona uczyła mnie złych rzeczy. A Tańce razem dokuczałyśmy. W dodatku Tańkę lubiła moja mama, bo była delikatnym i grzecznym dzieckiem. To bardzo wkurza, kiedy twoja mama lubi kogoś prócz ciebie. Nazywaliśmy Tańkę lizuską i donosicielką. Ona płakała, ale wszystko nam wybaczała i biegała za nami.


Potem Tania podrosła i w czasie jednych wakacji zakochała się w miejscowym lowelasie Hryszy. Hrysza od czternastego roku życia uwodził dziewczyny – przyszła kolej także na Tanię. W przeciwieństwie do innych Tania kochała go szczerze i na zabój.


Sasza, jej brat, w tym samym czasie zakochał się w córce sąsiadów Łarysie, za co został mocno pobity przez miejscowych. Długo szukaliśmy go po ciemnej łące, aż znaleźliśmy całego we krwi, z wybitymi przednimi zębami. Na całe życie zapamiętałam jego niewyraźne „Ja lublu jejo, pust’ ubjut menia” – Koszowowie mówili po rosyjsku. Łarysa pracowała jako dojarka na fermie i na krótko została gwiazdą wsi. Ale to lato zakończyło się tak samo jak wszystkie poprzednie, Koszowowie powrócili do Zaporoża, Łarysa na fermę, a Hrysza do nowych dziewczyn.


Niebawem dowiedzieliśmy się, że rodzina Koszowów wyemigrowała do Kanady. Z Łarysy podśmiewano się, więc wyjechała na Daleki Wschód pracować jako kucharka na statku. Przez kilka lat wypływała w morze, a potem przyszło dla niej zaproszenie z Kanady. W ten sposób została żoną kanadyjskiego policjanta Saszy. Tak dla niej zakończyła się letnia przygoda z chłopcem z Zaporoża. Miejscowi nazwali to krótko „wyjazd do Kanady” i zazdrościli. Lato za latem mijało bez nich. Babcia i dziadek dawno umarli. Chata się waliła, podwórko zarastało chwastami.


Nagle pewnego lata Sasza i Łarysa wrócili z anglojęzycznymi dziećmi, Tania z kanadyjskim mężem i dziećmi, ich rodzice… Byli nie do poznania. Bardzo spokojni i rozważni. Mówili w pięknym, ale obcym języku ukraińskim, wyglądali jak potężny klan rodzinny z meksykańskiego serialu. Miejscowi nazwali to krótko „wyszli na ludzi” i zazdrościli. Chociaż powód przyjazdu był smutny – ich ojciec umierał na raka i przywieźli go, by się pożegnać. Ale jak oni się żegnali! Ubierali go w białą koszulę i wozili po krewnych i znajomych, dawali wszystkim prezenty, wszędzie urządzali przyjęcia, spokojnie mówili o przyszłej śmierci. Można ich było zobaczyć na łące, w lesie, nad rzeką. Żegnał się z krajobrazami swojego dzieciństwa, z ludźmi ze swojego dzieciństwa. Wyglądało to bardzo uroczyście i wzruszająco.


Po roku znów przyjechali, ale już bez ojca, i przywieźli gruby album fotograficzny. Znów chodzili po krewnych i znajomych i go pokazywali. Był tam pełny raport z pożegnania – tu ojciec na łożu śmierci, a wokół niego cała rodzina. Tu ojciec umarł i leży w trumnie, ubrany w wyszywankę, wokół niego cała rodzina. Tu ojca żegna pop, tu go chowają, a tu jego grób. A tu jego teraz pusty pokój i puste łóżko. Patrzyliśmy i dziwiliśmy się. Przyzwyczailiśmy się do tego, by się wstydzić śmierci i głęboko chować ból i wspomnienia.


Po tych wakacjach Tania wróciła do Kanady w ciąży i urodziła trzecie dziecko, mówią, że Hryszy. Każde z nich na swój sposób zabrało tam kawałek Ukrainy. Przed wyjazdem zaproponowaliśmy Koszowom, by sprzedali nam swoje podwórko, czy choć jego część. Ich dom dawno zamienił się w ruiny, przyroda przejęła wszystko. Odmówili. „Będziemy czasem przyjeżdżać i patrzeć na nasze ruiny”.


Tego lata moja Kanada rozszerzyła się – po raz pierwszy tam byłam. Spotkałam się z ukraińską diasporą i w każdym z nich poznawałam naszych Koszowów. Silnych, poważnych, godnych i dobrych ludzi o mocnych korzeniach. Przez ostatnie lata trwa wojna – oni bardzo pomagają Ukrainie.


Mój przyjaciel zapytał: „Jeśli oni tam są tacy wspaniali, może sprowadźmy ich z powrotem na Ukrainę? Żeby wszystko tu zorganizowali jak w Kanadzie”.


„Chyba tylko za pomocą stalinowskich czy hitlerowskich metod uda się ich tu przygnać” – niewesoło zażartowałam.


Mimo całej miłości i tęsknoty do Ukrainy, albo właśnie dzięki niej, bardzo się rozczarowują, kiedy widzą, jak się ona zmienia, nawet na lepsze. Lepiej przyjechać i popatrzeć na ruiny, niż zupełnie jej nie poznać.


tłum. Anna Korzeniowska-Bihun
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij