Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
4/2019
Widok z Koziej: Jak Hitler
autor: Jacek Kopciński
Widok z Koziej: Jak Hitler
foto: Zuzanna Waś

Kiedy 30 kwietnia 1945 roku Adolf Hitler umierał w berlińskim bunkrze, miał na sumieniu prawie dwanaście milionów cywilnych ofiar stworzonego przez siebie reżimu. Połowę z nich stanowili Żydzi, których dwadzieścia lat wcześniej autor Mein Kampf porównywał do pasożytów. Właśnie wtedy, od publikacji napisanego w więzieniu manifestu politycznego, rozpoczął swoją obłędną walkę o czystość rasy germańskiej i dominację narodu niemieckiego. Do 1938 roku ukazało się cztery miliony egzemplarzy Mein Kampf, drukarnie pracowały jednak bez przerwy, i gdyby ofiary nazistów nie były palone czy zagrzebywane w leśnych dołach, ale chowane w trumnach, do każdej z nich można by włożyć książkę Hitlera.


Siedemdziesiąt lat od wydania drugiej części, Mein Kampf znalazła się w domenie publicznej i teraz może przeczytać ją każdy użytkownik Internetu. Stosowny przepis zakazuje jedynie rozpowszechniania zawartych w niej treści, pozwalając na to jedynie naukowcom, nauczycielom i artystom. Teatr Powszechny, który do kilku tygodni gra przedstawienie oparte na tekście Mein Kampf, jest więc w prawie, pytanie jednak: jaki sens ma ta inscenizacja?


Na stronie teatru, a także w licznych wywiadach udzielonych przez twórców spektaklu znajdziemy obszerne uzasadnienie zaskakującej decyzji repertuarowej teatru. Zasadniczo sprowadza się ono do jednej myśli: w Polsce odradza się ideologia narodowego socjalizmu. Nie chodzi już tylko o marginalne, choć groźne ugrupowania w rodzaju ONR, ale o partie głównego nurtu politycznego. A także znaczną część wyborców, którzy świadomie lub nie reprodukują poglądy bliskie lub identyczne z formułowanymi przez Hitlera. Opis spektaklu, w którym wspomina się i Marsz Niepodległości, i obecność symboli nacjonalistycznych na mszach w kościołach w Polsce, kończy się następująco: „Być może społeczny pejzaż sprzyjający odrodzeniu idei narodowego socjalizmu jest szerszy, a nasze osobiste uwikłanie w ten proces większe, niż myślimy”.


Trudno podważać fakty: na marszu w Warszawie obecne są grupy „nazioli”, a ich hasła w rodzaju „Biała siła” biją po oczach; w niektórych parafiach można też kupić wydawnictwa głoszące rasową nienawiść. Dodajmy do tego napaści na obcokrajowców, marsze ONR, wypowiedzi uczestników audycji Radia Maryja, akcje performerskie pewnego antysemity, niedopuszczalne wypowiedzi kilku publicystów, a ostatnio internetowe „kazania” byłego księdza-nacjonalisty. Czy wszystko to świadczy jednak o tym, że w Polsce – i w naszych umysłach – rzeczywiście odradza się idea narodowego socjalizmu?


Twórcy Mein Kampf w Powszechnym nie zdołali mnie do tego przekonać. Adaptacja uwzględnia jedynie część książki Hitlera, ale nawet z tych kilkunastu scen łatwo się zorientować, że najważniejsze pierwiastki ideologii nazistowskiej w naszym polskim „pejzażu” występują wyłącznie na zasadzie ekscesu. Żadna poważna partia nie głosi tu idei społecznego darwinizmu, nierówności ras czy konieczności rozszerzania „przestrzeni życiowej” Polaków, żadna też nie posługuje się w debacie publicznej antysemityzmem, w ideologii nazistowskiej na stałe zrośniętym z antybolszewizmem. Nie znam też poważnych wykładowców, artystów, dziennikarzy, księży, którzy w swoich wypowiedziach odwoływaliby się do tego typu koncepcji. Czemu więc ma służyć performowanie manifestu politycznego Hitlera w Powszechnym?


„Analizując język i narrację Hitlera, zadajemy sobie pytanie o język współczesności i mowę nienawiści. Pytamy, ile musiało paść słów, zanim doszło do Holokaustu oraz ile jeszcze musi ich paść, żeby historia się powtórzyła” – czytamy. Mein Kampf ma więc działać jak skaner prześwietlający myśli, słowa, przeświadczenia wszystkich Polaków. Teatralna maszyna idzie w ruch, pojedyncze wyrazy i całe frazy – użyte w innym czasie, w innym kontekście, z inną intencją i w innej sprawie przez człowieka, który znieprawił język, podporządkowując go swojej zbrodniczej ideologii – zaczynają brzęczeć nam w uszach niczym dzwonek ostrzegawczy. Gdy aktorzy mówią o „sztuce zdegenerowanej”, w ich głosie mamy usłyszeć głos krytyków licznych dziś manifestacji artystycznych, które polegają na krytycznej profanacji, i uznać je za „faszystowskie”. Gdy tłumaczą, jak szkodliwe dla rozwoju narodu niemieckiego są środki antykoncepcyjne, „hitlerowska” okazuje się postawa Kościoła katolickiego w sprawie prezerwatyw i pigułek. Gdy wreszcie na scenie pojawia się temat reprodukcji rasy aryjskiej, mamy go skojarzyć z programami socjalnymi PiS i oczywiście dostrzec w nich pierwsze symptomy „nazizmu”.


Aktorzy dwoją się i troją, by nas o tym zapewnić – znaczącym spojrzeniem, intonacją, gestem – a jednak spektakl spotyka się raczej z chłodnym przyjęciem. Nawet lewicowi krytycy zauważyli, jak uproszczoną metodą posłużył się reżyser. A przecież była szansa na poważniejszą, a zarazem bardziej przejmującą analizę diatryby Hitlera. W pierwszej części najlepsza na scenie Klara Bielawka przejmująco opowiada o tym, jak w umyśle przyszłego dyktatora rodzi się antysemicki obłęd – i oto przedstawienie zyskuje nagle dramatyczną głębię. Szkoda, że tylko na chwilę. Plakatowe i nudne Mein Kampf niczego nowego przed nami nie odkrywa, za to sporo nam wmawia.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij