Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
9/2013
Zakaz fotografowania: Namiot tlenowy
autor: Zyta Rudzka
Zakaz fotografowania: Namiot tlenowy
foto: Zuzanna Waś

W sierpniu drugiego roku stanu wojennego pracownice hali maszyn Akademii Wychowania Fizycznego dostają urlop i matka zabiera mnie tramwajem do Lasku Bielańskiego, naszego prywatnego kurortu. Chodzimy na Polkową Skałkę, gdzie spotykamy inne maszynistki. Wszystkie z popsutym wzrokiem, szarymi zębami, z dziećmi, szpetnymi, nienawykłymi do obecności ojców.
To tam matka zaczyna przemawiać, opuszczając gromadę milczków, do której spolegliwie przynależy przez cały rok. Opowiada dużo, ni to uśmiechnięta, ni wykrzywiona z bólu, wymachując rękoma, zachłystując się słowami, niecierpliwa gawędziarka, chaotyczna tłumaczka. Rok w rok ciągle o tym samym. Jednak wszyscy słuchamy uważnie, niektórzy z otwartymi ustami, z oczami śliskimi od zachwytu, z gęsią skórką.
– To miejsce to Jolibord, z francuska: piękny brzeg. Król Jaś podarował je królowej Marysieńce i właśnie od tego bierze swoją nazwę Żoliborz. Ale Jolibord lepiej się wymawia, prawda? Jest w tym słodycz, rozkaz, nakaz miłostki. A Żoliborz, sami słyszycie, trzeba, wprost musi się to wymawiać szybko, niechlujnie, byle jak, twardo. Jolibord…
Głos matki staje się niedomowy, wyjściowy, pralinkowy. Cała Francja, jaka mogła być nam darowana za komuny.
Niebieska sukienka na jej ramionach zlewa się z żyłkami nieba. Matka przypomina wyrób czekoladopodobny. Chrupiącą jak torcik wedlowski, marionetkę opuszczoną na trokach z nieba z tamtejszego teatru kukiełkowego. Zapiera dech w piersiach jeszcze lepiej niż bajeczne i pierroty w paczce świątecznej od rady zakładowej.
Przedstawienie na Skałce trwa parę minut, nagle chmura jak kurtyna zasłania słońce, zamazuje gesty, wpycha matce cielesność, twarz z ostrymi sznytami rysów, garbaty nos, polip nad łukiem brwiowym. Niech sobie samą siebie weźmie z powrotem; małą chudą postać z klocowatymi nogami, sino napuchniętymi od upału, już napoczętymi sczeźnięciem, jakby przyklejonymi od staruchy do młodego ciała.
Kiedy po kilku godzinach wracamy do domu, tylko my dwoje, ja i ona, stępa niczym udręczone konie, głos matki odmienia się. Przestaje być Jolibord, jest już jak Żoliborz, szczególny gardłowy ton, szybki, twardy, rozkazujący szelest przy wymawianiu niektórych głosek.
Matka powtarza prawie krzycząc:
– Ale żeśmy się dotlenili, ale żeśmy się dotlenili. Ale żeśmy!
Chce w ten sposób zagłuszyć przywołujące ją z krzaków głosy zboczeńców:
– Daj cipkę, daj, cipkę-pipkę, daj.
Zadzieram głowę. Blada twarz maszynistki nabiera nieregularnych buraczkowych rumieńców. Mimowolne zmrużenia oczu. Pochyla kark, a cienki kreton sukienki uwypukla zwyrodniałe kręgi na szyi, zapadnięty brzuch. Grzęźnie w czwartej dekadzie życia. Śliskie jaszczurze szepty dochodzące z krzaków są jedynymi głosami męskimi, które słyszy tego lata.
– Ale żeśmy się dotlenili! Ale żeśmy!
Mamrocze i krzyczy na przemian, dopóki nie wydostajemy się na skraj lasu. Siadamy na przystanku wyglądającym jak katafalk, jak zbawienia czekając tramwaju. Dostępujemy do pierwszego wagonu, gdzie spełnia się moje marzenie: być cieniem motorniczego.
Potem jest koniec lata, zawsze nagły wrzesień. Matka wraca z pracy i zaczyna pracę. Pisze od czwartej, całe wieczory, do jedenastej. Przepisuje, boi się sąsiadów, pisze, stukają szczotkami w ściany i kaloryfery, pisze uparcie jak dzięcioł, składa koc na czworo, podkłada pod maszynę, żeby było ciszej, stukają.
Idę do kuchni, wspinam się na palce, otwieram szafkę, grzebię w środku, wybieram garść cukru i już zaraz, klęcząc pod parapetem, patrzę, jak rdzawe ciałka faraonek pokrywają mleczny słód. Mrówki to pies, którego matka mi obiecuje.
Kładę się spać do wnęki. Przywołuję sen, powtarzając w myślach:
– Kto śpi od ściany, ma gar śmietany, z brzegu – gówno na śniegu, a kto w środku – gówno po kotku.
Matka zasypia pierwsza. Wyczerpanie przychodzi nagle i gwałtownie. Wsuwa się głębiej w krzesło, rozstawia kolana, wreszcie, już somnambulicznie, nałoży papier na klawiaturę pod twarz, schowa się w ramionach.
Przyczajone na karniszach myszy chichrają się, jak ich zła pani śpi na siedząco, obejmując maszynę do pisania. Śpi głośno, chrapliwie, bezsennie.
W domu jest wszystko, co ludzie przyniosą: prace magisterskie, akademickie i z technikum obróbki skrawaniem. Jest przez to taka mądra. Ma co do tego pewność, choć matka rzadko się odzywa, na jej gadulstwo muszę czekać do następnego lata.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij