Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2013
Widok z Koziej: Celuję kichanie
autor: Jacek Kopciński
Widok z Koziej: Celuję kichanie
foto: Zuzanna Waś

Jadąc pociągiem do Krakowa na premierę Do Damaszku, zajrzałem do sztuki Strindberga i z przerażeniem stwierdziłem, że ten rzadko wystawiany dramat o ludzkim piekle (w stacjach!) powstał w 1898 roku. A więc ma już sto piętnaście lat – pomyślałem – ile trzeba mieć odwagi, żeby go dziś zainscenizować? Wiedziałem jednak, że Jan Klata znajdzie sposób na historię Nieznajomego. Znajdzie i uczyni ją znośną.


U Strindberga w pierwszej scenie Nieznajomy stoi na ulicy i czeka na otwarcie poczty. Chce odebrać list, w którym spodziewa się znaleźć trochę pieniędzy. Stoi więc i spokojnie czeka, ale kiedy przychodzi Pani, od razu zaczyna się gorączkować: „Od czterdziestu lat na coś czekam. Zdaje mi się, że to, na co czekam, nazywa się szczęściem, a może to tylko koniec nieszczęścia”. Niezłe, co? Trudno się dziwić, że Pani już macha na taksówkę. Ale facet brnie dalej: „Jestem tu w obcym mieście, nie mam żadnych przyjaciół, a moi nieliczni znajomi wydają mi się zupełnie obcy, a nawet wrodzy”. Kobieta jeszcze się broni: „Wszędzie wrogowie; wszędzie samotny! Dlaczego odszedł pan od żony i dzieci?”, za chwilę jednak mięknie: „Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam człowieka, który od pierwszego spojrzenia wzruszałby mnie do łez…”. Ale kicz – choć to Strindberg!
 

Kiedy więc w spektaklu Nieznajomy wjechał na scenę szpanerskim rowerkiem z jednym kółkiem, bardziej odetchnąłem z ulgą – dawno nie widziałem większego kabotyna. U Strindberga Nieznajomy był oczywiście poetą. Wystarczy? Poetą i rewolucjonistą, pisał książki, które niejednemu i niejednej przewróciły w głowie. Dobrze chociaż, że smutny August ich nam nie zacytował, tylko szybko zabrał swojego bohatera z ulicy i zaprowadził do domu wariatów. U Klaty poeta jest radykalnym muzykiem-performerem, co przyjąłem z radością, bo zamiast bredzić o buncie, szura ręką po podłodze i mruczy pod nosem ulubione kawałki. Pani patrzy na niego z politowaniem, bo wie, że to świr. Fajna jest ta Pani. Owszem, czasem zagląda do kościoła, ale nie na serio, mówi coś o losie, ale sama w to nie wierzy. Zagląda i mówi dla zabawy, i w końcu tak rozluźnia Nieznajomego, że ten zaczyna szczekać.


Tak, szczekać. U Strindberga Nieznajomy stale na coś czeka: stoi i czeka, siedzi i czeka, gryzmoli palcem na piasku i dalej czeka. Nieznośne jest to czekanie. A u Klaty – szczeka. Dosłownie i donośnie, razem z Panią i osobno, na całe gardło i cały Stary Teatr. I nie jest to żaden symbol! Szczekanie, które wzięło się tu z gadania, to tylko spontaniczny dowcip zwany dziś sucharem, bez którego całe to senno-metafizyczne truchło Strindberga rozpadłoby się od nadmiaru patosu. Że sam pisarz groteskowo poodwracał motywy snu Nieznajomego (co tak pociągało Witkacego), o to mniejsza. Zaśmiewałem się do łez na widok szczekającej pary i od razu mi się przypomniało, jak mój jeden kolega napisał kiedyś do dziewczyny esemesa i zamiast „całuję kochanie”, wysłał jej „celuję kichanie”. Ale była heca!
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij