Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
1/2014
Polityka emocji w teatrze
autor: Paweł Wodziński
Polityka emocji w teatrze
foto: Zuzanna Waś

Przykro mi, nie wierzę, niestety, w szczerość emocji publiczności, nie robią na mnie wrażenia wybuchy niezadowolenia, nie przekonują mnie również spontaniczne gesty protestu. Dawno zrozumiałem, że są one najczęściej efektem rozmaitych politycznych kalkulacji, realizowaną na zimno strategią polityczną. Ilekroć w teatrze, w muzeum czy w galerii sztuki współczesnej dochodzi do gwałtownej demonstracji poglądów lub ma miejsce akcja protestacyjna, obserwuję to ze spokojem, wiedząc, że mam do czynienia raczej z politycznym performansem niż z prawdziwym wyrazem sprzeciwu. Gniew, wzburzenie, okrzyki to jedynie elementy rzeczywistości symulakrycznej, w którą wierzyć wypada jedynie ludziom naiwnym, nieświadomym mechanizmów politycznych procesów.


Pierwsza fala sprzeciwu wobec spektakli teatralnych oraz wystaw sztuki współczesnej miała miejsce na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Zniszczenie instalacji Maurizio Cattelana w Zachęcie, wytoczenie procesu Dorocie Nieznalskiej, protesty wobec spektakli opartych na tekstach brytyjskich dramatopisarzy, choć wówczas wydawały się gestami oporu wobec naruszania przez twórców utrwalonych norm estetycznych, nie były niczym innym, niż cynicznym uprawianiem polityki. W związku z postępującym rozpadem Akcji Wyborczej Solidarność, gwałtownym spadkiem notowań partii prawicowych, poszczególne środowiska polityczne składające się na AWS, tworząc nowe partie (wówczas w 2001 roku powstała zarówno Platforma Obywatelska, jak i Prawo i Sprawiedliwość), musiały zaznaczyć swoją odrębność, znaleźć swój tożsamościowy wyróżnik. Instytucje kultury były wdzięcznym przeciwnikiem. Performatywne akcje sprzeciwu od razu zyskiwały konieczny w działalności politycznej rozgłos, protesty wobec działalności artystycznej nie powodowały żadnych negatywnych konsekwencji politycznych, a efekty tych działań – zdymisjonowanie ówczesnych dyrektorów instytucji kultury czy wysłanie artystki na ławę sądową – w błyskawicznym tempie budowały markę skutecznego polityka temu, kto walczył na pierwszej linii ideologicznego (jak się wtedy wydawało) sporu. Polityka emocji, prowadzona poprzez wywoływanie lęku wobec działań artystów, odniosła wówczas swoje pierwsze w III RP sukcesy.
Gdy przyglądam się dzisiejszym akcjom protestu, nie wierzę, że chodzi w nich o idee, o wartości estetyczne, o rzeczywisty spór programowy, że nagle teatr czy sztuki wizualne stały się ważne dla jakiejś części publiczności. Nie, nie stały się ważne, dalej są traktowane instrumentalnie, tym bardziej że podobnie jak wtedy mamy dziś do czynienia z dekompozycją politycznej sceny.


W ciągu ostatnich tygodni powstały nowe partie (Nowa Prawica, Polska Razem, Ruch Narodowy), będące zagrożeniem dla istniejących gigantów, a każda z nich szuka i szukać będzie w najbliższych miesiącach, zwłaszcza tuż przed przyszłorocznymi wyborami do Parlamentu Europejskiego oraz wyborami samorządowymi, mocnego przekazu, pozwalającego wyborcom na zapamiętanie ich logotypu. Im więcej emocji potrafią wyzwolić nowo powstałe partie – ich przedstawiciele i akolici – tym bardziej zostaną zapamiętane. Im żywszą reakcję wzbudzą dotychczasowi protagoniści politycznej sceny, tym większą szansę będą mieli na zachowanie swego stanu posiadania. Akcje protestu wobec działań kultury, dziedziny niszowej i lekceważonej przez liberalno-konserwatywne społeczeństwo, niczym nie grożą, a wręcz przeciwnie – przynoszą tylko polityczne zyski. Kto nie lubi, gdy dokłada się „darmozjadom, żyjącym za publiczne pieniądze”. Populizm w czystej postaci i do tego na pierwszych stronach gazet.


Rola mediów jest zresztą w tego typu wydarzeniach szczególna. Uprawiana przez media w celach komercyjnych ich własna polityka emocji, te wszystkie krzyczące nagłówki mające zaniepokoić czytelników i zmusić ich do kupna gazety czy kliknięcia w odpowiedni link nie tylko sformatowały nasz sposób myślenia o obecności w debacie publicznej, ale w gruncie rzeczy wzmocniły skrajny przekaz polityczny. Ludźmi, funkcjonującymi codziennie dzięki emocjom wywoływanym przez media, na wysokich obrotach, łatwo można manipulować politycznie, wystarczy tylko używać odpowiednio mocnych słów.


Poprzez wywoływanie lęków, tworzenie fikcyjnych zagrożeń konstruuje się dziś nowy rodzaj politycznej wspólnotowości, zdobywa lub utrwala władzę, zarabia się także poważne pieniądze. Teatr czy kultura odgrywają tu rolę trzeciorzędną, są jednym z wielu przeciwników, wobec których łatwo się określić, a także jedną z bezbronnych ofiar, w którą można bezkarnie uderzyć. Zamiast emocji w teatrze mamy więc raczej do czynienia z polityką emocji w teatrze, wykorzystywaniem teatru do celów politycznych i komercyjnych, zarządzaniem emocjami, gniewem, agresją, w celu osiągnięcia korzyści na zupełnie innych polach.

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij