| |
Artur Grabowski W następnym numerze „Teatru” Artur Grabowski pisze o książce Jerzego Kosińskiego Teatra polskie. Historie:
Ta książka stała się wydarzeniem, bo pojawiając się w szczególnym kontekście, okazała się... reakcyjna wobec współczesności; nie dociekam czy świadomie czy mimowolnie. Co więcej, mimo śmiałych (ale, czy trafnych?) odwołań do modnych filozofów, historyk opowiada swoją historię w sposób nadzwyczaj osobisty i samodzielny. A czyż taka manifestacja indywidualizmu nie jest w naszych upartyjnionych czasach prowokacyjna?
Przyznam, że ta brawura najbardziej mi się w jego pracy podoba. Autor sprawia wrażenie kogoś, kto niecierpliwie próbuje wypowiedzieć wszystko – wszystko, co kiedykolwiek pomyślałem o teatrze w Polsce i o polskości w teatrze.
Esej Artura Grabowskiego Sceny z Polski otwiera blok tekstów poświęconych książce Jerzego Kosińskiego, na który złożą się recenzje Małgorzaty i Marka Piekutów oraz Marii Napiontkowej, a także rozmowa Michała Mizery z Autorem.
|
|
Żyć pełnią życia skomentujMariusz Bieliński, Kalina Zalewska KALINA ZALEWSKA Od blisko dziesięciu lat jesteś dramaturgiem, a także scenarzystą filmów i seriali. W tym roku Twoja sztuka Nad zdobyła Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Zanim jednak wybrałeś pisanie dla teatru, studiowałeś aktorstwo, a potem reżyserię w warszawskiej Akademii Teatralnej. Co Cię skłoniło do zmiany i rozpoczęcia po raz trzeci wszystkiego od nowa?
MARIUSZ BIELIŃSKI To raczej kontynuacja, niż zaczynanie od nowa. Mam dyplom aktora scen muzycznych, skończyłem Studium Wokalno-Aktorskie w Gdyni. Reżyserii tak naprawdę nie skończyłem. Zaliczyłem wszystkie lata nauki, zrobiłem tzw. przedstawienie warsztatowe. Nie zrobiłem dyplomu. Pomyślałem sobie, że może zrobię go dzięki pisaniu i wejdę do teatru innymi drzwiami.
ZALEWSKA Kiedy zacząłeś pisać?
BIELIŃSKI Jeszcze przed studiami. Opublikowałem w „Twórczości” kilka opowiadań i to był mój debiut. Zresztą później dzięki tym opowiadaniom zostałem asystentem Jerzego Grzegorzewskiego. Na studiach jest obowiązek robienia tzw. asystentur, zgłosiłem się więc do Teatru Studio z prośbą, by zrobić je właśnie tam i zostawiłem swoje teksty. I Grzegorzewski zadzwonił do mnie, że przeczytał, jest pod wrażeniem i zgadza się bym był jego asystentem. A w wakacje został dyrektorem Narodowego. Okres próbny to była praca przy Nocy listopadowej, a później zaproponował mi etat.
ZALEWSKA Czy wybierając dramatopisarstwo korzystałeś z jakichś form zorganizowanego kształcenia? A może miałeś mistrza albo opiekuna, który wierzył, że Ci się powiedzie? Czy ktokolwiek w Akademii Teatralnej jakoś Ci w tym pomagał?
BIELIŃSKI Wiedziano, że piszę, choćby przez te opowiadania. Ale nie było tak, żeby ktoś mnie szczególnie zachęcał, ani zniechęcał. Ja sobie bardzo cenię i chwalę te studia. To był niesamowity czas choćby z tego względu, że to jest tak naprawdę kształcenie indywidualne. Na roku są średnio cztery osoby. Spotkania ze wszystkimi wykładowcami odbywają się właściwie twarzą w twarz, przez co są bardzo wymagające i stymulujące.
ZALEWSKA Pisanie dla teatru zaczęło się od…
BIELIŃSKI Od scenariusza filmowego (śmiech), który zdobył drugą nagrodę w polskiej edycji konkursu Hartley-Merill. Powstał z tego film Sukces, w reżyserii Marka Bukowskiego.
ZALEWSKA Słowo sukces brzmi ironicznie w tym filmie, zważywszy to, co spotyka głównego bohatera. Wydaje mu się, że coś osiągnął, a potem wraca tam, skąd przyjechał i rozpoczyna wszystko od nowa. Sukces okazuje się mirażem.
BIELIŃSKI Sukces zawsze okazuje się mirażem.. A w tym wypadku rzeczywiście brzmi to dosyć ironicznie, zwłaszcza, że po nagrodzie i ziszczeniu się marzeń o realizacji, wycofałem nazwisko z napisów końcowych filmu.
ZALEWSKA Ty także poczułeś po studiach, jak jego bohater, że wszystko zależy od Ciebie i niestety tylko od Ciebie?
BIELIŃSKI Zawsze liczyłem głównie na siebie. Poza tym nie było tak źle. W styczniu zrezygnowałem z etatu w Narodowym, a w lutym dostałem nagrodę. No a później to już samo pasmo sukcesów… czyli miraży. Ale – jak przeczytałem w życiorysie pewnego pana i przyjąłem za swoje – mimo klęsk i niepowodzeń nie osiadam na laurach. Uważam to zdanie za jedno z najpiękniejszych w swojej absurdalności, a zarazem życiowości.
ZALEWSKA Niemal każda Twoja sztuka zwyciężała w jakimś konkursie. Już pierwsza, zatytułowana Cicho, była laureatką, szybko też doczekała się realizacji i to podwójnej – w Teatrze Polskim we Wrocławiu, w reżyserii Aldony Figury i w Teatrze TV, w interpretacji Adama Guzińskiego. Jak to wspominasz?
BIELIŃSKI To było wyróżnienie, co prawda pierwszego stopnia, ale po trzech nagrodach. Dopełnieniem był druk w „Dialogu” i realizacja. Takie premiery to duże przeżycie. Najciekawsze dla mnie byłoby zobaczenie kilku teatralnych interpretacji tej samej sztuki, ale tego się jeszcze nie doczekałem (śmiech). Realizację teatralną i telewizyjną trudno porównywać.
ZALEWSKA Jak Ci się układa współpraca z reżyserami własnych tekstów?
BIELIŃSKI Nigdy nie próbowałem ingerować w ich pracę, ale zawsze z nimi rozmawiam: z Aldoną Figurą, Adamem Guzińskim, Arturem Tyszkiewiczem, reżyserem Mroku, czy teraz, przy Nad, z Waldemarem Zawodzińskim. Myślę, że reżyser przystępując do prób wie już więcej od autora, a potem aktorzy wiedzą więcej od reżysera. I wszyscy z pełnym przekonaniem robią to, co najlepsze dla tekstu, czyli pośrednio także dla autora. A ocena efektu należy do widza.
ZALEWSKA Twoje sztuki wymagają maksymalnej koncentracji od aktorów i reżysera, a zarazem oszczędności środków wyrazu, w jakimś stopniu narzucają więc formę scenicznego przekazu. Co było dla Ciebie inspiracją? Krytycy pisali o wpływach Becketta, a zarazem Karola Wojtyły…
BIELIŃSKI Jak chce się zdyskredytować autora, to trzeba go porównać do klasyka. „Słuchając tego tekstu wspominałem Czechowa… no ale Czechow to to nie jest!” W ten sposób można wszystko zniszczyć. A co do inspiracji: nie tylko piszę, także czytam. Zawsze są jakieś wpływy, coś zostaje w człowieku. Ja wiem co bym chciał napisać, ale początkowo nie wiem jak. Przychodzi jednak taki moment, kiedy forma po prostu się pojawia. Dochodzisz w końcu do tego, że taka forma jest najlepsza do wyrażenia takiej treści. Na pewno ma to także związek z lekturami.
ZALEWSKA W Twoich tekstach wraca zapomniany bohater, zwykły człowiek z małego miasta. Wracają jego skromne, ale wcale niemałe, dramaty. Ale nie to zasadniczo odróżnia twoją dramaturgię od twórczości innych pisarzy. Pytasz nie tylko o pracę, karierę, rodzinę, ale także duchowość.
ZALEWSKA Owszem, ale dla mnie nie ma w tym nic wyjątkowego. Duchowe problemy moich bohaterów są równie rzeczywiste i codzienne, jak te związane z pracą, karierą. Można je tłamsić, dusić, odsuwać – ale czy warto? Czy nie lepiej spojrzeć na ludzką egzystencję szerzej? Sądzę, że odrzucenie wiary, istnienia czegoś ponad nami, nie dość, że nas zubaża, to jest też pójściem na łatwiznę. Tylko proszę nie przyjmować tego jako deklaracji religijnej. Wiara i religia, to dla mnie dosyć odległe i różne rzeczy.
ZALEWSKA Twoi bohaterowie wierzą w nadprzyrodzony porządek, choć czasem opacznie rozumieją związane z jego istnieniem wymagania. Wiara w ich życiu to nie przeżytek, charakterystyczny dla odchodzącego pokolenia babek i matek, ale wybór angażujący całą ludzką istotę aż do granic szaleństwa. Myślisz że od wiary można zwariować?
BIELIŃSKI Żeby tak od razu zwariować – to nie, to też byłoby zbyt łatwe. Ale światopogląd to rzecz nie do pominięcia. Przecież z tego w sposób bezpośredni wynika nasze postępowanie. Krótka, jednoznacznie ateistyczna perspektywa tak na logikę musi i prowadzi do walki o „tu i teraz”, bo nic innego przecież nie istnieje. To z tego źródła bierze się nieustępliwa walka o wpływy i władzę. Oczywiście trochę to wyostrzam. Ta druga perspektywa wydaje mi się natomiast mniej brutalna, bardziej ludzka. I nie mówię tu o obietnicy odpłaty za złe uczynki, czy obietnicy przyszłego, wiecznego życia. Mówię o zwykłej, szarej codzienności. Twierdzę, że jeśli mieszka się na piątym piętrze sześciopiętrowej kamienicy, to nie można udawać, że niczego nade mną nie ma, a te wszystkie śmiechy, stukanie obcasów to tylko imaginacja. Poza tym to jest bardzo egoistyczne podejście (śmiech). Borykając się z tymi problemami jestem o coś bogatszy. Dla mnie wiara to codzienne wyzwanie rzucone Bogu z nadzieją, że się przegra.
ZALEWSKA W Mroku świadomie zacierasz granice między tym, co realne i nierealne. Podkreślasz, że to, co myślimy jest niemal tak samo ważne, jak nasze działania. I że dramaty, zanim znajdą swój zewnętrzny wyraz, rozgrywają się w naszej świadomości i podświadomości. Czy tak właśnie wyglądają zmagania współczesnych? Chciałeś pokazać sytuację dzisiejszego wierzącego, trapionego wątpliwościami?
BIELIŃSKI No nie (śmiech), aż takich ambicji nie miałem. Najciekawszy jest dla mnie człowiek indywidualny, niepowtarzalny. Z drugiej strony staram się, żeby to, co piszę było komunikatywne. Spektakl jest ciągle w repertuarze Teatru Narodowego, cieszy się zainteresowaniem, a to z kolei jest oznaką tego, że trafia do widzów, mówi o rzeczach, które ich interesują, które rozumieją i odbierają w podobny do mnie sposób. Ale czy to ma wiele wspólnego z „typową” sytuacją dzisiejszego wierzącego? Nie wiem.
ZALEWSKA Ale zgodzisz się, że wiara młodych bohaterów jest u Ciebie trochę inna niż wiara starszego pokolenia…
BIELIŃSKI Wiara zazwyczaj kojarzona jest z religią. Wychowałem się w takiej, a nie innej i mam w pamięci takie, a nie inne zachowania, zwyczaje, ale związane właśnie z religijnością, a nie z wiarą. Ja tak naprawdę niewiele wiem o wierze starszego pokolenia, ani o wierze pokolenia współczesnego. Trochę wiem o własnej. Nie za wiele – i chyba nie chciałbym dowiadywać się więcej, to znaczy choćby tego, czy jest mocna. Penetruję ten obszar, który jest mi najbardziej znany. To wszystko.
ZALEWSKA Zafascynowała mnie Księga psa, z której niedawno powstało radiowe słuchowisko. Napisałeś traktat o potrzebie godnego odchodzenia z tego świata, którego bohaterami są pies, jego pan i Bóg. W epoce, w której wielu z nas nie potrafi, a może nie ma czasu godnie pożegnać najbliższych, Twój bohater koncentruje się na potrzebach umierającego na raka psa i całkowicie się temu poświęca. Dotknąłeś w tym tekście nie tylko sprawy naszego stosunku do zwierząt, a pośrednio także ludzi, ale i współczesnego barbarzyństwa, wyścigu z czasem, który nie pozwala nam dobrze przeżyć własnego losu. Czy taki był Twój zamiar?
BIELIŃSKI Myślę, że jak każdy, zwyczajnie borykam się z codziennością i niecodziennością istnienia, z przyziemnością i cudownością, z tragedią i szczęściem. Próbuję robić to świadomie. Próbuję to uchwycić, przemyśleć, utrwalić, opisać. Nie ma w tym wyrachowania, ani niczego wzniosłego – w tym co piszę i jak piszę. Tak przeżywam, tak myślę i cieszę się, że to, co piszę znajduje zrozumienie, oddźwięk. Ale czy to jest dotykanie współczesnego barbarzyństwa, wyścigu z czasem? Pewnie w jakimś stopniu tak, skoro tak o tym pomyślałaś.
ZALEWSKA Ciekawym tekstem jest Dawaj. Opisujesz w nim perypetie dwóch Rosjan, a właściwie ich próbę ucieczki, na moment przed werbunkiem na front, jak się można domyślać, czeczeński. Bohaterzy, cały czas w biegu, usiłują uniknąć własnego losu, uciec od przeznaczenia, a może ze swojej ojczyzny. Dlaczego zająłeś się Rosją?
BIELIŃSKIZ potrzeby przestrzeni. Pisałem to jako następną rzecz po Nad i miałem chęć posmakowania czegoś, co otworzy i rozbuja moją wyobraźnię. Gdybym bliżej znał Amerykę, może rzecz działaby się w Ameryce. Potrzeba przestrzeni i wolności – nic więcej i nic mniej.
ZALEWSKA Ale Rosja to ten kraj, gdzie pilnie strzeże się granic, a bohaterowie dobrze wiedzą, że nie da się uciec…
BIELIŃSKI Poza określoną przestrzeń nigdy się nie wyrwiemy, ale to nie znaczy, że nie trzeba próbować, że nie trzeba badać, poszerzać i określać ciągle na nowo granic tej określoności. Skakać w przestrzeń metaforyczną, coraz dalej. Próbowałem opisać stan niewinności, młodości, nieokiełznanej wyobraźni, nieograniczonych możliwości przy jednoczesnym narzuconym odgórnie ograniczeniu. To trochę tak, jak w Kubusiu Fataliście: wszystko jest zapisane w górze, ale to nie znaczy, że nie mamy tęsknić, pragnąć, wściekać się, cieszyć – żyć pełnią życia.
|
|