11-09-2010

 
Artur Grabowski
W następnym numerze „Teatru” Artur Grabowski pisze o książce Jerzego Kosińskiego Teatra polskie. Historie:

Ta książka stała się wydarzeniem, bo pojawiając się w szczególnym kontekście, okazała się... reakcyjna wobec współczesności; nie dociekam czy świadomie czy mimowolnie. Co więcej, mimo śmiałych (ale, czy trafnych?) odwołań do modnych filozofów, historyk opowiada swoją historię w sposób nadzwyczaj osobisty i samodzielny. A czyż taka manifestacja indywidualizmu nie jest w naszych upartyjnionych czasach prowokacyjna?
Przyznam, że ta brawura najbardziej mi się w jego pracy podoba. Autor sprawia wrażenie kogoś, kto niecierpliwie próbuje wypowiedzieć wszystko – wszystko, co kiedykolwiek pomyślałem o teatrze w Polsce i o polskości w teatrze.

Esej Artura Grabowskiego Sceny z Polski otwiera blok tekstów poświęconych książce Jerzego Kosińskiego, na który złożą się recenzje Małgorzaty i Marka Piekutów oraz Marii Napiontkowej, a także rozmowa Michała Mizery z Autorem.


:: REKLAMA ::

 
Co za radość! skomentuj
Matylda Małecka

fot. Bartłomiej Sowa


Spektakl Christopha Marthalera Riesenbutzbach. Stała kolonia, pokazany na festiwalu „Dialog” we Wrocławiu na pierwszy rzut oka diagnozuje stan społeczeństwa w dobie kryzysu ekonomicznego, wpisując się w modny nurt teatru antykapitalistycznego.

Kryzys, doprowadzający wielu ludzi do ruiny, jest wywoływany przez państwo, także teraz żądające od obywateli wydawania pieniędzy, których nie są w stanie zdobyć. Niewzruszony urzędnik bankowy przyznający kredyty dla nikogo nie otwiera bankowego sejfu. Władza podpowiada więc, jak zmniejszyć koszty życia – organizuje pokaz mody z lumpeksu, poleca całodzienne menu za jedyne cztery euro, a zamiast teatralnego abonamentu proponuje amatorskie przedstawienia w gronie przyjaciół... Stała Kolonia w Instytucie Przemysłu Fermentacyjnego daje szansę na przeczekanie kryzysu. Można tam marzyć o powrocie do przeszłości lub cierpliwie czekać na lepsze jutro. A jeśli ono nigdy nadejdzie, o wtedy?

W scenografii zaprojektowanej przez Annę Viebrock, przestrzeń prywatna staje się przestrzenią publiczną. Mieszczański dom ukazany jest jednocześnie od zewnątrz i od środka. Naprzeciw garażu znajduje się więc sypialne łóżko, z wytapetowanej ściany wyrasta nagle balkon i uliczna latarnia, a wejściowe drzwi budynku prowadzą wprost do salonu. Tuż obok foteli wypoczynkowych stoją urzędnicze biurka i informacyjny kontuar, a z tyłu sceny widnieje oszklone biuro kierownika, przypominające zarazem telewizyjną reżyserkę i policyjny pokój przesłuchań. Nad tym wszystkim wisi wygrawerowany szyld Instytutu Przemysłu Fermentacyjnego.

Mikrofony umieszczone w ścianach, meblach i ukryte w różnych zakamarkach pozwalają usłyszeć każdy ruch wykonany na płaskiej powierzchni, bez względu na to, czy źródłem dźwięku będzie ciało przesuwane rytmicznie po biurku, czy monotonne wodzenie palcem po ścianie. Pozornie przypadkowe odgłosy, jak szum pracy silnika lub co i raz włączające się sygnały alarmowe, działają na widzów równie silnie jak utwory wykonywane przez aktorów. Moc śpiewu wzmaga się, kiedy prawie wszyscy znajdują się na scenie i na wzór chóru śpiewają „w jednym kierunku”. A w spektaklu obok pieśni Franza Schuberta i Roberta Schumanna, kantat Jana Sebastiana Bacha, duetu z Koronacji Poppei Claudio Monteverdiego, czy fragmentu słynnej VIII Symfonii Gustava Mahlera, pojawiają się wiedeńskie piosenki ludowe oraz przeboje swobodnie funkcjonujące w zbiorowej świadomości – Lili Marleen Marleny Dietrich i Staying alive zespołu Bee Gees. Muzyka i piosenki są tu najważniejszym przekaźnikiem emocji oraz tworzą atmosferę wykreowanego świata. Dodatkowo liczne powtórzenia rytmizują przedstawienie i nadają mu muzyczną strukturę.

Na spektakl składają się zebrane przez Stefanię Carp teksty (fragmenty z pism Seneki i Kanta, ale też wiersze Elfriede Gerstl), utwory muzyczne i ruch sceniczny, sytuujący się na pograniczu tańca nowoczesnego i wynaturzonych gestów. Luźno powiązane ze sobą działania często odbywają się symultanicznie, brak też linearnej narracji. Całość przypomina raczej afabularny kolaż znaczeń, z których każde jest tak samo ważne. Konstrukcja jest więc typowa dla teatru postdramatycznego. Antydramatyczne niejako jest również skupienie na codziennych zachowaniach i sztuczności relacji międzyludzkich. Bohaterowie Marthalera wymieniają „behawitywy”, udzielają sobie nawzajem „głasków” i prowadzą „small-talki”. Nie ma między nimi komunikacji.

W pierwszej scenie kilka znudzonych kobiet w różnym wieku prowadzi pustą rozmowę. Siedzą niemal bez ruchu, jedynie co jakiś czas wzdychają i podnoszą nogę. Nagle rozlega się głośny dźwięk motocyklowego silnika. Przybyły mężczyzna każdej kobiecie z osobna, niczym zdradzanej żonie, opowiada historyjkę o zepsutym motorze. Do jednej z kobiet zwraca się „Maman”. Ona wyjaśnia po niemiecku: „Mój syn. Francuz. Nie rozumiem go od urodzenia”. Widownia wybucha śmiechem.

Brak bliższych związków z ludźmi mieszkańcom Stałej Kolonii rekompensuje kontakt z przedmiotami. Obejmują je czule i, kiedy muszą być im odebrane, bo już je sprzedano, nie potrafią się z nimi rozstać. Odruch ten nie wynika tylko z miłości do dóbr konsumpcyjnych – rzeczy określają tu ludzka tożsamość. Któraś z kobiet poprzez historię stojącej w jej domu szafki opowiada dzieje swojej rodziny, niczym babcia Jacka Dehnela. Inna próbuje się tłumaczyć: „To nie moja wina, że identyfikuję się z butami od Bentona”. Mężczyzna, który zabił najbliższych, spokojnie mówi o tym przez telefon. Przecież nie mógł im się przyznać, że stracił cały majątek. Byłoby to jednoznaczne z własnym unicestwieniem.

Przetrwanie zapewnia pobyt w Instytucie Przemysłu Fermentacyjnego. Tutaj można spokojnie snuć się bez celu, przestawiać ukochane przedmioty i wodzić palcem po rezonującej ścianie. Teraźniejszość, przynajmniej dla zapracowanych, zdaje się nie istnieć. Okazuje się, że ludzie, zajęci pogonią za pieniędzmi i zdobywaniem dóbr materialnych, całkowicie przestali dostrzegać rzeczywistość. Czasu teraźniejszego, zanim on naprawdę nadejdzie, już nie ma. Przyszłość oczekiwana momentalnie zamienia się w przeszłość.

Upływ czasu jest odczuwany równie boleśnie jak w dramatach Czechowa. W spektaklu cierpienie tym spowodowane dobrze uwydatnia przepełniona melancholią groteska. Bohaterowie to dziwni ludzie, ubrani w stroje z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, brzydcy i śmieszni. Wykonują nieporadne ruchy, całkowicie zagubieni w rzeczywistości. Marthaler zdaje się kolekcjonować ludzkie zachowania, by potem przedstawić je w przerysowanym kształcie. Daleki jest jednak od wyśmiewania kogokolwiek, a do słabości człowieka odnosi się z ogromnym zrozumieniem i empatią. Pokazuje, nie poucza.

Groteskowy jest też kierownik dyrygujący pozostałymi postaciami, uosobienie władzy, w programie do spektaklu nazwany Kontrolerem śpiewu. Potężny, łysy, w okularach, jakby został żywcem wyjęty z dziecięcego wyobrażenia o dyrektorze szkoły. Z jego polecenia mieszkańcy Stałej Kolonii śpiewają pieśń Beethovena O welche Lust! (Co za radość!) w stronę latarni ulicznej, niczym w kierunku sobie tylko znanego boga. „Co za radość / na wolnym powietrzu zaczerpnąć powietrza / tylko tu jest życie / co za radość”.

Władza nakazuje, ale przede wszystkim kontroluje. Ukryte mikrofony jednocześnie pełnią funkcję podsłuchów. Nie ma takiego miejsca, w którym można byłoby głośno i szczerze rozmawiać. Lęk i zagubienie wzmagane są też przez brak punktów odniesienia, sprawdzonych źródeł informacji. „Kiedyś mogłam sprawdzić sobie w serwisie Youtube” – słyszymy ze sceny skargę. Zygmunt Bauman uznał niegdyś pewność i wolność, które niezwykle trudno mieć naraz, za niezbędne do szczęścia. W świecie przedstawionym w Riesenbutzbach nie ma ani wolności, ani pewności.

Namiastkę bezpieczeństwa daje jedynie ucieczka w przeszłość. Tę powszechnie znaną prawdę Marthaler powtarza za Seneką: „Czas, w którym żyjemy, jest krótki, w którym mamy żyć, jest wątpliwy, a ten, który już przeżyliśmy, jest pewny. Los bowiem utracił prawo do niego i nie podlega on już niczyjej władzy”. Najstarsza z kobiet za wszelką cenę próbuje żyć przeszłością. Wzruszająca jest scena, w której, trzymana na rękach przez syna, śpiewa Lili Marleen. „Mamo, za dużo palisz. Żyjemy dzisiaj, mamo” – mówi po francusku syn. „Nie rozumiem, nigdy go nie rozumiałam” – odpowiada po niemiecku matka. Tym razem nikt się nie śmieje.

Mieszkańcy Stałej Kolonii usiłują odzyskać poczucie bezpieczeństwa odchodząc razem z ukochanymi przedmiotami. Można próbować ukryć się w ich środku, na przykład wchodząc do szuflady biurka, albo umieścić je we własnych trzewiach, konsumując płytę winylową. Wszystko na próżno. Ale pomimo wszystko żyć trzeba! Trzeba czekać, z nadzieją i „radością” śpiewając O welche Lust!.

Matylda Małecka – studentka Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej.

Lupa
Zwłoki Simone
Za głosem abstrakcji
Bergman
Powrót Bergmana
Warlikowski
Chucherko
Nie myślę postacią
Wielka, stara rola
żałobne dramatyzacje Polaków
Polska w żałobie. M [...]
Uwagi na stronie
Przywoływanie
Po premierze
Rzecz majowa
Przypowieść o profesjon [...]
Psychodrama w ogrójcu
Byle ładnie nam się śni [...]
Kandyd w kraju Sarmatów
Człowiek z pluszu
Fałszywe męczeństwo
Proletariusze ery Facebook [...]
Tak. Nie. Nie wiem
Słowa i ludzie
Majestatyczny
Did you sleel well, Alex?
Kadisz z Dybuka
Łódź teatralna
Moim celem jest teatr aktu [...]
Brutalistyczny czy tylko b [...]
Opera
Dusza rosyjska, miłość [...]
Teatr muzyczny
Teatralny drugi obieg
Zagranica
Puszczanie baniek
Autobiograficznie
Teatr jako akt miłości
Ciemna strona teatru
Opętana (2)
Reportaż
Gdzie Żydzi północy rob [...]
naród sobie
Dom Gombrowicza
Swinarski
Niezrealizowany film Konra [...]
Słowacki
Oto jest cały sklepik kol [...]
Dzienniki rowerowe
O niewiedzy w praktyce, c [...]
Kufer z książkami
Gorze nam
Odmiany gry
Albo - albo?
Książki
Mapa dla aktora
Na scenie pisma
Mamo, czy tata mnie kocha? [...]
Rozważania dla nielicznyc [...]

Copyright © 2006 "TEATR" Wszystkie prawa zastrzeżone