Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
5/2015
Wspomnienia z życia Gorodeckiej
autor: Kamila Łapicka
Wspomnienia z życia Gorodeckiej
foto: Krzysztof Bieliński

Z Wiktorią Gorodecką, laureatką Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za rolę Amalii Edelreich w Zbójcach w reżyserii Michała Zadary, rozmawia Kamila Łapicka.

 

KAMILA ŁAPICKA Na początek zagadka. Jak myślisz, kto to powiedział: „Jeżeli ktoś jest obdarzony przez Pana Boga talentem, to od niego tylko zależy, czy mu ten talent wystarcza, czy pracuje nadal. Wiktoria Gorodecka pracuje cały czas. To jest wystarczająco dobra rekomendacja usprawiedliwiająca tę nagrodę”.

 

WIKTORIA GORODECKAJA Jacek Kopciński?

 

ŁAPICKA Nie, drugi strzał i zdradzam.

 

GORODECKAJA Maja Komorowska?

 

ŁAPICKA Dyrektor Jan Englert.

 

GORODECKAJA Jestem zszokowana, że pan Jan Englert tak o mnie powiedział, i oczywiście bardzo pozytywnie zaskoczona, ale wydaje mi się, że to jest kluczowa rzecz. Ja jestem pracoholikiem z natury i trudno jest mi przyjmować komplement na temat mojej pracowitości, bo od małego jestem nauczona, że jak się w coś nie włoży pracy, to nic samo nie przychodzi. I nie ma cudów.

 

ŁAPICKA Czy ta pracowitość wynika też z rygoru, jakiego wymagała od Ciebie w dzieciństwie gra na skrzypcach?

 

GORODECKAJA Na pewno też. W moim wychowaniu bardzo duży udział brała babcia. Pamiętam, że jak miałam pierwsze pisemne zadania domowe i robiłam błąd – a wtedy jeszcze nie było korektorów, tylko żyletkami się drapało papier – to ona zdrapywała, poprawiała, piszemy dalej. Piszę, piszę, znowu błąd. Zdrapywała, poprawiała, piszemy dalej. Trzeci błąd – wyrywała kartkę, piszesz na nowo. Dochodziło nawet do tego, że była zmiana na nowy zeszyt. Więc myślę, że moje wychowanie miało na ten pracoholizm wpływ, i tak jak mówisz – gra na instrumencie. Poza tym od małego miałam bardzo wypełniony dzień, wszystkiego chciałam spróbować – taniec, chór. Pamiętam, że wstawałam rano, wracałam o 22.00 i jeszcze odrabiałam lekcje. Bardzo mało czasu spędzałam na podwórku. I wydaje mi się, że ten rytm, który narzuciłam sobie od dzieciństwa, do tej pory sprawia, że jak nic nie robię, to się źle czuję, bo się nie rozwijam.

 

ŁAPICKA Pewnie ta cecha pomogła Ci w czasie studiów w Akademii Teatralnej, które zaczęłaś w wieku 24 lat, gdy wielu Twoich kolegów było już po dyplomie.

 

GORODECKAJA Ta różnica nie była wyczuwalna w żaden sposób, jeśli chodzi o dojrzałość emocjonalną czy doświadczenie sceniczne. Na studiach byłam tak bardzo skupiona na pracy, że często koledzy mieli mi to za złe. Nasz rok się dzielił na grupę A i grupę B. Grupa B, w której ja byłam, ciągle mówiła „robimy, robimy”, a grupa A była bardziej na luzie. „Ty jesteś grupa Gorodeckiej, no to idziecie ćwiczyć, bo Gorodecka wszystkich zagania: robimy szermierkę, robimy szermierkę!” I wszyscy mnie nienawidzili. (śmiech) A później, na trzecim roku troszkę odpuściłam i dobrze mi to zrobiło. Odblokowałam się, bo wydaje mi się, że byłam już za bardzo napięta i prymusowska, wszystko chciałam zrobić najlepiej.

 

ŁAPICKA Dlaczego zdawałaś do Szkoły tak późno?

 

GORODECKAJA Ze względów językowych. Chciałam zdawać cztery lata wcześniej, ale miałam straszny akcent i jedna pani powiedziała, że się na pewno nie dostanę, więc zabrałam papiery ze Szkoły. To był rok Janka Dravnela – okazało się, że przyjęli właśnie Litwina z ogromnym akcentem. (śmiech) Ale nie żałuję, bo po drodze spotkałam superosobowości w Szkole Machulskich i w Teatrze Żydowskim.

 

ŁAPICKA Kto miał na Ciebie największy wpływ?

 

GORODECKAJA U państwa Machulskich na pewno Piotr Kozłowski, który uczył wiersza. Na jego zajęciach w ogóle doszłam do wniosku, że chcę zostać aktorką. On też dawał mi do zrozumienia, że to, co robię, idzie w dobrym kierunku i zrozumiałam, że chcę więcej. Poszłam do Studium przy Teatrze Żydowskim, jednocześnie będąc u Machulskich. Tam spotkałam panią Eugenię Herman – niebywała osobowość, niebywały temperament. W ogóle wydaje mi się, że szkoła nie tyle polega na nabywaniu umiejętności, ile jest miejscem, gdzie możesz spotkać ciekawych ludzi, od których uczysz się stosunku do pracy.

 

ŁAPICKA Zostańmy na chwilę w szkolnych klimatach. Chciałam Cię zapytać, jak się zachowuje guma do żucia?

 

GORODECKAJA Pan Wiesław Komasa!

 

ŁAPICKA Opowiesz swoją wersję tej anegdoty?

 

GORODECKAJA Jak skończyłam Machulskich, skończyłam Żydowski i dostałam się do Szkoły, to miałam poczucie, że trochę już potrafię, bo niektórzy przyszli prosto po liceum. Pierwsze zajęcia z panem Komasą, „Elementarne zadania aktorskie”. Zrobiłam więdnący kwiatek. Pan Komasa mówi: „No dobrze, ale wszystko pokazałaś, nic się tam nie zadziało w środku, z ciebie nic żywego nie wyszło”. Przeżyłam to strasznie. Że pochwalili kogoś po liceum, a ja po dwóch szkołach i nic. (śmiech) Ale pan Komasa poprosił, żebym wymyśliła coś nowego. Szłam do domu, zastanawiałam się i żułam gumę. I pomyślałam, że może by tak pokazać etiudę „Przeżycie gumy do żucia”.

 

ŁAPICKA Jak wyglądała ta etiuda?

 

GORODECKAJA Najpierw układałam się na podłodze, jak listek gumy w paczce, potem byłam żuta – robiłam szybkie przysiady, później się przyklejałam plecami do kominka, który był w sali – byłam tą gumą, którą ktoś pożuł i przykleił pod ławką, a na koniec robiłam wielki balon i on pękał. Pan Komasa często mi przypomina tę etiudę.

 

ŁAPICKA Był Twoim opiekunem roku?

 

GORODECKAJA Tak, i na pierwszym roku ogromnie pobudził naszą wyobraźnię. Nie robiliśmy żadnych scen, nie przeżywaliśmy dramatów. Kiedy chodziłam na egzaminy pierwszych roczników w innych latach, to najczęściej ludzie robili tematy: alkohol, zdrada, ciąża, narkotyki. To, w czym najczęściej się obracamy.

 

ŁAPICKA Ładna diagnoza młodzieży.

 

GORODECKAJA Po prostu jak komuś każą zrobić etiudę, to o tym robi. Nie ma tam poezji.

 

ŁAPICKA Takie kalki rzeczywistości.

 

GORODECKAJA Dokładnie. A pan Komasa zaczął od podstaw: guma do żucia, zwierzęta, pory roku. To nam ogromnie poruszyło wyobraźnię, a nie mieliśmy jeszcze dużego obciążenia emocjonalnego.

 

ŁAPICKA Co jest najważniejsze w Twoim zawodzie?

 

GORODECKAJA Zaufanie. Jeśli nie zaufam reżyserowi, to będzie mi strasznie trudno się otworzyć. Dlatego bardzo trudny był dla mnie debiut z panem Jacques’em Lassalle’em.

 

ŁAPICKA Umowa, czyli Łajdak ukarany Marivaux, w której zagrałaś główną rolę, Kawalera.

 

GORODECKAJA Byłam dopiero po szkole, a jemu ciągle się nie podobało to, co robiłam, był strasznie wymagający. Wychodziłam z próby i mówiłam sobie: nie, ja w ogóle nie będę uprawiać tego zawodu, idę do dyrektora Englerta i dziękuję za angaż, nie dam rady. To było dla mnie bardzo trudne i moim partnerom na pewno nie było łatwo.

 

ŁAPICKA Grałaś z Jerzym Radziwiłowiczem, Grzegorzem Małeckim, Małgorzatą Kożuchowską…

 

GORODECKAJA Oni bardzo chcieli mi pomóc, ale ja byłam strasznie pospinana. Dopiero na próbach generalnych Lassalle powiedział: „Ta żelazna dziewczyna zaczyna się otwierać”.

 

ŁAPICKA Może sposób pracy konkretnego reżysera nie zawsze otwiera konkretnego aktora?

 

GORODECKAJA I to mnie dziwi. Wiadomo, że Jacques Lassalle jest wybitnym reżyserem. Może tacy wybitni reżyserzy nie muszą się starać, żeby otwierać aktora.

 

ŁAPICKA Myślę, że muszą się starać dokładnie tak samo, jak początkujący.

 

GORODECKAJA Bo to jest w ich interesie. Dlatego mnie dziwi, że czasami reżyser zachowa się tak, że aktor się zamknie w sobie. Co mu to da? Przecież aktor, który ma poczucie, że może popełnić błąd i nie poniesie za to kary, jest w stanie zrobić dużo więcej.

 

ŁAPICKA Czyli w Umowie unikałaś ekstremalnych rzeczy, starałaś się grać raczej „w średnicy”?

 

GORODECKAJA Tak, ale to jeszcze polegało na tym, że Lassalle podrzucał tony. Mówił po francusku, więc Jerzy [Radziwiłowicz] próbował mi to tłumaczyć na polski…

 

ŁAPICKA Co to znaczy „podrzucał tony”?

 

GORODECKAJA Mówił, jak coś dokładnie powinno brzmieć. A tam są bardzo długie monologi, on nie skracał tekstu. Poza tym ustawiał mi pozy, dłonie itd. Więc jeśli w aktorstwie podstawą jest słuchanie partnera, to ja partnerów nie słuchałam w ogóle, tylko myślałam, jak mam powiedzieć teraz to zdanie, które on mówił, jak powinnam zaakcentować i co mam trzymać, jak mam trzymać. To mnie strasznie zamykało. Materiał literacki był ogromny, ale najgorsze było poczucie odpowiedzialności, bo to była główna rola. Lassalle mówił, że jak nie będzie Kawalera, to nie będzie w ogóle Umowy. Ja wtedy nie wychodziłam z Narodowego. Rano próby, potem spałam w 427, albo sobie jeszcze próbowałam, a wieczorem znowu próby. Dzisiaj na pewno bym wyszła, żeby się odciąć od tego, ale wtedy miałam takie poczucie, że jak jeszcze bardziej popracuję, to na pewno lepiej mi wyjdzie. Ale nic dobrego z tego nie wychodziło. To była trudna szkoła.

 

ŁAPICKA Jednak zostałaś w Narodowym. Teraz to jest Twoje miejsce?

 

GORODECKAJA Tak, uwielbiam ten teatr i ludzi, którzy tam pracują. Superekipa. Poza tym, o czym może marzyć aktor? Żeby grać. Jan Englert daje mi grać i zaprasza do pracy bardzo różnych reżyserów, to też jest cudowne.

 

ŁAPICKA Czasami wspominasz, że w czasie budowania roli analizujesz dzieciństwo swojej postaci – skąd ta metoda?

 

GORODECKAJA To jest moje osobiste przeświadczenie, bo przecież z dzieciństwa wszystko się wywodzi.

 

ŁAPICKA Konstruujesz każdej bohaterce osobny życiorys?

 

GORODECKAJA To zależy od roli, ale na pewno myślę o tym. Na przykład bardzo dużo o tym myślałam przy Burzy i przy Królowej Margot. Wydaje mi się, że Miranda i Margot to są dwie postaci, dla których dzieciństwo jest kluczowe. Na przykład to, że Miranda jest wychowana tylko przez tatę. Ja nie miałam taty i brakowało mi takich doświadczeń, więc czytałam różne książki w rodzaju Silny ojciec, mocna córka. Tak samo w przypadku Margot – wydaje mi się, że brak miłości ze strony mamy miał na nią ogromny wpływ. Jeżeli cała ta rola jest zbudowana na erotyzmie i seksualności, to zastanawiałam się, skąd to wynika.

 

ŁAPICKA To jest jej jedyna broń.

 

GORODECKAJA I jedyny sposób pozyskiwania miłości. Margot nie jest typem kobiety, która kocha się z mężczyznami i cierpi. To jest jedna z niewielu kobiet, które decydują o swoim życiu seksualnym, bo zwykle o życiu seksualnym kobiet decydują mężczyźni. To jest moje zdanie.

 

ŁAPICKA Zostańmy przy temacie seksualności – w 2014 roku zagrałaś w Narodowym nie tylko w Zbójcach, ale także w Lodzie w reżyserii Konstantina Bogomołowa. Twoja postać, prostytutka Nikołajewa, bez skrępowania opowiada o szczegółach swojej profesji. Czy miałaś z tą rolą kłopot?

 

GORODECKAJA Myślę, że byłaby kłopotliwa, gdybyśmy grali 1:1. Wtedy trzeba by było znaleźć naturalizm w ciele i zachowaniu, ale Kostia podszedł do tego w sposób bardziej poetycki. Kiedy uczyłam się swojego monologu, prosił, żebym mówiła tak, jakbym opowiadała o gotowaniu zupy jarzynowej, bo dla mojej bohaterki to, o czym mówi, jest czymś powszednim. Nie musiałam akcentować przekleństw ani intymnych szczegółów. Nie było też analizy postaci. Ja próbowałam (tak jak zawsze) wyobrażać sobie, kto to jest i jakie ona miała życie, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że w tej inscenizacji to nie ma znaczenia. Kostia powtarzał: ważne jest twoje samopoczucie tego wieczoru. Nie był za jakimkolwiek przeżywaniem, nadgrywaniem. Ważny był dla niego stosunek aktora do tekstu, który mówi. To było świetne doświadczenie. Bogomołow wie, jak pracować z aktorem. Wytworzył niezwykłą atmosferę. To jest pierwsza i najważniejsza rzecz, jaką powinien zrobić reżyser – stworzyć ekipę, która zrobi dla niego wszystko.

 

ŁAPICKA Jaki jest na to patent?

 

GORODECKAJA Podejście do aktora jak do człowieka.

 

ŁAPICKA Jak to rozumieć? Chodzi o indywidualne podejście, intymność pracy?

 

GORODECKAJA To też, ale przede wszystkim chodzi o to, że reżyser nie jest twoim wrogiem, nie jest tyranem. Pracując z Kostią, popełnialiśmy błędy i nie baliśmy się ich. On mówił: nie tak, jeszcze raz. On ci tłumaczył. Miał w sobie bardzo dużo cierpliwości. Bardzo długo czytaliśmy, przysłuchiwał się nam. Opowiadał mnóstwo historii. Wytworzył taką atmosferę, że wszyscy się lubiliśmy, ale możliwe, że moi koledzy nie podzieliliby tego zdania. To też dlatego, że Kostia jest Rosjaninem, a we mnie, w głębi, są te korzenie. Ten język, wśród którego się wychowałam, a teraz odsunęłam go na bok. I nagle on, z tym językiem, z tymi opowieściami, z tą Moskwą… Mogłabym z nim przebywać godzinami, słuchać go i rozmawiać.

 

ŁAPICKA To chyba przeciwieństwo Twojego pierwszego doświadczenia.

 

GORODECKAJA Tak, i dlatego mówię, że przez te kilka lat, od kiedy jestem w Narodowym, współpracowałam z tak różnymi twórcami, że można o tym tylko marzyć.

 

ŁAPICKA Rzeczywiście pracowałaś ze skrajnymi osobowościami – przygotowałaś po dwa spektakle z Mają Kleczewską, Michałem Zadarą i z Arturem Tyszkiewiczem, a poza Narodowym z Igorem Gorzkowskim ze Studia Teatralnego Koło. Przeczytałam w jednym z wywiadów, że sama do niego zadzwoniłaś, dlaczego?

 

GORODECKAJA To był czas, kiedy nie byłam w żadnych próbach i szukałam dla siebie odskoczni, a wiedziałam od kolegów, że Igor szykuje coś nowego. Więc pomyślałam: a co tam, zadzwonię! I zadzwoniłam, chociaż przedtem widywałam go tylko z daleka w bufecie, kiedy robił Łosia w Narodowym. Powiedziałam, że chciałabym z nim pracować, on zaproponował spotkanie, spotkaliśmy się, i tak trafiłam do Staruchy, którą uwielbiam. Praca z Igorem jest niezwykła, bo on daje bardzo dużo wolności. Potrafi wybrać świetny materiał i zrobić świetną obsadę. Ja bardzo lubię pracę w Narodowym, ale ona ma swój niezmienny rytm: 10.00–14.00, 18.00–22.00, trochę jak w fabryce. W Kole pracuje się w różnych godzinach, wszyscy grają do jednej bramki i chcą sobie pomóc. Nie ma sytuacji, że ja zrobię swoją scenę i wychodzę. Pracując tam, po raz pierwszy poczułam, że nie jestem w tych wielkich murach i marmurach, gdzie jest wielka scena im. Bogusławskiego i wielka widownia, która przyjdzie i oceni, czy mi się udało, czy nie. To jest takie fajne małe miejsce, gdzie można eksperymentować.

 

ŁAPICKA Może dlatego powiedziałaś kiedyś, że koledzy zobaczyli tam w Tobie koleżankę ze studiów, a nie tę „z marmurów”?

 

GORODECKAJA Możliwe, że Starucha sprawiła, że coś się we mnie odblokowało, bo jednak duża scena wymaga określonych środków wyrazu, a ta mała przestrzeń sprawiła, że pokazały się moje nowe kolory. Spotkałam się zresztą z opinią, że nawet jeśli byłam w Szkole „zdolna, fajna”, to po przyjściu do Narodowego te pierwsze przedstawienia nie były zachwycające, jeżeli chodzi o moje role.

 

ŁAPICKA Mówisz o opiniach widzów?

 

GORODECKAJA Tak. Wtedy mnie to bolało, ale dzisiaj jestem w stanie sobie wytłumaczyć, że to było po prostu pierwsze zderzenie z rzeczywistością.

 

ŁAPICKA Feliksa Warszawskiego dostałaś właśnie za Staruchę.

 

GORODECKAJA Tak, i pomyślałam: Boże, w tym Narodowym pocisz się przez trzy godziny i po spektaklu wręcz wypełzasz z tego budynku, a tu przychodzisz, robisz niedużo, masz z tego mega frajdę i jeszcze Feliksa dostajesz!

 

ŁAPICKA Przejmujesz się w ogóle opiniami widzów, krytyków?

 

GORODECKAJA Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że nie biorą sobie tego do serca. Uważam, że nie ma takich aktorów. Żeby tego nie przeżywać, w ogóle nie czytam recenzji i staram się nie rozmawiać z ludźmi o swoich rolach. Zawsze pracuję tak, żeby sobie powiedzieć: zrobiłam wszystko, co mogłam. Jednak opinia ludzi jest strasznie ważna, bo to nas napędza. Nie wierzę, że są takie osoby, na które pochwały nie działają.

 

ŁAPICKA Ciekawe, czy znasz tę pochwałę – oto zdanie Krystyny Jandy z wywiadu zamieszczonego w „Teatrze” z listopada 2014: „Mogę powiedzieć, kto poruszył mnie ostatnio najbardziej – Julka Kijowska, Grzesio Małecki, Marcin Hycnar, Grzegorz Damięcki, Wiktoria Gorodeckaja. Nie wymieniam »naszych«, ale to oczywiste…”. Wiedziałaś o tym?

 

GORODECKAJA Nie, to jest naprawdę pochwała. Ogromna. Wiadomo, że pochwały mają dla nas ogromną wartość, a nagany mniejszą, bo nagany zamykają. Więc po co mam czytać recenzję i ryzykować? Przypuśćmy, że ją przeczytam, a jutro mam spektakl do zagrania i na scenie będę myślała: może on ma rację i powinnam to teraz zmienić? Tylko to będzie nie fair wobec reżysera, bo przecież na konkretne rzeczy się umówiliśmy. Może dlatego nie czytam recenzji, bo mają na mnie ogromny wpływ.

 

ŁAPICKA Chadzasz prywatnie do teatru?

 

GORODECKAJA Bardzo często i jestem takim widzem, który prawie w ogóle nie wychodzi z teatru. Uwielbiam na przykład jeździć na Maltę, bo tam jest zupełnie inny teatr – zbudowany na ruchu, na obrazach. Takiego teatru jest w Polsce za mało.

 

ŁAPICKA Jesteś aktorką poszukującą, do każdego spektaklu chciałabyś się uczyć nowych rzeczy i myślę, że to widać w roli Amalii, z okazji której się spotykamy. To dla mnie Twoja zupełnie nowa twarz. Silna i gniewna, a jednocześnie pełna ironicznych akcentów. Jesteś na scenie takim wyzwolonym duchem. Czujesz to podobnie?

 

GORODECKAJA W ogóle tak tego nie czuję. Próby do Zbójców to był taki niezwykły czas, bo wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ale miałam wszystko pod kontrolą, nic złego się mojej małej nie działo w moim brzuchu. Wracając do Twojego pytania, ja nie mam świadomości, jak to wygląda ze strony widza. Wydaje mi się, że trzeba mieć strasznie duże ego, żeby sobie powiedzieć: w tej roli to byłam świetna. Jakbym ja sama nazwała to wszystko, co o mnie powiedziałaś, to moim zdaniem nie ma mi po co wychodzić na scenę. To już tylko siedź i podpisuj „Wspomnienia z życia Gorodeckiej”.

 

ŁAPICKA Pozwól, że dołożę jeszcze akapit. Atutem Twojej roli jest też zabawa językiem – różne barwy i tony, mimo archaicznego przekładu.

 

GORODECKAJA Ten tekst jest stary i razem z Michałem szukaliśmy intonacji, podpowiadał mi na przykład, żebym któreś słowo zaakcentowała, ale nie miałam świadomości, że to jest zabawa.

 

ŁAPICKA Jaka była jego reakcja na to, że dostałaś Nagrodę im. Zelwerowicza?

 

GORODECKAJA Cieszył się bardzo. Nawet mam zdjęcie, na którym mnie przytulił i pocałował! Ale i on jednocześnie dostał nagrodę za spektakl, więc to było takie kółko wzajemnej adoracji. (śmiech)

 

ŁAPICKA Co wyróżnia Michała Zadarę spośród reżyserów, z którymi pracowałaś?

 

GORODECKAJA Na pewno dobór tekstu. Zadara nigdy nie wybiera łatwych tekstów. I podejście do psychologii na scenie. Jeżeli zwykle w trakcie prób aktor odpowiada sobie na pytanie: dlaczego ja to mówię?, to u Michała te pytania pojawiają się co krok, bo te teksty są tak trudne, że ja kompletnie nie wiem, dlaczego to mówię.

 

ŁAPICKA On odpowiada na to pytanie, czy musisz zadawać je sobie sama?

 

GORODECKAJA Wydaje mi się, że wspólnie do tego dochodzimy. Jeżeli chodzi o przeżycie emocjonalne, to Michał nie prowadzi cię w tym kierunku. On bardziej cię prowadzi pod względem intelektualnym, na poziomie logicznego przekazu tekstu. Obdarza ciebie niezwykle dużą ilością swoich skojarzeń. Zawsze reżyseria zaczyna się u niego od tego, że razem analizujemy, o co w każdej scenie chodzi. Jaki jest główny problem sceny i główna myśl, którą trzeba przekazać. A samą emocjonalność zostawia tobie. Zbójcy to jest taki dziwny materiał. Poszczególne sceny tak bardzo się od siebie różnią, że miałam trudność, żeby to skleić w psychologiczną całość w głowie Amalii. To jest postać pełna sprzeczności. W swojej tęsknocie, miłości, gniewie, a jednocześnie w scenie, gdzie śpiewam z rockową gitarą.

 

ŁAPICKA Dobrze się czułaś w tym rockowym szaleństwie?

 

GORODECKAJA Tak, to mi się bardzo podobało!

 

ŁAPICKA Tam są wykorzystane wszystkie Twoje talenty – śpiewasz, grasz na gitarze akustycznej i elektrycznej…

 

GORODECKAJA Z tą gitarą było tak, że nie za bardzo umiem grać, ale prosiłam kompozytora Jacka Szymkiewicza: pokaż mi, ja się nauczę! Nagrywałam go i ćwiczyłam.

 

ŁAPICKA Jakoś mnie to nie dziwi…

 

GORODECKAJA Nie chcę się powtarzać, ale wydaje mi się, że talent talentem, ale nie mam tak, żebym wyszła i od razu wszystkich oczarowała.

 

ŁAPICKA To tylko złudzenie.

 

GORODECKAJA W filmie mi się nie udaje, chodzę na castingi i nic z tego nie wychodzi.

 

ŁAPICKA Jak myślisz, dlaczego?

 

GORODECKAJA Na początku była fama, że jestem za teatralna, a teraz chyba moja energia nie przechodzi na drugą stronę.

 

ŁAPICKA Tęsknisz za kinem?

 

GORODECKAJA Nie tęsknię, bo nie mam zbyt dużego doświadczenia filmowego. Raczej mam pragnienie zrobienia czegoś nowego. Jestem otwarta na doświadczenia. Teraz, po narodzinach Niny, trochę się boję, że te priorytety się zmieniają i zastanawiam się, czy nadal ten pracoholizm we mnie zostanie, czy znajdę czas na wszystko. Ale jestem dziwnie spokojna. Ostatnio uczyłam się z nią tekstu na spacerze, ona spała, a ja się uczyłam. Bo nie ukrywam, że przedtem praca była dla mnie wszystkim. Wiadomo, że w którymś momencie większość kobiet bierze ślub, rodzi dziecko i przechodzi się nad tym do porządku dziennego, ale dopiero kiedy sama to przeżyłam, poczułam, że żadna rola się z tym nie równa.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij