Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2016
To nie jest…
autor: Dries Verhoeven
To nie jest…
foto: Willem Popelier

Na tegorocznym festiwalu Malta w ramach idiomu „Paradoks widza” zaprezentowany zostanie spektakl Driesa Verhoevena Ceci n’est pas… (To nie jest…) Podczas pracy nad przedstawieniem w 2013 roku reżyser prowadził notatki, które uporządkował w formie wywiadu z samym sobą.

 

Prezentując określone tabu, staram się zilustrować DNA naszych czasów.

 

W Ceci n’est pas… pokazuję wyjątki od reguły. W umieszczonej w przestrzeni miasta gablocie pokazuję ludzi w nieoczywisty sposób. Niektórzy przechodnie odwrócą wzrok, inni zatrzymają się, aby popatrzeć i zastanowić się, czy/dlaczego przedstawiona scena jest kontrowersyjna. Dlaczego określone obrazy są skażone, choć przed dwiema dekadami można byłoby je pokazać bez problemu? Czy staliśmy się mniej tolerancyjni? A może utraciliśmy swoją naiwną poprawność polityczną? Czy powinniśmy staranniej chronić nasze dzieci przed niektórymi zjawiskami, czy raczej staliśmy się nadopiekuńczy?


Podobnie jak w przypadku wystaw etnologicznych, towarzyszący obrazowi tekst wprowadza stosowny kontekst. Prezentując określone tabu, staram się zilustrować DNA naszych czasów. Jedne obrazy będą bardziej, a inne mniej onieśmielające. Niektóre mogą nawet przejść moje oczekiwania. Traktuję gablotę jako pracownię, w której mogę codziennie testować nowy obraz, badając czułe punkty przechodniów.

 

Dlaczego konfrontuję niczego niepodejrzewających przechodniów z kontrowersyjnymi obrazami?


Pierwsze pytanie, jakie sobie zadaję, brzmi: z czym zazwyczaj stykamy się na ulicach? Jakie obrazy widzimy? Witryny sklepów i billboardy często prezentują sceny uspokajające, kojarzące się z sukcesem. Można stwierdzić, że przedsiębiorstwa i agencje reklamowe przejęły kontrolę nad przestrzenią publiczną, w której pokazują szczęśliwszą wersję nas samych. Perfekcyjne obrazy zadomawiają się w podświadomości, wpływając na nasze postrzeganie dobra, przyjemności, piękna czy szczęścia, zachęcając do kupowania określonych produktów. A może w ten sposób skłaniają nas do analizy własnego obrazu, jednocześnie wpływając na naszą samoocenę. Czy jest możliwe, że nasz prawdziwy wizerunek powoli mętnieje, gdy w sferze publicznej chwalimy się wyłącznie sukcesami? Wielu ludziom to nie przeszkadza lub być może nawet nie uświadamiają sobie istnienia takiego mechanizmu. Chętnie dostrzegają swoje odbicie w takich obrazach bądź czerpią z nich pozytywne informacje. Co jednak, jeśli ci to nie odpowiada – jeśli jesteś muzułmanką, która nie chce oglądać na ulicach reklam sklepu z bielizną Hunkemöller, lub jeśli przedstawiane szczęście jest poza twoim zasięgiem, bo jesteś osobą niepełnosprawną lub cierpisz na depresję, a treści reklam konfrontują cię z własnymi słabościami? Podziwiam ludzi, którzy wykorzystują ulice w celu eksponowania naszych niepokojów. Choćby artyści graffiti – jak Banksy – którzy stymulują umysł odbiorcy, zachęcając, aby typowy „stan rzeczy” kwestionować, a nie utwierdzać.

 

Czy udostępnienie skomplikowanym problemom życiowym miejsca w przestrzeni publicznej jest lepszym rozwiązaniem?


Tak uważam. Moim zdaniem ukrywanie ciemnych stron życia może przynosić szkody. Gdy odwiedzam takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Austria, całe widoczne dookoła piękno i szczęście sprawiają, że czuję się nieswojo i zastanawiam się, co jest ukryte pod zewnętrzną warstwą lukru. Ile ciemnych piwnic kryje się pod zielonymi wzgórzami? Ile zabójstw w szkołach popełniają dzieciaki, które czują, że już nie wpisują się w obraz amerykańskiego snu? Ujmując to inaczej, widoczny świat staje się przedstawieniem, swoistym Truman Show. Nie chciałbym, żeby to samo działo się w Holandii, jeśli nie zdołamy znaleźć miejsca dla wyjątków od reguły, jeśli ulice staną się witrynami idealnego życia. Dawniej ulica była miejscem spotkań, gdzie można było usiąść wspólnie pod drzewem i podyskutować o mniej oczywistych aspektach codzienności.
Zmagając się z własnymi lękami, pomijamy jeszcze istotniejsze tabu – kwestię własnej śmierci. Kiedy odwiedziłem Sri Lankę, rozmawiałem z pewnym buddystą o celowo nietkniętych ruinach budynków w zniszczonych przez tsunami turystycznych wioskach. Zapytałem, dlaczego ruin nie usunięto. Odpowiedział, że są one potrzebne, aby przypominać, że nic nie trwa wiecznie. Wyjaśnił, że ciągła konfrontacja z przejawami destrukcji – na przykład picie herbaty z pękniętej filiżanki – ma na niego, jako buddystę, pozytywny wpływ. Moim zdaniem w Holandii można uniknąć konfrontacji z takimi obrazami. Nie dawniej niż pięćdziesiąt lat temu wdowy miały w zwyczaju nosić czarne ubrania, co wyróżniało je z otoczenia. W wielu krajach cmentarze lokalizowane są w centrach miast, a starsze osoby często mieszkają ze swoimi dziećmi. Jeśli natomiast ktoś mieszka w miejscu, gdzie tematu śmierci można łatwo uniknąć, a pewnego dnia otrzymuje diagnozę nowotworu, wówczas szok może być znacznie dotkliwszy. Brakuje przygotowania. Gdy otaczamy się kojącymi obrazami, zetknięcie z nieoczekiwaną prawdą jest dużo boleśniejsze. Całkiem niedawno trafiłem na ulotkę domu pogrzebowego, przedstawiającą starszego motocyklistę uśmiechającego się do obiektywu aparatu. Dlaczego nie było tam zdjęcia nagrobka? Ten sam mechanizm sprawia, że organizacje humanitarne nie pokazują już bezbronnych afrykańskich dzieci. Uśmiechnięte dzieci generują znacznie więcej wpłat. Destrukcja nas paraliżuje.

 

Jeśli rzeczywiście tak jest, to dlaczego?


Może dlatego, że jako naród koncentrujemy się na handlu: naszą gospodarkę napędza biznes związany z unikaniem śmierci. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, ludzie poszukują oznak nadziei, a przywódcy polityczni przekonują, że najgorsze już za nami. Jeżeli wszyscy odsuniemy od siebie myśl o upadku, gospodarka tylko na tym skorzysta. Na tym polega ironia. Jeśli wszyscy będziemy dostatecznie długo oglądali program Ik hou van Holland (Kocham Cię Holandio), sytuacja w Holandii może faktycznie się poprawić. Rozpoznawalne oznaki sukcesu pozytywnie nastawiają nas do życia, co moim zdaniem tłumaczy wzrost nowych sentymentów narodowych. Takie obrazy uspokajają, a ostatecznie zachęcają do dodatkowych zakupów. Przygoda i zetknięcie z nieznanym są spychane na dalszy plan.


Może to także mieć związek z wpływem amerykańskiej kultury obrazu, w ramach której istnieje nieomal embargo na sceny przedstawiające niedoskonałość, kruchość, zniszczenie. Dotyczy to zarówno wizerunku starego, śmiertelnego ciała, ale też osoby niepełnosprawnej w nocnym klubie lub całującej się pary z zespołem Downa. Niedoskonałość kieruje nasze myśli ku śmierci, tak jak niegdyś motyw vanitas obecny w martwych naturach. Jednak to samo dotyczy całkiem spokojnych obrazów, na przykład dziewczynki w stroju kąpielowym, siedzącej na kolanach ojca, albo muzułmanina modlącego się na ulicy. Taki widok jest skomplikowany ze względu na możliwe ukryte niebezpieczeństwo. My tymczasem szukamy uspokojenia.

 

Czy nie jest to jednocześnie mechanizm przetrwania, dzwonek alarmowy, który przestrzega przed niebezpieczeństwem?


Tak, ale ważna jest świadomość – kiedy strach jest realny, a kiedy nieproporcjonalnie wyolbrzymiony. Istnieją obrazy wywołujące nierealistyczne obawy. W przypadku wspomnianej dziewczynki i jej ojca jestem pewien, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć pojawia się nieuzasadniony lęk. Wielu współczesnych ojców tak bardzo przejmuje się opinią innych ludzi, że mają coraz mniejszy fizyczny kontakt z własnymi dziećmi. Zaś dzieci pośrednio dowiadują się, że fizyczny kontakt z ojcem jest skażony, że niesie ze sobą zagrożenie. Moim zdaniem warto pokazać taki obraz miastu, aby skłonić ludzi do refleksji: „dlaczego” ta scena jest skażona? W ten sposób można rozbrajać strach wywoływany przez określone obrazy.

 

Czy nie obawiam się, że widzowie doznają tylko powierzchownego szoku?


Jeśli chcemy, żeby ktoś przystanął w przestrzeni publicznej, trzeba iść na całość – dotrzeć do ciał i umysłów. Być może niektórych mój modus operandi szokuje. Jednak w każdym tworzonym obrazie staram się wychodzić poza kontrowersję. Wybór nie jest łatwy: czy należy akceptować obojętność przechodniów, których nie obchodzi subtelny, poetycki obraz, czy raczej oburzenie osób, u których wzbudzam tak silne emocje, że tracą zdolność medytacji nad obrazem. Mam nadzieję, że zachęcam ludzi do zastanowienia się „dlaczego” doznają szoku. To, że niektóre obrazy mają status tabu – również dla mnie – mówi coś o naszych czasach. Dawniej byliśmy obojętni na obrazy, które dziś głęboko nas poruszają. W pewnym sensie korzystam z tabu, aby stworzyć mapę DNA współczesności. Ten cel staram się osiągać przy pomocy opisów umieszczonych na gablocie, stanowiących odbicie prezentowanych obrazów w szerszej perspektywie.

 

Czy przedstawiane obrazy stanowią tabu również dla mnie? Czy mnie też oburzają?


Uważam, że jest to naprawdę ważne, aby w obiektywny sposób przedstawiać rzeczy, których wolimy nie oglądać. Na przykład ja sam doświadczam dużego dyskomfortu na widok agresywnych dzieci. Wiem, że dzieci bawią się w wojnę, aby pozbyć się nadmiaru energii, i że brutalne gry komputerowe nie są aż tak szkodliwe, ale jeśli sam miałbym dzieci, nie pozwoliłbym im na to. Takie sytuacje wywołują u mnie panikę. Sama myśl o tym, że dziecko może być agresywne, jest dla mnie nie do przyjęcia. Równie trudno jest mi zaakceptować fakt, że jeśli wybuchłaby wojna, to zarówno ja, jak i współczesne dzieci bylibyśmy w nią zamieszani. Jednocześnie mam świadomość, że w tym stuleciu nie jest to wykluczone. To jeden z moich czułych punktów. Z jednej strony jestem przekonany, że historia powtarza się w cyklach. Po okresie boomu następuje czas przygnębienia i nacjonalizmu. Wycofujemy się na dobrze znane pozycje, odcinając od wszystkiego, co mogłoby zagrozić naszemu szczęściu. Nietrudno zauważyć, że mechanizmy z poprzednich stuleci dziś znowu się powtarzają. Z drugiej strony nie mogę zaakceptować życia w takich czasach, choć niezależnie od moich wysiłków nie zdołam odwrócić biegu zdarzeń. Wolę zatem obwiniać producentów Nintendo o agresję wśród dzieci, zamiast pogodzić się z tym, że wzrost agresji można było przewidzieć kilka dekad temu i że nadciąga kolejna wojna, będąca zupełnie poza moją strefą wpływów.

 

Czy istnieją obrazy, które dziś stanowią tabu, choć dawniej tak nie było?


Tak, moim zdaniem niektóre obrazy są „zagrożone wyginięciem”. Pociesza mnie myśl, że moja gablota próbuje je zachować. Podejrzewam, że w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byliśmy bardziej tolerancyjni wobec nieznanych zjawisk niż obecnie. Choć zmieniliśmy prawo i dziś dopuszczamy małżeństwa homoseksualne, to jednocześnie szaleństwo jakby zupełnie zniknęło z ulic. Gdzie podział się nagi facet, który dziesięć lat temu jeździł na wrotkach po Amsterdamie? A niezapomniane, realistyczne sceny seksu w holenderskich filmach – czy dziś też takie są? Najwidoczniej wykształcił się nowy rodzaj mieszczańskiej moralności, w ramach której każdy jest tolerowany, o ile nie przesadza. Squattersi są usuwani z zajmowanych budynków, imigranci nie powinni okazywać zbytniego przywiązania do swoich kultur. W sferze sztuki mam czasem wrażenie, że jako artyści staliśmy się bardziej ostrożni, brak nam odwagi, naginamy się stosownie do wymogów dotacji, opinii publicznej lub właścicieli galerii sztuki, przez co powstaje mniej prac impulsywnych, idiosynkratycznych, szalonych, dziwnych, bo takie dzieła tworzy się pod wpływem chwili. Ponadto motywacje współczesnych artystów zdają się być finansowe. Anarchizm i stwierdzenie, że moc drzemie także w destrukcji, stanowią temat tabu. Podobnie jak sztuka z elementami odzwierzęcymi, irracjonalnymi i pozarozsądkowymi. Gdzie podział się Fluxus? Gdzie jest Jan Wolkers? Tabu artysty jako destruktywnej siły można także dostrzec w poprzednich wiekach. Może więc wyzwolenie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych było tylko tymczasowe.

 

Tabu niepełnosprawności


To, że destrukcja stanowi tabu, można zauważyć na każdym kroku. W wyniku ograniczenia możliwych scenariuszy „elastycznego życia” osoba niepełnosprawna staje się wyjątkiem. Dlaczego od czasu wprowadzenia diagnostyki metodą CVS nadal rodzą się dzieci z zespołem Downa? Aborcja wydaje się mieć większą akceptację społeczną niż niepełnosprawność. W ten sposób cierpienie jest powoli usuwane z ulic. Dlatego gdy podczas wakacji spotykamy się oko w oko z osobą bez kończyn, odczuwamy (przez chwilę) zakłopotanie. Co możemy w tej sprawie zrobić? Czy ta osoba radzi sobie sama? Czy to nasza odpowiedzialność? Tolerancja stała się w Holandii zjawiskiem zinstytucjonalizowanym: państwo opiekuńcze zaproponowało długofalowe rozwiązanie wielu nieprzyjemnych kwestii. Wolność poglądów jest elementem systemu, ale w mniejszym stopniu elementem nas samych.

 

Dyskusyjna historia


Mamy wreszcie pewne obrazy z historii, które wolelibyśmy wymazać. Jako uczeń nie dowiedziałem się prawie niczego na temat masakry Indonezyjczyków po II wojnie światowej, podczas prób utrzymania naszej kolonii, co określono mianem „działań policyjnych”. Myśląc o XVII wieku, zazwyczaj przywołujemy obraz kwitnącego państwa. Mało mówi się o tym, że u podstaw tego rozkwitu leżała praca niewolników. Nie znajdziemy w Holandii żadnego imponującego muzeum poświęconego niewolnictwu. Jedyne holenderskie słowo przyjęte w wielu innych językach to „apartheid”. Jak daleko w głąb historii sięga holenderska tolerancja? Zauważmy, że Niemcy odczuwają znacznie większe zażenowanie z powodu dokonanych przez siebie zbrodni. Nie twierdzę, że powinniśmy pogrążać się w poczuciu winy i wstydu, ale chcę podtrzymać świadomość, że zło może czaić się w każdym z nas. Czystą arogancją jest pouczanie innych krajów w kwestii praw człowieka, niczym policjant, jeśli przy okazji nie przygląda się własnej historii. Niewolnictwo zniesiono sto pięćdziesiąt lat temu – to okres życia pięciu pokoleń.

 

Zwarte Piet (Czarny Piotruś)


Odniesienia do tej karty naszych dziejów zauważalne są przez cztery tygodnie w ciągu roku, gdy ulice zapełniają się odtwórcami postaci Czarnego Piotrusia. Szczerze mówiąc, zaczęła mnie już nudzić ta dyskusja. Dajcie spokój, to nic innego jak przejaw nostalgii! W moich oczach była to drobnostka. Jednak po rozmowie z kilkoma ciemnoskórymi chłopakami zacząłem się zastanawiać: jakie to uczucie być przedstawicielem mniejszości, w dodatku w roli sługi? Jeśli każdego dnia musisz toczyć walkę, żeby być traktowanym na równych prawach, to jak odbierasz narodowe święto, w którym pełnisz rolę akrobaty i pomocnika? A co gdyby pomocnikami Świętego Mikołaja byli Żydzi – słudzy w jarmułkach, z długimi pejsami? Czy dziwiłoby nas, gdyby społeczność żydowska protestowała przeciw takim występom?


Najśmieszniejsze jest to, że w ostatnich latach próbujemy stworzyć politycznie poprawną wersję Czarnego Piotrusia. Dziś uważa się za kontrowersyjne, gdy Piotruś nosi złote kolczyki i mówi z surinamskim akcentem. Fryzurę afro zastąpiły czarne loki. Uczniowie w szkołach będą śpiewać: „Grzeczne dzieci dostaną cukierki, a niegrzeczne nic”. Zrezygnowano już ze straszenia „rózgą”, czyli kominiarską miotełką z wierzbowych witek służącą do karcenia niesfornych pociech, lecz w rezultacie Piotruś stał się już tylko zwykłym klaunem, niezmiennie czarnym jak węgiel. Na widok osoby z Surinamu małe dzieci nadal krzyczą „Zwarte Piet”.


Tradycja Czarnego Piotrusia w dzisiejszym wydaniu sięga zaledwie lat czterdziestych ubiegłego stulecia, gdy Kanadyjczycy wyzwolili kraj i zorganizowali Sinterklaasparty z mnóstwem Czarnych Piotrusiów towarzyszących Sinterklaasowi. Czy nadszedł już czas, aby wykonać gest wobec ciemnoskórej społeczności i po osiemdziesięciu latach przemalować Czarnego Piotrusia na niebiesko albo zielono? Ta tzw. obrona tradycji pozostawia w ustach nacjonalistyczny posmak poglądów Rity Verdonk.

 

A może jestem jak Amerykanin, próbujący usunąć zło z ulic? W Waszyngtonie zakazano holenderskiego festynu Sinterklaasparty z udziałem Czarnych Piotrusiów…


Do licha. Wygląda na to, że mój tok myślenia zaprowadził mnie w ślepą uliczkę. Szczerze mówiąc, bardziej przeszkadza mi dążenie do „wygładzania” trudnych, ostrych tematów niż sama kwestia Czarnego Piotrusia. To cały czas dyskusja teoretyczna, natomiast w praktyce byłoby świetnie, gdybyśmy co roku na początku grudnia skorzystali z okazji, by przybliżyć dzieciom naszą historię. Chętnie pokazywałbym niewolnictwo na ulicach, podobnie jak ciało – śmiertelne, seksualne, zdeformowane. Nie powinniśmy robić z tego tematu tabu. Nie uważam, że przypudrowanie bólu i owinięcie go różową wstążką jest właściwym rozwiązaniem. Może to nawet większa zniewaga niż po prostu pokazywanie, z czego jesteśmy dumni jako Holendrzy. A jeśli to niemożliwe, jeśli postać czarnoskórego sługi przeszkadza nam mówić o przodkach wykorzystujących pracę niewolników, to zgadzam się – może lepiej zastąpić go niebieskim smerfem.

 

Czy moje osobiste podejście do poszczególnych obrazów ma znaczenie?


Nie. Nie chcę moralizować i wpływać na poglądy widza. Moim zdaniem powinienem raczej stanąć obok niego podczas próby konceptualizacji i opisania obrazu. Rozumiem, co miał na myśli buddysta mówiący o piciu herbaty z pękniętej filiżanki, ale ja sam jestem tylko Holendrem, posiadaczem modnej, nowoczesnej kuchni. Chcę pokazać widzowi, skąd biorą się jego i moje uprzedzenia. Oto czego my – jako społeczeństwo – nie lubimy oglądać w roku 2013. Kropka. Niezależnie od tego, czy to dobrze czy źle.
 

tłum. Łukasz Kotyński

 

Dries Verhoeven (1976)
reżyser holenderski, a także autor i scenograf. Swoje spotkanie z teatrem rozpoczął od scenografii. Współpracował m.in. z Lottą van den Berg, kuratorem idiomu „Paradoks widza” tegorocznego festiwalu Malta.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij