Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2013
Zakaz fotografowania: Przystanek Alaska
autor: Zyta Rudzka
Zakaz fotografowania: Przystanek Alaska
foto: Zuzanna Waś

Zwalniając, przejechała pod garbatym mostem i skręciła w drogę przy jeziorze, które w deszczu wyglądało jak mydlana zawiesina kipiąca szarymi pęcherzami.
Zatrzymała się. Ostrożnie wyszła z wozu, a potem ślizgając się, najpierw na żwirowanym podjeździe, a potem na mokrej trawie, ruszyła wzdłuż płotu, aż stanęła na palcach i wymacała klucz schowany w ceglanym uskoku pomiędzy rynną a framugą.
Tym razem zamek się nie zacinał, jakby w tym domu nie było już nic cennego.
Od razu zobaczyła, że wszystko, co swoje, spakował. Zniknęły leżące w bezładzie książki, mapy turystyczne południowej Szwecji i Danii z zaznaczonymi na czerwono szlakami. Nie było hantli ani wyżartego rdzą szyldu „Salon mebli holenderskich” znalezionego w igliwiu. Zostały talerze. Głębokie na płytkich. Rozstawione na stole do obiadu dla dwóch osób. Szklanki porzucone na wybrzuszonym blacie unosiły się jak do toastu, a widelce sczepiły się niczym kundle na podwórzu. W desce do krojenia chleba zobaczyła podkładkę gilotyny wyprofilowaną na swój prawy profil.
Jedno krzesło było ładnie przysunięte, drugie odchylone, ktoś odszedł na chwilę do kuchni po zapomnianą solniczkę. Usiadła na nim. Założyła nogę na nogę. Przesadnie energicznie, jakby chciała otrząsnąć się z tamtego dnia, w którego dekoracje właśnie wkroczyła z miną ofiarnej heroiny.
Nagle zobaczyła to ubranie. Wisiało na haku przy drzwiach. Przy złej pogodzie chodził w nim na ryby. Zmechacony kaszkiet w angielską kratę. Woskowana kapota kryjąca cholewy kaloszy. Wyglądało, jakby tam był. Odwrócony. Z twarzą przyciśniętą do ściany, tłumił przebiegły chichot.
W pośpiechu przebrała się. Kurtka nie miała wszystkich guzików, a włosy uciekały spod okrągłego denka czapki. W materiale przechował się jego zapach. Ślad potu ze spoconej skóry. Spowodował jedynie otępiałe rozbawienie; krótkie wspomnienie jego żylastej szyi rytmicznie nadymającej się w momencie gestykulacji. Tylko to, żadnych innych widmowych przebłysków.
Skulona, ledwo dobiegła do samochodu. Kilka razy prawie upadła, chwyciła się drzewa, zabolało, zdrapana kora dostała się pod paznokcie. Wślizgnęła się za kierownicę.
Ruszyła szybciej niż zwykle.
Deszcz zacinał. Wycieraczki piszczały jak małe gryzonie w odsłoniętym gnieździe. Sztywne rękawy krępowały ruchy. Pochyliła się, żeby wysunąć rękę i wtedy usłyszała huk. Nacisnęła hamulec, samochód zjechał na pobocze, przednie koła zsunęły się po błotnistym parowie. Uspokoiła oddech, uchyliła drzwi, wystawiła jedną nogę i wychyliła się, spoglądając za siebie.
Zwierzę leżało na środku drogi. Gdyby nie poroże, wzięłaby je za rozjechaną namoczoną tekturę. Rozpięła pasy i wydostała się z samochodu.
Korpus wydawał się ciepły, sierść wilgotna, jakby parująca. Spod cielska sączyła się maź. Cuchnęło niedrożną kanalizacją. Wyziewami azjatyckiej garkuchni.
Kiedy kucała, łoś nagle uniósł szyję. Chciał uciec, ale tylko na krótki moment dźwignął szyję i zaraz potem uderzył pyskiem o asfalt. Z chrap utoczyła się kleista woda. Dolna warga opadła, odsłaniając starte zęby.
Poczuła, że kurtka jest ciężka, a kaszkiet wżyna się w czoło. Przypomniała sobie o łopacie w bagażniku. Poszła po nią, a wracając, zastanawiała się, ile razy będzie musiała uderzyć w łeb, żeby szybciej zdechł.
Już nie dyszał, oczy pozostały rozwarte, mniej wodniste, matowe. Tylna łapa szybko i miarowo drgała w powietrzu, na niby biegnąc, na niby uciekając.
Wyprostowała się i zamachnęła się. Poczuła, jak pomiędzy żebra, w sam środek pleców, wchodzi siekiera. Upadła do przodu. Na twarz.
Nie mogła się podnieść. Kilka razy otwierała oczy, by oczyścić je z mokrego żwiru. Przy policzku leżała pęcina z kępą mokrej trawy na kopycie. Nikogo nie było. Tylko leśna przecinka z niskim stropem nieba. Dalej, gnijące zabudowania kempingu, jak zgubione na polanie dziecięce zabawki. Zbliżała się torebka, wzlatywała szarpana wiatrem, nieruchomiała i znów ruszała w jej kierunku. Pomyślała, że gdyby została w swojej kurtce, na pewno starczyłoby jej sił, by dopełznąć ręką do kieszeni. Wiele by dała za papierosa, już przypalonego, włożonego prosto w usta.
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij