Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
7-8/2013
Martwi, cyniczni, zniewoleni
autor: Grzegorz Kondrasiuk
Martwi, cyniczni, zniewoleni
foto: Bartłomiej Sowa

Spektakl stworzony w imieniu ofiar rynku i modernizacji, przemawia językiem inteligenckich kodów, którego nie są w stanie zatrzeć inwektywy gęsto padające ze sceny.

 

Lubelski Teatr im. Juliusza Osterwy przez ostatnie lata i kolejne fale sporów o teatr, sztukę krytyczną czy wizję polskiej kultury pozostawał na pozycjach bezpiecznego dystansu. Kiedy teatralna Polska odkrywała kolejne nowinki, spoglądając w stronę postdramatyzmu, teatru politycznego czy lokalnej historii, jedyny miejski teatr dramatyczny w Lublinie dostarczał „swojej” publiczności, wedle świętego prawa przyzwyczajenia, kolejne sezony komponowane według złotej formuły: klasyka (najlepiej z listy szkolnych lektur) – komedia – sztuka współczesna – bajka. Sytuacja zmieniła się wraz z objęciem dyrektorskiego fotela przez Artura Tyszkiewicza (po Krzysztofie Babickim).
Dobiega właśnie końca pierwszy sezon, w którym Tyszkiewicz w pełni odpowiada za ofertę kierowanej przez siebie placówki, decydując się na strategię zgoła inną od odziedziczonej po poprzednikach. Na razie kolejni twórcy zaproszeni do pracy z lubelskim zespołem rozmontowują konsensus wypracowany przez dekady: Mateusz Pakuła i Eva Rysová, Agnieszka Korytkowska-Mazur i Dana Łukasińska, wreszcie – Paweł Demirski z Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł w reżyserii Remigiusza Brzyka. Każdy z nich skonfrontował lubelskich aktorów, przyzwyczajonych do wielkoobsadowych, wystawnych realizacji, utrzymanych w dość jednorodnej stylistyce bazującej na dramatycznym i komediowym aktorstwie psychologicznym – z odmiennymi, już nie tak oczywistymi sposobami myślenia o widowisku.
Tyszkiewicz, który paradoksalnie jako reżyser nie ma przecież (na szczęście?) łatki eksperymentatora – konsekwentnie prowadzi, nieco na uboczu, niewielkie laboratorium form i idei, tym bardziej interesujące, że niejednoznaczne, wewnętrznie sprzeczne, niełatwe do szybkiego rozpoznania w myśl dwubiegunowej klasyfikacji, rozpiętej na standardowej parze nowoczesność – anachronizm. Dodajmy – ciekawe również ze względu na publiczność, nieco, jak się wydaje, zdezorientowaną i zaskoczoną. Powoli staje się jasne, że zerwany został mocno ugruntowany pakt, w myśl którego teatr jest miejscem ceremonialnej petryfikacji kanonu. Zamiast tego – Lublin ma dziś teatr zróżnicowany estetycznie i światopoglądowo, w którym orientacja na arcydzieła i klasyczny typ komedii jest tylko jedną z propozycji. Teatr wyciągający wnioski z kondycji ponowoczesności, gdzie kultura wysoka i stojący za nią świat wartości stały się jedną z subkultur (w myśl przewrotnej sentencji Wojciecha Burszty). Z pewnością wciąż otwarte pozostają pytania, czy ten nowy pakt zostanie przez obie strony przypieczętowany, i czy premiera Demirskiego/Brzyka do tego się przyczyni?
Tak, w dużym skrócie, przedstawiają się okoliczności, w jakich Paweł Demirski – gdy już chyba wszędzie indziej „odniósł sukces”, po wielu latach od debiutu – trafił do Lublina. Ten szkic lokalnego kontekstu, istotnego głównie dla bezpośrednich uczestników i obserwatorów zdarzeń, byłby może niepotrzebny, gdyby nie charakter twórczości teatralnej Demirskiego, karmiącej się od czasów gdańskiego Szybkiego Teatru Miejskiego właśnie lokalnymi tematami i sprzecznościami. Premiera Był sobie… odbyła się przecież w Wałbrzychu (2007), i był to jeden z „hitów”, który z podrzędnej pozycji wywindował Teatr im. Jerzego Szaniawskiego i przywrócił mu publiczność. Nie trzeba też chyba przypominać, że stworzenie formuły, która była w stanie udźwignąć napięcie prowincja – centrum, było najczęściej wskazywaną przyczyną tego sukcesu.
Tony te powracają w lubelskiej realizacji. „Chcę pojechać do Warszawy, gdzie jest jakiś wreszcie dobry teatr” – tymi słowami rozpoczyna się lubelski spektakl, stwarzając sugestię przemawiania w imieniu nie tylko przedstawicieli nacji wymienionej trzykrotnie w tytule sztuki, ale i mieszkańców Polski B. W spektaklu Brzyka pojawia się też kilka innych chwytów „lokalizujących” dramat. I tak Dresiarz z dramatu Demirskiego, zgodnie z najprostszą logiką, u Brzyka jest kibicem lokalnego klubu (zgadnijcie Państwo, w której lidze gra ta drużyna?). A jednak, to, co udało się w wałbrzyskiej serii Piotrowi Kruszczyńskiemu (a wcześniej w Legnicy Jackowi Głombowi), nie może udać się za sprawą jednego, sprawnie adaptowanego z oryginału przedstawienia. Lublin pojawia się tu raczej jako kolejna wariacja na motywach opowieści prowincjonalnej, gra ze stereotypem „wieśniackiej” prowincji jako miejsca wypchniętego (chciałoby się powiedzieć wykluczonego) poza możliwość przedstawiania, napiętnowanego podwójnie – przez polskość i prowincjonalność. W tej sytuacji cały ciężar tematyczny przenosi się na motywy ojczyźniane…
Przód sceny, na całej jej szerokości, Brzyk zabudował obskurną klatką wyznaczającą protagonistom pole gry. Będzie to czyściec-poczekalnia dla zgromadzonej tu ósemki martwych, ale dość gadatliwych postaci. W tym karykaturalnym seansie spotkają się: Gwiazdka (Marta Ledwoń), Wanda (Marta Sroka), Staruszka (Halszka Lehman), Generał (Krzysztof Olchawa), Chłopiec (Daniel Dobosz), Turysta (Przemysław Gąsiorowicz), Dresiarz (Wojciech Rusin) i Biskup (Paweł Kos). W oczekiwaniu na ostatni etap podróży spowiadają się widowni ze swoich obsesji, aby w końcu powierzyć jej historie swojego życia.
Gra toczy się w niełatwej, wymagającej, abstrakcyjnej przestrzeni „pomiędzy” (reżyser-scenarzysta, jak się zdaje, czyni tu ukłon w stronę Christopha Marthalera), w pełnej charakteryzacji rodem z horroru, pomiędzy biegunami psychologizmu i dystansu, miksując szyderstwa z emfazą (z nadreprezentacją tej ostatniej w wykonaniu Marty Sroki i Halszki Lehman). Do granicy biologicznej dosłowności zbliżają swoje role Przemysław Gąsiorowicz, Wojciech Rusin i Daniel Dobosz, najwdzięczniejsze zadanie (z punktu widzenia publiczności) należy do obsadzanego zazwyczaj w rolach romantycznych drani Krzysztofa Olchawy, ale właściwie każdy z uczestników tego koncertu wygrywa tu swoją intensywną, uważną partyturę. Zasługą nie tylko adaptacji Brzyka, który mocno pociął wyjściowy tekst, ale także pracy zespołowej jest pełna płynność, z jaką aktorzy oddają poszatkowaną rzeczywistość dramatu.
Demirski i Brzyk konstruują w Był sobie… narodowe imaginarium, jeszcze jedną szyderczą reminiscencję na temat Dziadów, która ma wymierzyć sprawiedliwość, w ich opinii, raczej żałosnemu niż wzniosłemu narodowi. To teatr, który „ma poglądy”, zgryźliwie komentujący zdobycze dwóch dekad polskiego projektu transformacji, żerujący na stereotypach narodowych i społecznych, zmiksowanych z gorącymi medialnymi tematami. Galeria postaci dźwiga więc spory ideologiczny ciężar. Mamy tu zakompleksioną celebrytkę, całkowicie zdeklasowaną emerytkę, żydowską marę z wojennych lat, przypominającą o nie całkiem czystym polskim sumieniu, karykaturę generała Jaruzelskiego, eurosierotę, niemieckiego turystę-faszystę, kibola, biskupa obciążonego aferą seksualną. Kiedy więc w pewnym momencie wszystkie postaci tego dramatu kręcą młynka kibicowskimi szalikami, rytualnie porykując „Moootor!”, jasna jest intencja twórców, stawiających tytułowemu Polakowi (czy może resztkom formacji kulturowej, która ukształtowała ten fantom „polskości”) diagnozę stanu pozawałowego, w rozkroku między cynizmem a ideologicznym niewolnictwem.
Tu pojawić się musi podstawowa wątpliwość: czy ta zbieranina powinna rościć sobie prawo do reprezentatywności? Czy naprawdę „kompleks Polski” jest sumą nienawistnych relacji z Niemcami, poddańczo-nienawistnych z „Ruskami”, wyparcia problemu żydowskiego trupa w szafie i aktualnych kwestii ekonomicznych oraz światopoglądowych? Czy są w tej karykaturze, sprawnie i dowcipnie nakreślonej grubymi krechami, miejsca puste i domagające się wypełnienia? Oraz druga, nie mniej problematyczna kwestia, związana z paradoksami, w jakie uwikłana jest sztuka krytyczna, realizowana instytucjonalnymi kanałami. Jest to porozumienie za pomocą kodów właściwych dla formacji inteligenckiej (czego nie są w stanie zatrzeć inwektywy gęsto padające ze sceny). Spektakl stworzony niejako w imieniu tych, którzy głosu nie zabierają, emerytów i dresiarzy, ofiar rynku i modernizacji wykluczonych z dyskursu. Za nich i dla nich, ale raczej – nie do nich.
Czy ktokolwiek z wypchniętych obejrzy to przedstawienie i uzna je za swoje? A jeśli już zdecyduje się, za niebotyczną cenę trzydziestu paru złotych, na udział w społecznej ceremonii, to uczyni tak w nadziei, by o swoich problemach zapomnieć czy ujrzeć ich upostaciowienie?
 

Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie
Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł Pawła Demirskiego
reżyseria i scenografia Remigiusz Brzyk
kostiumy, współpraca scenograficzna Iga Słupska, Szymon Szewczyk
muzyka Jacek Grudzień
opieka dramaturgiczna Paweł Demirski
premiera 25 maja 2013
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/http://festiwalsluchowisk.blogspot.com/http://scenaotwarta.pl/http://muzeumkarykatury.pl/joomla/index.php?option=com_content&view=article&id=1256&Itemid=528


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij