Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
7-8/2015
W ogrodzie nostalgii
autor: Aneta Głowacka
W ogrodzie nostalgii
foto: Krzysztof Lisiak

Mimo oderwania od potocznie znanej faktografii Czarnego ogrodu Małgorzaty Szejnert i osadzenia opowieści w poetyce realizmu magicznego Jackowi Głombowi nie do końca udało się pokazać Śląsk z innej perspektywy.

 

Książka Małgorzaty Szejnert Czarny ogród zdobyła na Górnym Śląsku dużą popularność, porównywalną z Piątą stroną świata Kazimierza Kutza. Autorka, w przeszłości związana z działem reportażu w „Gazecie Wyborczej”, stworzyła ze wspomnień, zachowanych dokumentów, listów, zdjęć i zapisków mieszkańców dwóch zabytkowych katowickich dzielnic Giszowca i Nikiszowca kronikę miejsca, w której fakty przeplatają się z anegdotami i lokalnymi mitami.


Opowieść Szejnert rozpoczyna się na początku XX wieku, kiedy mieszkańcy okolicznych wiosek przybywają do pracy w kopalniach i hutach zarządzanych przez niemiecką spółkę Giesche. Zatrzymuje zaś na współczesności, gdy podejmuje się próby uratowania tego, co pozostało z zaprojektowanego z rozmachem sto lat wcześniej przez braci Zillmanów osiedla górniczego, wpisującego się w wymyśloną przez Ebenezera Howarda koncepcję miasta ogrodu. Autorka, chociaż nie urodziła się na Śląsku, z wielkim wyczuciem rejestruje koleje losów poszczególnych śląskich rodzin, w zbiór faktów, dat i liczb umiejętnie wplatając rys obyczajowy. Oddając głos prywatnym narracjom, konstruuje historię ogólną, na którą składają się powstania śląskie, plebiscyty, kryzysy gospodarcze, lata wojennej zawieruchy i okres komunizmu, zwłaszcza tuż po wojnie oznaczający dla miejscowej ludności narodowościową i kulturową dyskryminację. Wnikliwość i precyzja autorki w portretowaniu miejsca połączone z darem narracji złożyły się na zajmującą opowieść. Nietrudno więc zrozumieć Roberta Talarczyka, dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, że zdecydował się na przeniesienie Czarnego ogrodu na scenę w 150. rocznicę powstania miasta.


Propozycję inscenizacji zbioru reportaży otrzymał Jacek Głomb, uchodzący powszechnie za specjalistę od teatru historii lokalnych. Dyrektor teatru postawił więc na sprawdzoną kartę, jednocześnie wybierając twórcę spoza regionu, który mógłby poprowadzić kolejną narrację o Górnym Śląsku w nieco inny sposób. Wydaje się jednak, że mimo oderwania od potocznie znanej faktografii i osadzenia opowieści w poetyce realizmu magicznego nie do końca się to udało. Przedstawienie uderza w te same nostalgiczne tony, co wcześniejsze śląskie opowieści, chociaż widoczne są próby wymknięcia się ze stereotypu prezentowanej dotychczas na katowickiej scenie lokalnej tematyki. Efekt tych starań bywa różny.


Zapadają w pamięć oniryczne, poetyckie sceny, jak ta z kręcącą się powoli drewnianą karuzelą, która staje się metaforą upływającego czasu. Najpierw spędzają na niej czas dzieci, wyglądające jak skopiowane z przedwojennych zdjęć. Później drewniane konie na biegunach zostają wymienione na kiczowate łabędzie, emblematy tandety towarzyszącej transformacji ustrojowej w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Jednak pośród sprawnie napisanych i zmontowanych scen pojawiają się też takie, które budzą irytację. Trudno zrozumieć, dlaczego obok stylizowanych na gwarę, naturalnie brzmiących dialogów, znalazły się tak niewyszukane żarty, jak ten z początku sztuki. Na pytanie Boga: „Kim są górnicy?”, pada odpowiedź: „To pewnie ci, co chodzą po górach”. Nie przekonują mnie również powierzchowne nawiązania do współczesności, ograniczające się do podanej w ironicznym cudzysłowie informacji o wysokości dopłaty do każdej wydobytej tony węgla.


Decydując się na realizm magiczny, reżyser zrezygnował z kronikarskiej skrupulatności literackiego pierwowzoru, co jest zrozumiałe: mnogość mniej lub bardziej epizodycznych bohaterów, zestawienia, daty i liczby niekoniecznie sprawdzają się na scenie. Krzysztof Kopka, odpowiedzialny za adaptację, stworzył więc scenariusz wyrastający z opisu konkretnej rzeczywistości, ale z nadbudowaną nad nią aurą nadnaturalności, nadającą całości charakter uniwersalny. Autor adaptacji porzucił również porządek przyczynowo-skutkowy na rzecz struktury epizodycznej. Biorąc pod uwagę materiał wyjściowy, wydaje się to oczywiste.


Są jednak słabsze strony tego rozwiązania – opowieść nie zawsze jest zrozumiała dla widza, zwłaszcza że aktorzy grają po kilka postaci. Nakładają się na siebie zarówno bohaterowie, jak i zdarzenia. Gdyby jednak czytać tę opowieść w oderwaniu od historycznego konkretu, ma ona wartość przypowieści o ludziach, którzy pomimo historycznych i politycznych wiraży zachowali zręby wspólnoty. Męczy jednak powtarzalność, zwłaszcza w drugiej części, epizodów i scen dotyczących indywidualnych losów. Przedstawienie niepotrzebnie się wówczas rozciąga i gubi rytm. Dla widzów, którzy znają książkę Szejnert, Czarny ogród w adaptacji Kopki może być zaskoczeniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że sposób, w jaki został przepisany, dyskwalifikuje ten spektakl, jakkolwiek z pierwowzorem łączy się w luźny sposób, jest raczej wariacją na temat książki.


Przedstawienie ma strukturę klamrową. Akcja rozpoczyna się w niebie, z którego ucieka Wojciech Bywalec. W książce Szejnert to postać drugoplanowa. Wiemy, że był górnikiem, który migrował za pracą ze Śląska do Westfalii i z powrotem, co skrupulatnie odnotowywał w pamiętniku. Bywalec był również wielbicielem muzyki, i wszędzie, gdzie się pojawił, zakładał chóry oraz kółka śpiewacze. W spektaklu Głomba bohater grany przez Bernarda Krawczyka, ubrany w cylinder i jasny płócienny płaszcz, również wybiera się w podróż. Tym razem na ziemię. Niechęć do anielskich chórów i tęsknota za miejscem urodzenia stają się impulsem ucieczki, która przypomina podróż do wnętrza ziemi, w sensie dosłownym i metaforycznym. Małgorzata Bulanda zaprojektowała intrygującą surową przestrzeń, przywodzącą na myśl wnętrze kopalnianego szybu. W jego głębi Bywalec spotyka dawnych przyjaciół, z którymi kiedyś muzykował, mieszkańców Giszowca i Nikiszowca oraz tych wszystkich, którzy przyczynili się do powstania i rozwoju górniczych enklaw w miejscu wykarczowanej puszczy.


Zgodnie z logiką narracji mitograficznej wędrówka przez dzieje i kulturę przodków rozpoczyna się od wydarzenia fundującego zmiany na Śląsku, a więc odkrycia złóż galmanu. Minerał współcześnie określany jako ruda cynku ściąga poszukiwaczy szczęścia i zysku. Jednym z nich jest Georg Giesche. Jego nazwisko znajdzie się w przyszłości w nazwie spółki – symbolu sukcesu w przemyśle wydobywczym i hutniczym. Na zawsze też koncern Georg von Giesches Erben zrośnie się z historią założonych na południe od Katowic koloni dla robotników.


Konstruując oniryczne obrazy, reżyser przeprowadza widzów przez kolejne zakręty historii Górnego Śląska, na żadnym z nich nie zatrzymując się dłużej. Powstania śląskie, narodziny ruchu robotniczego i wojna stają się zaledwie tłem dla prywatnych historii. Na ich całokształt składają się zarówno niespełnione miłości, decyzje o małżeństwie (czasem z rozsądku) czy narodziny dzieci, jak i przeżycia wspólnotowe: pieczenie chleba w piekarnioku, próby chóru, wizyty u fryzjera czy walka o proboszcza, którego chce się pozbyć komunistyczna władza. Wedle podobnej zasady pojawiają się bohaterowie. Mamy tu zarówno postacie historyczne: m.in. Georga Giesche (Andrzej Warcaba), zarządcę kopalni Uthemanna (Grzegorz Przybył), jak i lokalne osobowości: Ewalda Gawlika (Bartłomiej Błaszczyński) czy miejscowego społecznika Ludwika Lubowieckiego (Grzegorz Przybył), którzy występują na tych samych zasadach, co osoby szerzej nieznane. Postacie, być może z racji mozaikowej struktury spektaklu, są potraktowane przez aktorów raczej szkicowo, dlatego warto w tym miejscu zwrócić uwagę na Dariusza Chojnackiego, który wcielił się w Alberta Badurę, ojca Doroty Simonides. Jego rozmowy z córką zawierają ogromny ładunek prawdy i emocji.


Przygoda Wojciecha Bywalca, jak łatwo przewidzieć, kończy się powrotem do nieba. Przed odejściem wygłasza jednak credo, że „Śląsk to węgiel”, na co Ludwik Lubowiecki dodaje: „Trza się z nim pożegnać i o nim pamiętać”. Zarówno to podsumowanie, jak i cała opowieść idealnie wpisują się w koncepcję „tradycji wynalezionej” brytyjskiego historyka Erica Hobsbawma. Mówi ona o mechanizmie wyrażania pamięci o przeszłości na zasadzie stałego przypominania, by w ten sposób wywołać w odbiorcy uczucie powiązania z historią i tradycją. Zważywszy, że podobną zasadą rządziły się poprzednie premiery z cyklu „Śląsk święty/Śląsk przeklęty” w Teatrze Śląskim, wydaje się, że zarówno zamiar dyrektora teatru jak i reżysera – przedstawienia regionu z nieco innej perspektywy – nie do końca się udał.

 

Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach
Czarny ogród Małgorzaty Szejnert
scenariusz Krzysztof Kopka
reżyseria Jacek Głomb
scenografia i kostiumy Małgorzata Bulanda
muzyka Bartek Straburzyński
ruch sceniczny Witold Jurewicz
prapremiera 17 kwietnia 2015

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij