Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2017
Oczami dziecka
autor: Kalina Zalewska
Oczami dziecka
foto: Maksym Rudnik / Muzeum Powstania Warszawskiego

Rosjanin przyjrzał się naszemu powstaniu i zobaczył podobny konflikt toczący się pół wieku później – wojnę w Groznym.

 

W tym roku sierpniowe przedstawienie w Muzeum Powstania Warszawskiego po raz pierwszy powierzono cudzoziemcowi, choć takiemu, który od dziesięciu lat pracuje w Polsce, jest autorem i reżyserem wielu spektakli, należących do najciekawszych propozycji naszych scen. Mowa rzecz jasna o Iwanie Wyrypajewie. Rosjanin przyjrzał się naszemu powstaniu i zobaczył podobny konflikt toczący się pół wieku później – wojnę w Groznym.


Pomysł leżał na ulicy, ale dotąd nikt na to nie wpadł. Młodzi polscy reżyserzy podważali sens powstania, zwracając uwagę na los cywilów i cenę, jaką zapłacili (takie było przesłanie zdecydowanej większości teatralnych realizacji), nie pomyśleli jednak o dzisiejszych odmianach tego fenomenu. Z pewnością więc Wyrypajew otworzył nowe pole skojarzeń.


Nie wszystkim to się spodobało. Temida Stankiewicz-Podhorecka zaprotestowała na łamach „Naszego Dziennika”, widząc w Muzeum miejsce pamięci powstania warszawskiego, ale już żadnego innego. Tymczasem może zmiana optyki jest szansą na nową, szerszą refleksję nad sytuacją, jaka spotyka narody, które narażą się silniejszym (lub których interes trzeba poświęcić dla wielkiej polityki, co pokazywał w Muzeum Michał Zadara). Czy Ukraina, kilka lat temu zaatakowana przez Rosję, nie powtarza w jakimś stopniu polskiego doświadczenia z lat ostatniej wojny? Czy mała Czeczenia, która po rozpadzie ZSRR walczyła o niezależność, wywołując konflikt zbrojny, przy wszystkich różnicach, nie jest tematem powstaniu warszawskiemu pokrewnym?


Pierwsza wojna czeczeńska toczyła się w połowie lat dziewięćdziesiątych, druga, wywołana incydentem w Biesłanie, na przełomie wieków. Walki objęły cały kraj, ale skoncentrowały się w jego stolicy. Zdobycie Groznego za każdym razem miało znaczenie pierwszorzędne. Rosyjska okupacja Czeczenii była wojną o odzyskanie dawnych wpływów (neokolonializm postsowiecki?), ale zarazem – wzorem nowego typu wojen kulturowych – starciem dwóch cywilizacji, w którym wyposażone w czołgi i samoloty imperium walczyło z partyzantką posługującą się atakami terrorystycznymi i fundamentalistyczną interpretacją świata. Militarna przewaga Rosjan spowodowała, że Grozny pod koniec drugiej wojny wyglądał tak, jak Warszawa pod koniec powstania, a największe straty ponieśli, podobnie jak u nas, cywile, których zabijano, traktując to jako formę nacisku na przeciwnika.


Wyrypajew wykorzystał w spektaklu unikalny literacki dokument. Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej, dziewczynki, która dojrzewała podczas obu wojen, przeżywając je razem z matką. O ojcu nic nie wiadomo, ukochany dziadek Poliny, jedyna szansa na męskie wsparcie, ginie w pierwszych dniach wojny. Z początku mała bohaterka ledwo orientuje się w rzeczywistości. Z czasem staje się zahartowaną mieszkanką oblężonego miasta, potrafiącą ocenić skalę zagrożenia.


Diariusz Żerebcowej kojarzy się z Pamiętnikiem z powstania warszawskiego, podstawowym dla nas opisem powstańczej epopei cywilów i miasta, przypomnianym w Muzeum kilka lat temu w interpretacji Krystyny Jandy. Zapiski dziewczynki dokumentują podobną sytuację, w której życie cywilów zależy całkowicie od działań wojennych.


Dziennik czeczeński kojarzy się też z Pamiętnikiem Anny Frank. Wojna widziana oczami dojrzewającego dziecka, zdumionego barbarzyństwem dorosłych, niegodzącego się z regułami wojennej gry, usiłującego ocalić wiarę w porządek świata i życie najbliższych – to perspektywa wspólna obu autorkom. Jakby dziewczynka wyczuwała, że wojna narzucając swoje prawa, może okaleczyć ją nie tylko fizycznie.
Matka Poliny jest Rosjanką, nie chce jednak wyjechać z Groznego, uważa, że tu jest ich dom i ojczyzna. Rosjanie w diasporze: mieszkający w byłych republikach radzieckich, wychowani w nich, czasem czują się z nimi związani podobnie jak rdzenni mieszkańcy. Właśnie pozostanie w mieście staje się tu wyznacznikiem patriotyzmu, podzieleniem losu ojczyzny. Ale Rosjanie mogą stać się niechciani, gdy imperium postanowi zaprowadzić w byłych republikach własny porządek.


Toteż Polina przede wszystkim uczy się bić i oddawać razy przeciwnikom, a nawet im grozić. Uznana za przedstawicielkę okupanta, bywa w szkole szykanowana przez czeczeńskich kolegów. Nie skarży się jednak dorosłym. W końcu zaczyna się stawiać, a nawet oddawać razy. Wymusza dla siebie szacunek, ucinając ten proceder. Dzieci w Groznym chodzą do szkoły, ale także z trudem zdobywają pożywienie i giną podczas nalotów.


Na przekór realiom bohaterka chce przeżyć te etapy życia, do których mają prawo nastolatkowie w normalnym świecie. Podkochuje się w rówieśniku. Ćwiczy jogę i medytuje, co silnie kontrastuje z wojennymi działaniami. Podobnie jak Anna Frank stara się normalnie dorosnąć, tylko pół wieku później manifestuje się to trochę inaczej.


Jest jednak jeszcze coś, co stanowi o wyjątkowości tego świadectwa. Dziennik czeczeński, w tej części, którą poznajemy w spektaklu, jest zapisem wewnętrznej walki jego autorki o uczucia metafizyczne, a może w istocie o własne człowieczeństwo. Obserwujemy przyspieszone dojrzewanie dziewczynki. Przede wszystkim pojawia się silna potrzeba podziału na dobro i zło, wytyczenia granic, porządkowania rozpadającego się świata. Strach przed śmiercią, ale i jej ciekawość. Polina nieustannie się o nią ociera, na ulicach ogląda zwłoki zastrzelonych, dowiaduje się o zgonie bliskich, i nie chce o nich zapomnieć. Zmarli przychodzą we śnie, tak jak sama śmierć – zjawiająca się czasem w popkulturowych figurach, czasem w postaci katolickiego księdza. Wracają, bo nadal się o nich pamięta, ma się potrzebę rozmowy z nimi. Granica między światem żywych i zmarłych, mimo że tak realna, zdaje się zacierać. Jest trochę tak jak w Dziadach, łącznie z ludowym wymiarem dramatu. Kiedy śmierć przychodzi po matkę, Polina stawia jej czoła i zaczyna się targować. Mobilizuje wszystkie siły. I okazuje się, że ta ustępuje, odracza swój wyrok na długi czas, podając zresztą konkretną datę.


Wyrypajew inscenizuje to wszystko we właściwej sobie poetyce. Rolę czytającego dziennik powierzył Andrzejowi Sewerynowi. Aktor podaje tekst znakomicie, nie grając rzecz jasna bohaterki, tylko wyraźnie interpretując sens jej zapisków. Nie chodzi bowiem o to, by widzowie naiwnie przeżywali kolejne perypetie, ale by zdali sobie sprawę, czego słuchają. Skoro eteryczna Karolina Gruszka przekazywała nam w Lipcu relację mordercy i degenerata, to Andrzej Seweryn może dotrzeć do widowni z pamiętnikiem dojrzewającej dziewczyny.


Przeciwwagą dla niełatwych treści jest abstrakcyjna, piękna scenografia Anny Met, muzyka grana na żywo przez pianistkę w wieku bohaterki, kiedy ta zaczynała pisać swój dziennik, oraz absolutny spokój i skupienie aktora, który usiłuje przekazać nam, co czuje w czasie wojny pojedynczy człowiek. A właściwie ktoś, kto się dopiero nim staje, kształtuje swoją wolę i charakter, uczy się oddawać razy i walczyć ze śmiercią.


Spektakl pokazuje, że trudnym treściom można nadać wyważoną i elegancką formę, a spisywane na gorąco przeżycia zinterpretować tak, że mamy do czynienia ze sztuką. Że formą i treścią można grać na zasadzie kontrastu, a artysta nie musi używać brzytwy, by przerazić widokiem krwi. Wystarczy, że odwoła się do naszej wyobraźni. Widać też, że jeśli udzielimy komuś uwagi, a on odsłoni przed nami swój świat, możemy go poznać i zrozumieć, doświadczyć spotkania, a wtedy okazuje się, że przeżycia cywilów podczas działań wojennych, mimo różnicy kultur, epok, okoliczności, a nawet strony, po której się znajdują, mają wspólny mianownik.


Dziennik czeczeński to cenna lekcja dla reżyserów, którzy pracowali dotąd w Sali pod Liberatorem. Niemal wszyscy operują podobnymi środkami wyrazu i jeśli chcą nas zbulwersować, każą aktorom krzyczeć, nerwowo podskakiwać, smarować się czerwoną farbą i rozrzucać papiery. Tymczasem Wyrypajew osiąga efekt, zachowując spokój. Wie, że nie wygra z siłą telewizyjnych relacji. Z prawdą sytuacji i weryzmem obrazu. Wierzy natomiast, że słowo na scenie nadal posiada moc, jeśli stworzy mu się odpowiednie warunki. A dobry aktor może wiele zdziałać, zmieniając tembr głosu, robiąc pauzy albo nagle zawieszając opowieść.


Wierzy też, że ma unikalną relację – wojnę widzianą oczami dziecka. Bo Dziennik czeczeński jest książką, na przetłumaczenie i wydanie której warto czekać. Jego autorka także musiała uwierzyć – w siłę i niepowtarzalność jednostkowego doświadczenia, w pisanie, które ocali jej integralność, a może i sens świata. Teraz to już dorosła kobieta, która na premierę spektaklu przyjechała z Finlandii. Uważa się za kosmopolitkę, jest po stronie tych, którzy nie potrafią strzelać.

 

Muzeum Powstania Warszawskiego
Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej
tłumaczenie Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria, światła, opracowanie muzyczne Iwan Wyrypajew
scenografia Anna Met
kostiumy Katarzyna Lewińska
oprawa muzyczna Adela Schimscheiner
premiera 1 sierpnia 2017

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij