Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
1/2012
Ćwiczenia z awangardy
autor: Adam Karol Drozdowski
Ćwiczenia z awangardy
foto: Krzysztof Bieliński

Premiera Idioty na podstawie Dostojewskiego miała wszelkie dane po temu, by okazać się najważniejszą propozycją w repertuarze Studio. Tak się nie stało. Zabrakło intelektualnej precyzji.

Przez długi czas z zainteresowaniem obserwowałem rozwój kolejnych grup teatralnych, wyrosłych bezpośrednio z Gardzienic czy z fascynacji Gardzienicką estetyką. Rodziło się ich sporo, również w teatrze amatorskim, studenckim, większość okazywała się tworami efemerycznymi. Łatwo zachłysnąć się ideą-legendą teatru wspólnotowego, trudniej ją zrealizować. Tym ciekawsze było przypatrywanie się Bramie, Zarowi, Chorei czy Pieśni Kozła.
Grzegorz Bral prowadził założoną przez siebie grupę w możliwie najrozsądniejszy sposób. Pracując na rzecz skonsolidowania zespołu, ujawniał wobec publiczności jedynie uteatralizowane wyjątki z ćwiczeń warsztatowych. Widowiska te spotykały się z entuzjastycznym przyjęciem, pokazując niewątpliwy potencjał, ale Bral pozostawiał je w formie work in progress, nie rzucał się na głęboką wodę pełnowymiarowego spektaklu. Świadczyło to o pokorze w podejściu do teatralnej materii, jaka miała być wizytówką Pieśni Kozła. Ta postawa zaowocowała między innymi Macbethem, przedstawieniem skończonym, opartym na świetnej adaptacji, wypracowanym wokalnie, ruchowo, plastycznie, równocześnie prostym i finezyjnym. Nawet jeśli to tylko rzemiosło – a nie poszukiwanie stanów liminalnych – było ono najwyższej próby. Nawet jeśli pokora i formalna czystość były podyktowane ograniczonymi funduszami, to trudność tę udało się przekuć w sukces. Otóż teatry instytucjonalne, dysponując większymi środkami, nie sprzyjają nawet wymuszonej pokorze.
Wcześniejsze Ćwiczenia z Ionesco Brala, mimo że związane z nieprzyjemną aferą z Lechem Raczakiem, świadczyły o umiejętności doboru współpracowników. Poza kilkoma momentami, nie był to dobry spektakl, ale zbudowany był z dobrych elementów; kostiumy, choreografia, muzyka, a zwłaszcza świetne światła, przy niewątpliwej wyobraźni plastycznej Brala składały się na mocne, zapadające w pamięć obrazy sceniczne. Idiota, zgodnie z szumnymi zapowiedziami, miał pokazać pełnię możliwości teatru pod nową-nienową dyrekcją, bez zachowawczych dodatków w tytule w rodzaju Ćwiczenia z... Już samo przecięcie wrażliwości reżysera i znanego z niechęci do teatru uczestnictwa scenografa Marcina Jarnuszkiewicza zapowiadało się ciekawie, do tego mówiło się o odświeżeniu zespołu, poszerzonego o nowe twarze.
Co więc sprawiło, że wyszły z Idioty nawet nie tyle ćwiczenia z Dostojewskiego, ile ćwiczenia z Brala? Może reżyser, obejmując teatr instytucjonalny, nie pozbył się syndromu typowego dla liderów grup alternatywnych? Włodzimierz Staniewski nazywa go ironicznie „guryzmem” (nie w pełni słusznie utrzymując tym samym, że sam mu nie podlega). Bral, jak się zdaje, umie dobrać sobie współpracowników, ale współpracować z nimi – niezbyt.
Przejawia się to w chaotycznej konstrukcji przedstawienia. Pierwsza scena, rozmowa Rogożyna z Myszkinem przy ginących w ciemności zwłokach Nastazji, rozegrana w dużym skupieniu, uwodzi jeszcze niespiesznym tempem i odpowiednio dozowaną gęstością emocji. Dalej, wraz z wycofaniem akcji do fabularnego początku, ujawnia się zamykająca przestrzeń sceny, przytłaczająco czerwona Jarnuszkiewiczowa ściana; kontrastuje swoją czystością z porozstawianymi po bokach mętnymi lustrami, dając nadzieję na dopracowaną estetykę spektaklu. Potem już nie ma złudzeń. Widowisko rozsypuje się w zestaw niepowiązanych sekwencji, wypełnionych przypadkowymi pomysłami, czy może atrakcjami. Co gorsza, żadna z nich nie jest w pełni wykorzystana, co świadczy albo o nieumiejętności, albo niechlujności realizatorów.
Razem z Rogożynem pojawia się więc cyrkowy atleta o obnażonym torsie, który co prawda trzaśnięciem bicza potrafi przedrzeć na pół trzymaną przez aktora kartę tarota, ale już gdy ma rzucać nożami w stojącą na tle ikony Nastazję, ta odsuwa się na bok, by nie naruszać zasad BHP, bo nożami atleta nie zawsze trafia. W podłodze jest specjalna krata, którą w pewnym momencie mozolnie się podpala, by bohaterowie mogli zawołać rozdzierająco: „Pożar!”, ale użyta substancja wypala się dłużej, niż to potrzebne, więc już po chwili wszyscy tracą zainteresowanie płomieniami. Nagle na scenę wychodzą mężczyźni z nałożonymi na głowy potężnymi łbami koników szachowych, odzyskanymi z dawnej realizacji repertuarowej Studio, idą ostrożnie, wreszcie zatrzymują się, by stać się tłem dla jednego dialogu, po czym równie ostrożnie wycofują się za kulisy. Lustra okazują się weneckie, ale nic z tego nie wynika, bohaterki w drugim, słabo oświetlonym planie zamieniają się sukniami (lub nagością), myląc w pierwszej chwili widzów, ale znów nic z tego nie wynika poza potęgowaniem chaosu – i tak dalej. Bral zdaje się sugerować, że w relacjach tak napiętych, jak u Dostojewskiego, nie można ufać temu, co się widzi – ale myśl niknie w karnawałowym nawarstwieniu efektów i sztuczek. Nawet adaptacja, siłą rzeczy selektywnie traktująca problematykę tekstu, gubi się w montażu fragmentów i po długotrwałym skupieniu na Nastazji (czy też jej obłędzie? Histeryczna rola Olgi Paszkowskiej sugeruje takie rozwiązanie), nagłą woltą przechodzi w politycznie brzmiący wobec sąsiedzkiej Mszy Żmijewskiego monolog Myszkina o katolicyzmie.
Dziwi wreszcie, że praca nad spektaklem, poparta ciężkimi treningami fizycznymi, szkoleniem ruchu i głosu, zaowocowała przewagą scen, w których bohaterowie prowadzą statyczne i drętwe dialogi, przeważnie siedząc (poza nieustannie pląsającą Nastazją). Żeby ukryć rozwlekłość rozmów, Bral wykorzystał jako tło dźwiękowe skomponowaną na potrzeby spektaklu muzykę Jacka Hałasa i Macieja Filipczuka. W efekcie dramatyczny potencjał ich niepokojących, chwilami patetycznych kompozycji rozpływa się w telenowelowym charakterze całości: ot, lista dialogowa wypowiadana jest na podkładzie muzycznym.
Sekwencje ruchowe też, niestety, nie wypadają lepiej; choreografie są niedopracowane, aktorzy wykonujący czynności unisono nie zgrywają się rytmicznie, w skrajnym przypadku młoda odtwórczyni roli pokojówki, udającej akurat Agłaję, w ogóle, jak się zdaje, nie dostała wskazówek – czuć jej dyskomfort, kiedy rzucona półnago na mokrą podłogę, miota się niewprawnie między trzema gestami. I nawet tych kilka mocnych momentów – a zdarzają się i przejmujące dialogi, i piękne obrazy, zwłaszcza w scenach zbiorowych – nie może przebić się przez dojmujące poczucie przypadkowości. Gdzie podziała się niezwykła precyzja Brala, pamiętana chociażby z niebywałego Macbethowego tańca z bokkenami?
Paradoksalnie, po premierze Idioty, mimo wszystkich mankamentów, można mówić o wykluwaniu się linii programowej Studio. Ćwiczenia z Ionesco korzystały z najróżniejszych teatralnych konwencji, zestawiając ze sobą teatr cieni, komiks, etiudy rytmiczne, realizm, plastykę i biały śpiew. Artaud. Sobowtór i jego teatr Passiniego, zanurzony w estetyce teatru plastycznego, zawierał w sobie elementy pantomimy, aluzje do teatru przemiany (Kordian) czy antropologicznego teatru źródeł (Indianie), przede wszystkim zaś przywoływał postać ikoniczną dla teatralnych twórców drugiej awangardy. Ten eklektyzm nawiązań w miejscu naznaczonym tradycją Szajny i Grzegorzewskiego brzmiał wyjątkowo mocno.
W Idiocie Bral posunął się dalej. Znany sobie teatr alternatywny uznał za naturalną kontynuację dokonań awangardy, równorzędną z działaniami artystów mainstreamu – i cytaty z obu rodzajów teatru wprowadził w materię przedstawienia. Ogień, cyrkowy siłacz czy żonglerka obciążonymi linami pojawiają się więc na scenie jakby żywcem przeniesione z plenerowych widowisk dzisiejszej alternatywy, ale już z postdramatycznego teatru spod znaku Warlikowskiego znalazło się tu opresyjne malowanie po nagim ciele, tarzanie w wodzie czy zacytowana wręcz z Dybuka scena z lustrami i perukami. Z kolei podmianki wśród aktorek, weneckie lustra i zabawy z optyką, a przede wszystkim końcowa sekwencja, rozgrywana na wielu planach, w której dialog przebija się przez śpiewaną po niemiecku pieśń – wszystko to z ducha mocno grzegorzewskie.
Kibicuję takiej drodze. Brak dziś teatru, który świadomie i konsekwentnie odwoływałby się do awangardy, alternatywy czy jakkolwiek nazwanego intelektualnego fermentu w życiu teatralnym. Jednak jeśli miałoby tak być, a Idiota byłby rodzajem programowego manifestu – lepiej od razu oddać głos artystom reprezentującym konkretne nurty. Robienie teatru awangardowego wymaga bowiem precyzji intelektualnej – tego, czego Idiocie brakuje.
 

Teatr Studio w Warszawie
Idiota Fiodora Dostojewskiego
tłumaczenie Jerzy Jędrzejewicz
scenografia i reżyseria Grzegorz Bral
scenografia Marcin Jarnuszkiewicz
kostiumy Beata Nyczaj
muzyka Jacek Hałas i Maciej Filipczuk
premiera 11 października 2011
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/https://www.facebook.com/events/619625848220630/?active_tab=discussion


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij