Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2019
Uciekaj z więzienia
autor: Jacek Cieślak
Uciekaj z więzienia
foto: Maciej Rałowski

Spektakl o Tadeuszu Nalepie w Siemaszkowej to autorskie przedstawienie Tomasza Mana, który fascynację bluesmanem przypłacił wyjazdem z rodzinnego Rzeszowa. Powstała muzyczna opowieść o latach sześćdziesiątych, ale i o pokusie ograniczania wolności.

 

Aż trudno uwierzyć, że spektakl o Tadeuszu Nalepie (1943–2007), jego muzyce i karierze powstał w Rzeszowie dopiero teraz. Jest wszakże jedną z największych postaci polskiego rocka i bluesa. Jednak od początku kariery w drugiej połowie lat sześćdziesiątych konsekwentnie bronił swoich hipisowskich włosów jak niepodległości, i gdy nie zechciał ich podwiązać na festiwalu piosenki w Opolu – musiał pożegnać się z obecnością w telewizji, która dawała największą sławę. Jego bluesowe piosenki grała wyłącznie radiowa Trójka. W szerszym obiegu pozostawały jedynie największe przeboje z pierwszej płyty Breakoutu Na drugim brzegu tęczy (1969), Poszłabym za tobą czy Gdybyś kochał, hej – utrzymane jeszcze w bigbitowej stylistyce, śpiewane wraz z pierwszą żoną, wokalistką Mirą Kubasińską.


Spektaklu Kiedy byłem małym chłopcem nie byłoby, gdyby nie rzeszowskie lata Tomasza Mana, reżysera, dramatopisarza, twórcy autorskich spektakli i słuchowisk, który dojrzewał w Rzeszowie w latach osiemdziesiątych, gdy Tadeusz Nalepa był tam legendą. Ważna była również aura wolności, z jaką się kojarzył w czasach naznaczonych beznadzieją stanu wojennego, przez który po karnawale „Solidarności” cofnęliśmy się do peerelowskiej rzeczywistości. Przejawiała się również tym, że za odmienny, hipisowski wygląd milicja i ZOMO legitymowały młodych ludzi, spisywały ich dane, podobnie jak pod koniec gomułkowskiej dekady w czasie debiutu Nalepy.


Dla Tomasza Mana, który towarzyszy swoim autorskim spektaklom także jako grający na żywo gitarzysta, ważna była nie tylko legenda Nalepy, ale i rozumiane w kategoriach młodzieńczej przygody – spotkanie z muzykiem, kiedy to „wpadł” na artystę na jednej z ulic Rzeszowa. Otarcie się o mistrza zaowocowało nauką gry na gitarze, założeniem zespołu, zapuszczeniem włosów i przyjęciem postawy buntowniczej wobec komunizmu i PRL. Nauczycielom z rzeszowskiego liceum tak bardzo się to nie podobało, że Man, w obawie przed oblaniem matury, wyjechał z Rzeszowa do Wrocławia. Takich doświadczeń związanych z kształtowaniem się życiowej postawy nie sposób wymazać z pamięci. Dlatego Man od dawna zabiegał o wystawienie spektaklu poświęconego największej gwieździe wywodzącej się z Rzeszowa. Ostatecznie pod tytułem zaczerpniętym z płyty Breakoutu Blues, z piosenki Kiedy byłem małym chłopcem – wyraża się doświadczenie walki o niezależność autora i reżysera spektaklu, przefiltrowane przez biografię jego idola, z odniesieniami do współczesności.


Man długo szukał pomysłu, który stanowiłby dramaturgiczne spoiwo spektaklu. Punktem zwrotnym okazała się informacja o próbie ingerencji Służby Bezpieczeństwa w koncert Breakoutu po jego powrocie z Holandii. Nalepa przyjechał do Rzeszowa po półrocznym pobycie na Zachodzie, opromieniony sławą występów w klubie, gdzie grali również The Doors i Led Zeppelin. Mocny siłą piekielnie głośnych wzmacniaczy Marshalla i gitar Gibsonów, do dziś używanych przez największe światowe gwiazdy, a wtedy będących marzeniem każdego muzyka w PRL. Tymczasem doświadczenie potęgi wolności i sławy, jaką daje muzyka, zderzyło się z prowincjonalną, gomułkowską mentalnością. Spektakl zaczyna się w momencie, gdy Nalepa przychodzi na próbę przed koncertem Breakoutu. Chwilę później w klubie pojawia się smutny pan w kapeluszu i prochowcu, który informuje, że koncertu nie będzie, jeśli muzyk nie zetnie włosów i nie zadeklaruje cichszego grania.


Scenariusz Mana, wraz z piosenkami Po ten księżyc złoty, Wołanie przez Dunajec, Na drugim brzegu tęczy czy Kiedy byłem małym chłopcem, składa się na spektakl trwający godzinę z kwadransem. Jednak nie długość i obszerność formy jest najważniejsza. Klubowa scena stanęła w sali Podziemnej Trasy na rzeszowskim rynku, co ma swoje znaczenie, ponieważ reżyser przeprowadza nas przez czyściec, a może nawet piekło, ludzkich emocji i wyobrażeń na temat nie tylko własnego życia, ale i życia innych. Sztuka, w tym przypadku muzyka, skupia jak w soczewce to, co pomaga i przeszkadza w życiu: umiejętność bycia razem, tolerowania odmiennych poglądów i osobowości oraz pokusę, by wpływać na innych, kształtować ich wyobrażenia, do czego sankcje daje władza. Władza w zespole muzycznym, w rodzinie, wśród przyjaciół, których łączy wspólna pasja.


Man skorzystał z motywu popkultury, jakim jest rockowy zespół, bo z jednej strony uosabia marzenia młodych ludzi i artystów o wolności, popularności, sławie, a z drugiej – staje się często zarzewiem niedającego się przewidzieć konfliktu sił odśrodkowych, zmieniających spotkanie ludzi i artystów w katastrofę, gdy w porę nie zapanują nad złymi emocjami. Smutny pan z SB nie jest bowiem jedyną przeszkodą, jaką musi pokonać przed koncertem sceniczny Tadeusz Nalepa grany przez Marcina Marca. Słyszy tyradę o tym, że żadna władza nie lubi, gdy buntuje się młodych ludzi, niszczy społeczną dyscyplinę i hierarchię, ale musi też zmierzyć się ze swoją żoną Mirą, jednocześnie partnerką na estradzie i rywalką, która ma swoją wizję sztuki i życia prywatnego. Pozornie zwykła próba przed koncertem staje się pretekstem do słownej potyczki o tym, jak układać relacje w zespole, w miłosnym związku, i jakie to rodzi konsekwencje, gdy charakterologiczne różnice są jak wierzchołek góry lodowej.


Man nie bez powodu wybrał do roli Nalepy Marcina Marca, lalkarza z Gdańska, a nie aktora z Siemaszkowej. Od początku jest „inny”, z innego świata, pochłonięty muzyką, niechętny rozmowom, sporom i kłótniom, które dekoncentrują go w czasie próby. Na pytania Miry Nalepa odpowiada właściwie jednym zdaniem: „Ja chcę grać muzykę”. Aktor lalkarz, który nie musi mieć dużego doświadczenia w prowadzeniu dialogu, idealnie oddaje naturę lidera Breakoutu, zwłaszcza na początku kariery nienależącego do osób wylewnych czy nawet rozmownych. Tworzy wymowny portret artysty mającego swoją tajemnicę.


W takim ustawieniu dramaturgicznym ciężar prowadzenia narracji bierze na siebie Małgorzata Pruchnik-Chołka – i jest w spektaklu najlepsza, zarówno w planie prywatnego życia Kubasińskiej, jak i artystki. Drapieżna, zaczepna, nie odpuszcza żadnego tematu, nie znosi małżeńskiego tabu, ceni tylko klarowne sytuacje. A kiedy przychodzi do śpiewu, oglądamy w jej wykonaniu barwne hipisowskie pląsy. Trzeba podkreślić, że Manowi udało się namówić aktorów, by z myślą o wykonaniu piosenek Breakoutu nauczyli się grać na gitarach – tę lekcję odrobił Marcin Marzec i Michał Chołka w roli Gitarzysty, zaś Małgorzata Pruchnik-Chołka nauczyła się grać na harmonijce ustnej.


Ważne w dramaturgii spektaklu jest to, że Michał Chołka gra podwójną rolę – Gitarzysty i smutnego pana ze Służby Bezpieczeństwa. Wyraża się przez to uniwersalna opowieść o ludzkich charakterach, o tym, że czasami najważniejsze nie jest to, po której stronie barykady ludzie stoją – tylko to, czy kierują się własnymi doraźnymi korzyściami, wygodnictwem i egoizmem. Gitarzysta myśli o własnej karierze, o odejściu z zespołu w decydującym dla jego przyszłości momencie. Dlatego reżyser i aktor poprowadzili postać Gitarzysty w nietypowy sposób – nie jest rozkapryszoną gwiazdką, tylko rozbawionym, rozbrykanym gówniarzem. Właśnie tak wyraża się jego brak życiowej i artystycznej powagi – wobec siebie i muzycznych przyjaciół. To pajac, klown, idiota. Skrajne przeciwieństwo smutnego pana ze Służby Bezpieczeństwa? Tylko pozornie. Przecież obie te postaci składają się w roli Chołki na jeden efekt, niepozostawiający wątpliwości, że skrajny egoizm niszczy wszystko.


Jest też jeszcze na scenie Paweł Leniart, realizator dźwięku w Teatrze Siemaszkowej, który na co dzień ma swój muzyczny zespół. Mówi w spektaklu tylko jedno słowo: „Milion”, odpowiadając na pytanie Nalepy, ile sprzedali płyt, ale jego gra podkręca tempo spektaklu. W jego tle jest oczywiście coś więcej niż tylko wspomnienie PRL. W dniu premiery w Rzeszowie, tuż przy rynku, tuż przy teatrze, odbyła się demonstracja ONR, którego działacze mają niestety większe „ambicje” niż zakazywanie długich włosów i głośnego grania rocka. Dlatego rozmowy o tym, gdzie przebiegają granice naszej wolności – nie są wyłącznie kwestią historyczną.


Nalepa ze spektaklu Mana nie poddał się żadnym naciskom. Tło sceny zmontowane z opakowań kurzych jajek, jakie wygłuszają często sale muzycznych prób – obraca się w stronę widzów, a gdy z głośników płynie blues-rockowa muzyka, widzimy logo zespołu i jego motto: „Breakout”, co oznacza: „Uciekaj z więzienia”.

 

Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie
Kiedy byłem małym chłopcem Tomasza Mana
reżyseria Tomasz Man
scenografia Anetta Piekarska-Man
przygotowanie muzyczne
Wojciech Dąbrowski, Jakub Kowalski, Bożena Stasiowska-Chrobak
premiera 27 kwietnia 2019

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij