Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
4/2020
Blaski i cienie PRL-u
autor: Piotr Sobierski
Blaski i cienie PRL-u
foto: Paweł Szczegryn

„Komiks, wesoły komiks, obrazów i tekstu mix” – śpiewa zespół w otwierającej spektakl piosence. Symbol zachodniego zepsucia posłużył w drugiej dekadzie XXI wieku za pretekst do opowieści o dawnym systemie.

 

Dla jednych wspomnienie z dzieciństwa, dla innych doskonały przykład PRL-owskiej propagandy. Kapitan Żbik, jeden z komiksowych hitów lat siedemdziesiątych, został wskrzeszony na deskach teatru muzycznego. Wojciech Kościelniak sięgnął po polskiego superbohatera, bo w takich kategoriach można postrzegać dzisiaj funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej – kapitana Żbika. Złotą rączkę, stróża bezpieczeństwa, który zwalczał wrogów systemu, chętnie dzielił się wiedzą, ale też potrafił sprowadzić na jedynie słuszną drogę zagubionego obywatela.


Podobnie jak w drukowanym pierwowzorze, tak i w warszawskiej Syrenie od razu w oczy rzuca się wizualne bogactwo. Anna Chadaj ustawiła na scenie ścianę, która nasuwa skojarzenia z wyrwaną z komiksu stroną. W poszczególnych polach zapisane zostały historie bohaterów, uzupełnione o charakterystyczne dymki z tekstem i obowiązkowe neony. Nie brakuje telefonu na monety, częściej zepsutego niż działającego, a ulicę przemierzają czerwona Warszawa i prowadzony przez urokliwą Kasię żółty saturator. Chadaj wykorzystała zakorzenione w zbiorowej pamięci symbole sprzed pół wieku, które wraz z kostiumami odtwarzają tamte polskie realia. Wszystko dalekie jednak od realizmu, umiejętnie przełożone na musicalową modłę. Tworzy to zgrabną całość, która może być wspomnieniem z przeszłości, a dla młodszych widzów namacalnym doświadczeniem nieznanego świata, który pomimo powracających trendów przeszedł do historii.


Łącznikiem z dzisiejszymi czasami jest żywiołowa, trudna i dopracowana w najmniejszym elemencie choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk, którą wraz z bardzo sprawnym zespołem wykonuje również sama autorka, oraz fenomenalna kompozycja Mariusza Obijalskiego. Disco, funk, gitarowe solówki i syntezatory. Jest w piosenkach i elementach ilustracyjnych wszystko, co charakterystyczne dla tamtejszych list przebojów i prywatek, ale zaaranżowane w zgodzie z obowiązującymi obecnie trendami. Większość utworów z powodzeniem mogłaby święcić triumfy na klubowych parkietach i w streamingowych serwisach.


W tym wszystkim porusza się cały wachlarz nakreślonych przez Kościelniaka postaci. Nie brakuje pełnokrwistych bohaterów, ale dzięki charakteryzacji (pobielone twarze, wyraziste czarne podkreślenia kości policzkowych, nosów i oczu) część z nich osadzona została w popkulturowych ramach, jak Manfred Steif, wokół którego rozgrywa się akcja spektaklu.


Wcielający się w tę postać Tomasz Więcek budzi skojarzenia ze Stanleyem Ipkissem z filmowej Maski Chucka Russella, którego pierwowzór znajduje się przecież także na kartach amerykańskiego komiksu. Steif to wesoły i przystojny elegant, a więc typ podejrzany. W dodatku zjawia się w Warszawie zza zachodniej granicy, aby przeprowadzić zamach. Przemycony przez niego tajemniczy czerwony płyn, za pomocą którego chce ośmieszyć partię, zostaje ukryty w jednym ze zbiorników ulicznego saturatora.


W pościg za wrogiem ruszają kapitan Żbik i porucznik Ola. Zabawni, komiczni, momentami nakreśleni ze sporym przekąsem. Pomysł na tytułowego bohatera wyczerpuje się jednak dość szybko. I to pomimo doborowej obsady – zarówno Łukasz Szczepanik, jak i znakomita wokalnie Iga Rudnicka wykorzystują potencjał swoich postaci. Ale akcja staje w miejscu, a rozegrany w iście ekspresowym tempie finał zdaje się być pośpieszną próbą uratowania głównego wątku, co tylko pogłębia dramaturgiczną zapaść. W niezamierzony sposób opowieść o Żbiku rozgrywa się bez Żbika. Jednak, pomimo poważnych scenariuszowych mankamentów, ta musicalowa układanka nie rozsypuje się. Po raz kolejny widać zdolność Kościelniaka do ustawiania pojedynczych scen i piosenek. Dzięki temu, szczególnie w drugim akcie, zamiast kontynuacji historii o Żbiku otrzymujemy daleką od komiksu, zarówno w formie, jak i w treści, opowieść o blaskach i cieniach PRL-u.


Niczym na osiedlowym podwórku toczy się dyskusja o mocy silnika nowego auta. W niejednym mieszkaniu typowego blokowiska, a może i warszawskiej kamienicy, rozgrywa się pozornie nieistotna ludzka tragedia. Nieodwzajemniona miłość, brak rodzicielskiej opieki czy niespełnione marzenia. Wszystkie te bóle, cierpienia i pragnienia, na co dzień skrywane za zasłoną własnego okna, wreszcie mogą ujrzeć światło dzienne po zażyciu tajemniczego płynu, który znalazł się w saturatorze. A że wszyscy mają ochotę na malinowy, a nie cytrynowy sok, to otrzymujemy zestaw osobistych historii układających się w portret epoki.


Pomimo kilku zabawnych wątków to przede wszystkim obraz pełen szarości, w którym upragnione symbole zachodu są wspomnieniem samotności i porzucenia. Donald Bubble Gum – guma balonowa, nieodzowny element paczek z zachodu, jawi się jako symbol bolesnego rozstania. Miki, Donald czy Goofy, bohaterowie zbieranych przez zastęp polskich dzieciaków historyjek, to pamiątka po ojcu, który wyjechał „w wielki świat” zapewne w celach zarobkowych.


„Wielka pionowa płaszczyzna z taką wyrwą w środku […], ludzie zaczynają gadać”. Porucznik Ola informuje o dziwnym zjawisku swojego kapitana. Ta otchłań, a raczej czarna dziura, która pojawia się na ulicach Warszawy, wydaje się być tylko wytworem wyobraźni, symbolicznym krokiem ku otwartości społeczeństwa i coraz śmielszemu wyrażaniu swoich przekonań. Na razie jednak tylko po wypiciu halucynogennej substancji.


Takich symbolicznych kroków naprzód jest w tym spektaklu kilka. Drużynowa Barbara, postać niezwykle zabawna, łączy dwa odległe światy. Odpowiedzialna za zastęp młodych harcerzy i zbiórkę makulatury musi czasami zmierzyć się z trudnymi pytaniami. O czym jest znaleziony na stosie niechcianych książek Folwark zwierzęcy George’a Orwella? Absurdalna rozmowa z uczennicą przeradza się w manifestację skrywanych głęboko poglądów. Kreowana przez Katarzynę Walczak postać jest świadoma społecznego eksperymentu, w którym musi brać udział. Jeszcze pełna strachu, bezpiecznie chroniąca za harcerskim mundurem swoje prawdziwe ja, ale już jedną nogą w drodze ku wolności.
Historie o chorym systemie, rodzącym się społecznym niezadowoleniu przeplatane są osobistymi wyznaniami. To najbardziej dramatyczne dotyczy Danuty. Ewelina Adamska-Porczyk tworzy przejmujący portret żony wojskowego aparatczyka. Bogatej, eleganckiej, dobrze sytuowanej kobiety – jednej z niewielu o takim statusie społecznym. Bez obowiązków, bez wielkich ambicji. Bohaterki, której życie było koszmarem. Za zamkniętymi drzwiami funkcjonowała w prawdziwym reżimie. Generał kochał, ale „lubił przylać, bezkarny był i piękny, zdobywca nieulękły”. Wyśpiewana, chwilami na granicy szaleństwa, pełna emocji historia o jej Heraklesie tworzy swoisty zbiorowy portret kobiet, które nie miały głosu. Stały w cieniu swoich tyranów, zdradzane i nieszanowane. A dzielni mężczyźni, niczym nieśmiertelny bóg, walczyli o miejsce na partyjnym Olimpie.


„Nienawidzę mężczyzn” – krzyczy w końcu zdesperowana Danuta. Zabiła swojego boga, podobnie jak mitologiczna Dejanira. Ale czy na pewno to zrobiła? Czy udało jej się uwolnić? Czy może tylko wyrzuciła z siebie skrywane pragnienie, uwolnione, podobnie jak w przypadku Barbary, pod wpływem czerwonego napoju? PRL-owska księżniczka padła ofiarą społecznego przyzwolenia na przemoc, z którym i dzisiaj przecież możemy się zetknąć.


Kościelniak za pomocą znakomitych tekstów piosenek opowiedział o czasach, które wciąż przywoływane są jako błogi, pełen humoru etap polskiej historii. W urokliwy sposób czerpie ze wspomnień za upragnionym smakiem pomarańczy, jeansami z Peweksu, sokiem z saturatora czy balonową gumą. To jednak tylko nostalgia, którą umiejętnie obdziera z błyszczącej i kolorowej otoczki. „W brzydkim kraju żyli nieszczęśliwi ludzie”. Ten świetnie zagrany i zaśpiewany spektakl przypomina o małych i nieco większych ludzkich tragediach, które obecnie winny być przede wszystkim przestrogą. Nasze problemy, wobec marzeń i potrzeb społeczeństwa sprzed pięciu dekad, zdają się być błahe i absurdalne, niczym obrazy epoki zakorzenione w polskiej popkulturze dzięki filmom Stanisława Barei. Jedno nas tylko łączy – prawdziwe dramaty, bez względu na czas i miejsce, wciąż potrafią rozgrywać się tuż za ścianą przytulnego, kupionego zapewne na kredyt, mieszkania.


 

Teatr Syrena w Warszawie
Kapitan Żbik i żółty saturator
scenariusz, teksty piosenek, reżyseria Wojciech Kościelniak
scenografia, kostiumy Anna Chadaj
światło Tadeusz Trylski
muzyka Mariusz Obijalski
kierownictwo muzyczne Tomasz Filipczak
choreografia Ewelina Adamska-Porczyk
projekcje Tomasz Grimm
premiera 29 lutego 2020

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/https://www.fundacjaperforma.com/rozmowy-z-artystamihttps://www.adit.art.pl/


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij