Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
6/2020
Poetyckie obrachunki
autor: Kamila Łapicka
Poetyckie obrachunki
foto: Stanisław Loba / TVP

Spektakl Artura Hofmana, powtórzony ostatnio w związku z rocznicą powstania w warszawskim getcie, w sposób przejmujący opowiada o dylematach jego mieszkańców.

 

Różnorodność życia kulturalnego w getcie warszawskim może budzić zaskoczenie. Obok literatury we wszelkich odmianach – wiersze, poematy, utwory teatralne, powieści i pamiętniki – rozwijały się sztuki plastyczne, dokumentujące najczęściej tragedię dnia codziennego: twarze wyniszczone głodem, nędzę, szmugiel. Także twórczość muzyczna była niejednorodna i obejmowała występy pieśniarzy, działalność Żydowskiej Orkiestry Symfonicznej oraz muzykę ulicy. Jak podaje w książce Artyści żydowscy w Warszawie 1939–1945 Magdalena Tarnowska, „według szacunków Jonasa Turkowa, przewodniczącego Centralnej Komisji Imprezowej, instytucji zajmującej się kulturą w getcie, we wrześniu 1941 roku było w niej zarejestrowanych 456 artystów różnych profesji, w tym: 150 muzyków, 117 aktorów, 25 plastyków” (s. 79). Nie dziwi więc, że istniało także życie teatralne – funkcjonowały teatry grające w języku żydowskim i polskim, które dawały premiery średnio raz na miesiąc i cieszyły się zainteresowaniem widowni. Podobnie jak dziś, sztuki ambitne przeplatano komercyjnymi, tryumfy święciły zwłaszcza widowiska rewiowe. Teatr był ogólnodostępny z uwagi na niskie ceny biletów i atrakcyjny z powodów zarówno wzniosłych, jak i praktycznych. Oba sprowadzały się do posiadania namiastki wolności – pobyt na widowni pozwalał na kilka chwil oderwać myśli od brutalnej rzeczywistości, a biorąc pod uwagę infrastrukturę getta, oznaczał przebywanie w warunkach luksusowych. Na afiszach teatralnych często można znaleźć wzmianki o tym, że sala jest dobrze ogrzana i oświetlona. Bywało jednak, że PR i praktyka nie szły w parze: „W zimie 1941–1942 r. często wyłączano prąd elektryczny, paliły się lampy karbidowe, salę ogrzewały żelazne, połączone rurami piecyki-kozy. Publiczność na widowni siedziała w paltach, na scenie wydekoltowane aktorki drżały z zimna” – pisze Ruta Sakowska (Ludzie z dzielnicy zamkniętej, Warszawa 1993, s. 122).


Zarys, nawet tak powierzchowny, gettowej kultury wydaje się pomocny, aby z odpowiedniej perspektywy spojrzeć przez Okno na tamtą stronę, jak zatytułowany został spektakl Artura Hofmana, reżysera pracującego zarówno na scenach dramatycznych, jak i w teatrach muzycznych oraz działacza społeczności żydowskiej w Polsce. Przedstawienie, wyemitowane w Teatrze Telewizji w roku 2018 oraz 2020, powstało z okazji siedemdziesiątej piątej rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Władysława Szlengla brzmi dziś wieloznacznie. Dla podmiotu lirycznego okno na „aryjską stronę” jest jednocześnie symbolem zniewolenia – nie może w nim stanąć, i narzędziem do uprawiania „sentymentalnego szmuglu” – w ciemności łamie zakaz i pożera wzrokiem krajobraz nocnej Warszawy.


Dziś to my, za pośrednictwem kamery, aktorów i utworów Szlengla, zaglądamy na tamtą stronę, „daleką” i „egzotyczną”, jak w jednym z tekstów pisał sam poeta, czyli za mury getta. Ramę przedstawienia stanowi apostrofa do widzów. W początkowych sekwencjach uśmiechnięty i elegancki Wojciech Solarz, grający bohatera, przemierza warszawską ulicę i patrząc prosto w obiektyw, przekonuje odbiorców, że ten wierszyk – czyli w domyśle: ten spektakl, który za chwilę obejrzą – „nie będzie skargą, protestem i krzykiem, / lecz będzie po prostu zwyczajnym wierszykiem”. Należy uznać za dość przewrotne, choć ciekawe rozwiązanie, że pierwszym, co słyszymy w spektaklu skomponowanym wyłącznie z utworów Szlengla, jest Wiersz na temat nie-żydowski, wypowiadany na tle podwórkowego szlagieru Chodź na piwko naprzeciwko… Reżyser świetnie nabiera tu widzów, obiecując im lekką formę i pozbawioną bolesnych akcentów treść. Kto choć odrobinę zna twórczość Szlengla, „kronikarza tonących”, ten wie, że taka formuła jest niemożliwa. Dowodzi tego najlepiej końcowy buntowniczy monolog, czyli wiersz Już czas. Na płonących gruzach getta padają słowa: „Mamy już dosyć modlitw i pokut. / Dzisiaj Ty staniesz przed sądem naszym / I będziesz czekał pokornie wyroku. / Rzucim Ci w serce potężnym kamieniem / Bluźniercze, straszne, krwawe oskarżenie”. Dodajmy, że ten sam utwór zamyka sztukę Henryka Grynberga Kabaret po tamtej stronie. Dla uzyskania stylistycznej spójności reżyser przenosi nas jeszcze na moment na ulice Warszawy, a Solarzowi każe wypowiedzieć fragment tekstu Do polskiego czytelnika, który w charakterze wstępu został zamieszczony w zbiorze poetyckim Co czytałem umarłym.


Obok wierszy Szlengel pisał także piosenki oraz teksty publicystyczne, satyryczne, kabaretowe. Zasilał nimi repertuar kawiarni Sztuka przy ulicy Leszno 2, słynącej z poziomu wykonawczego oraz „okien na tamtą stronę”. Prezentowano w niej m.in. programy „Żywego dziennika”, które dziennikarz „Gazety Żydowskiej” określił mianem „bardzo pomysłowej, wybitnie odróżniającej się od szablonowych (t.zw. »szmirowych«) programów rewiowych, imprezy literacko-artystycznej” (nr 31/1942). Pełne ostrej satyry monologi podejmowały najaktualniejsze tematy, a pełne liryzmu piosenki, takie jak Jej pierwszy bal, wzruszały zebranych. Tego rodzaju twórczość wypełnia dużą część spektaklu Hofmana. Poważne tony wkradają się stopniowo i niepostrzeżenie – w sposób dla widza jak najmniej dolegliwy. Dzieje się tak za sprawą znakomicie śpiewających aktorów: Katarzyny Dąbrowskiej, Katarzyny Żak, Marcina Przybylskiego czy Krzysztofa Szczepaniaka.


Jako Panna Andzia, która ma wychodne, Katarzyna Żak jest należycie filuterna, zaś swoje liryczne oblicze ukazuje w Rozmowie z dzieckiem, wykonanej w duecie z Katarzyną Dąbrowską. Jest to przeszywający utwór o bezsilności matki, która nie wie, jak wytłumaczyć dziecku, co znaczy „daleko” i co znaczy „dawno”, bo przychodzą jej na myśl wyłącznie obrazy z nieistniejącego świata. Niski głos Dąbrowskiej sprawdza się także w repertuarze i stylizacjach à la Wiera Gran. Jak wtedy, gdy swingująco śpiewa Paszporty, rozpoczynające się od wersu: „Chciałabym mieć paszport Urugwaju…”. Szlengel stwierdził, że ów wiersz powinien być w zasadzie mottem całego jego tomu Co czytałem umarłym. Ma on związek z daremnymi obietnicami Niemców dotyczącymi możliwości ocalenia osób posiadających paszport obcego kraju. Wśród wokalnych wykonań Krzysztofa Szczepaniaka wyróżniłabym natomiast sentymentalny Telefon. Świadectwo samotności, izolacji i niemożności pogodzenia się z nową sytuacją. Pewnego wieczoru, z myślami uciekającymi wciąż „na tamtą stronę”, która ewidentnie stanowi wiodący motyw wszystkich wybranych utworów, „ja” liryczne odbywa „dialog” z jedyną „osobą”, która przychodzi mu na myśl – z zegarynką, wspominając barwne życie sprzed wojny. Z kolei Marcin Przybylski ma swój znakomity epizod, gdy ubrany w czarny garnitur, na tle czarnej ściany wypowiada z diaboliczną finezją wiersz Al chet. Nazwa modlitwy za grzechy staje się w tym przypadku nagłówkiem katalogu wiecznotrwałych „bajd i przesądów” służących kształtowaniu negatywnego wizerunku Żydów.


I rola główna. Wojciech Solarz grający Władysława Szlengla zbudował bardzo wiarygodną postać. Doceniam to szczególnie, biorąc pod uwagę, że miał do dyspozycji wyłącznie materiał poetycki i narracyjny – w przedstawieniu brak bowiem dialogów. Idiom teatralny, jaki wybrał reżyser, jest typowy z jednej strony dla przedstawienia muzycznego, z drugiej zaś – dla performatywnego wieczoru poezji. Mimo to szwy są niezbyt widoczne, a najlepsza według mnie scena mogłaby stać się zalążkiem pełnowymiarowego monodramu. Mowa o Obrachunku z Bogiem. Wiersz ten ma niezwykłą historię, którą przytacza w swoich pamiętnikach Halina Birenbaum. Został napisany w getcie w roku 1943 i odnaleziony ponad czterdzieści lat później, dzięki temu, jak mocno wrył się w pamięć ludzką. Podobnie jak wiersz Już czas, przywodzi na myśl motyw wadzenia się z Bogiem, obecny w twórczości Mickiewicza czy Kasprowicza. W telewizyjnym spektaklu Solarz wypowiada go do postaci bez twarzy. Początek jest niemal jowialny – Bóg jawi się jako starszy pan bez opaski, za to z paszportem Urugwaju. Z czasem atmosfera gęstnieje, a desperacja rozumnego buchaltera narasta. Widzi bowiem, że bilans jego życia wypada tragicznie. Mimo postawy, jaką przyjął – postów, modlitwy i wiary w ocalenie – karta zasług Boga wobec niego pozostaje czysta. Szlengel, protagonista z jednej strony niewinny i młody (zginął w czasie powstania w getcie, mając lat około trzydziestu), z drugiej w swoich tęsknotach i wewnętrznym wrzeniu niezwykle do nas podobny, wywołuje wszelkie uczucia, które poeta powinien obudzić w odbiorcach.


 

Teatr Telewizji
Okno na tamtą stronę Władysława Szlengla
adaptacja, reżyseria Artur Hofman
scenografia Wojciech Majda
zdjęcia Paweł Flis
muzyka Hadrian Filip Tabęcki
montaż Beata Barciś
premiera 23 kwietnia 2018

 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij