Przewiń w lewo
Przewiń w prawo
Zwiń
Przegląd
11/2012
Męski kwintet w kokosznikach
autor: Jarosław Zalesiński
Męski kwintet w kokosznikach
foto: Dominik Werner

Nieodparcie śmieszne przedstawienie Orzechowskiego opowiada o spotkaniu dawnego, zgrzebnego świata z bezduszną nowoczesnością.

Kiedy pięciu aktorów, z jaskrawym makijażem, ubranych w długie kwieciste suknie i z wysokimi kokosznikami na głowach, w pierwszej scenie przedstawienia wychodzi przed publiczność i ceremonialnie jej się kłania, widownia reaguje – co naturalne – szmerem śmiechu. Mnie w tym momencie zmroziło. Pomyślałem, że jeśli Baba Chanel Nikołaja Kolady zostanie na scenie Wybrzeża zamieniona w występ jakichś folklorystycznych drag queens, czeka nas piękna katastrofa. Pomyliłem się jednak. Pomysł reżysera, Adama Orzechowskiego, by role wiekowych członkiń folklorystycznego zespołu „Olśnienie” powierzyć męskiemu kwintetowi, jakiekolwiek były tego pomysłu powody, broni się w całym przedstawieniu. Oglądając je, szybko zapominamy o pierwszej konfuzji, choć sytuacja nie przestaje nas bawić. Może o taki właśnie efekt chodziło: dyskretnego humoru, lekkiej zabawy, może właśnie szło o formę scenicznego komediodramatu, sztuki pół żartem, pół serio? Cała piątka aktorów tak właśnie gra swoje bohaterki – naturalnie, bez przerysowań, jakby paradowanie w wysokich kokosznikach było dla nich rzeczą najzwyklejszą w świecie. Prędko się z tym oswajamy, choć jest to nieodparcie śmieszne.
Zespół „Olśnienie” świętuje właśnie okrągły jubileusz, więc starowinki (najstarsza, Kapitolina Pietrowna, ma już, bagatela, dziewięćdziesiąt lat, najmłodsza, Tamara Iwanowna, siedemdziesiąt) na zapleczu domu kultury, w którym właśnie dały jubileuszowy występ, żwawo uwijają się, aranżując urodzinowe przyjęcie. Na stole, zrobionym z dykty z portretem Lenina, lądują sałatki, wino, bimberek, wszystko domowej roboty, wszystko świeże, smaczne, przygotowane z sercem. To serce mają nie tyle nawet dla siebie wzajem, bo widać, że stale między nimi iskrzy, i to z byle powodu. Serce mają przede wszystkim dla swojego ukochanego menedżera, akordeonisty Siergieja (trzydziestoletni młokos), dla którego kryją wiele wdowieńskich, a bodaj i nie tylko wdowieńskich uczuć (szkoda zresztą, że przez niektórych członków męskiego kwintetu te zapały zostały odegrane niemal na granicy groteski, bo niepotrzebnie zmienia to tonację opowiadanej historii).
Kiedy jednak Siergiej (Maciej Konopiński) trafia na urodzinowe przyjęcie, mocno już podchmielony jakimś wcześniejszym świętowaniem, urodziny zamieniają się w stypę. Siergiej podjął właśnie decyzję, by zespół „Olśnienie”, dający występy na – co tu kryć – całkowicie nieprofesjonalnym, a nawet dużo gorzej: żenująco amatorskim poziomie, podnieść na artystycznie wyższy poziom, dołączając do składu śpiewaczkę o jakim takim głosie i z elementarnym muzycznym wykształceniem. Ale taki pomysł to oczywisty cios w serce członkiń „Olśnienia” i gwałt na ich wdowieńskich, a bodaj nie tylko wdowieńskich uczuciach. I powód zamieszania, trwającego do końca urodzinowej imprezy.
Dziw, jak wiele Kolada potrafił pomieścić w tej prościuteńkiej historii. Tak naprawdę nie jest to przecież komediowa psychologiczna opowiastka o emocjach żywotnych staruszek. W tym wszystkim, co wydarza się między postaciami sztuki, z czasem odkrywamy o wiele tu istotniejsze pęknięcie, które zresztą Magdalena Gajewska, autorka scenografii, sugeruje nam od samego początku. Gajewska zbudowała niby to realistyczne zaplecze jakiegoś domu kultury na rosyjskiej prowincji, z połamanymi drabinkami do ćwiczeń gimnastycznych przy ścianach, mocno już wyliniałą poświąteczną choinką w kącie i owym wymalowanym na dykcie Leninem. Ale w tej samej salce domu kultury widzimy także pierwsze elementy stylu industrialnego, metal i szkło, znaki instalującej się tu stopniowo nowoczesności.
Tak samo dzielą się bohaterowie. Staruszki mają w sobie coś z ducha dawnego świata, z tym wszystkim, co w nim było złego i dobrego (Kapitolina Pietrowna jest na przykład maniakalną miłośniczką rosyjskiej dwudziestowiecznej poezji, zna mnóstwo tych wierszy na pamięć i przy każdej okazji je recytuje). A Siergiej i dokooptowana nowa śpiewaczka, tytułowa baba Chanel (Joanna Bogacka), to z kolei duch nowego świata, zimny, wyrachowany, karierowiczowski, i w tym swoim karierowiczowskim, nastawionym tylko na sukces i efekt myśleniu bezduszny, czy wręcz bezwzględny wobec wszystkiego, co po ludzku ułomne, słabe, nieudane. Tektoniczne pęknięcie, które znamy przecież i z polskiej rzeczywistości, biegnące też przez wszystkie kraje tej części Europy. Pół to, pół tamto, trochę ruska baba, a trochę marka Chanel.
Kolada nie jest oczywiście naiwnym piewcą dawności, doskonale wie, co wyprawiał wymalowany na dykcie Lenin, nie ulega więc niemądrym sentymentom. Ale ten rosyjski inteligent nie potrafi się obronić przed sentymentem dla czasów, kiedy poezja zbliżała się do świata, gdy duch polatywał tuż nad materią życia, czy wręcz się z nią przenikał. I jako rosyjski inteligent nie potrafi bez niechęci i dystansu patrzeć na ludzi nowego typu, takich jak Siergiej i baba Chanel. Maciej Konopiński i Joanna Bogacka celnie zagrali swoich bohaterów, całkiem inaczej, niż to robi męski kwintet w kokosznikach – grubą kreską, jako jednowymiarowe, płaskie figury (Konopiński poszedł w tym chyba nawet za daleko, karykaturalnie grając szybkie upijanie się mieszaniną bimbru i nadziejami nowej kariery). Tacy to ludzie, taki to ich nowy wspaniały świat.
Ta metafora czasu duchowego przełomu, jaką Koladzie udało się wpisać w prostą opowiastkę o jubileuszu folklorystycznego zespołu „Olśnienie”, nie jest tu jednak wszystkim, nie jest nawet sednem. Wiekowe, choć witalne chórzystki nie są jedynie postaciami z dawnego świata. Im dłużej je poznajemy, tym więcej dowiadujemy się o ich ukrytych ułomnościach, bo staruszki, gdy tylko nadarzy się po temu okazja, lubią wbijać sobie szpileczki. Aż w końcu wychodzi szydło z worka. Okazuje się, że do bycia członkinią zespołu „Olśnienie” uprawnia dopiero ważna legitymacja związku inwalidów. Trzeba zatem wykazać się jakąś poważną ułomnością, na ciele albo na umyśle. Pięć babin w barwnych sukniach i kokosznikach to tak naprawdę takie właśnie zdefektowane egzemplarze ludzkiego gatunku. W świecie sprawności, siły, kariery, w nowym wspaniałym świecie, nie nadają się do niczego. Ale przecież – Kolada jest tu oczywistym spadkobiercą tradycji rosyjskiego inteligenta – w takich właśnie „biednych ludziach” jest coś najgłębiej ludzkiego. W nich wyraża się prawda o naszej kondycji. „Zaśpiewajmy” – mobilizują się nawzajem członkinie „Olśnienia”, gdy zostają postawione przed prawdą o ich bezużyteczności. I brawurowo wykonują jedną z piosenek Chóru Czejanda. Dostają za to gromkie brawa od publiczności, bo scenka jest rzeczywiście kapitalna. Ale gdy patrzymy, jak Tamara Iwanowna pomaga sobie przy śpiewaniu, wymachując ręką w taki sposób, w jaki to robią ludzie z lekkim umysłowym upośledzeniem, coś nas równocześnie chwyta za gardło. Komediowy i dramatyczny ton sztuki łączą się w jeden akord.
Jest jeszcze drugi podobny moment w tej sztuce, sam jej finał. Tym finałem Kolada najpierw się bawi, kluczy, mistyfikuje zwrotami akcji, jak wtedy na przykład, gdy każe znieprzytomnieć wiekowej Kapitolinie Pietrownej, a jej koleżanki kładą ją na wymalowanym na dykcie Leninie, przekonane, że najstarsza wśród nich przyjaciółka przeniosła się na tamten świat. Robi się i śmiesznie, i strasznie, dajemy się na to złapać, że taki właśnie, nieco niestety farsowy finał ma cała historia. Ale to tylko zręczny dramaturgiczny trik autora. Ta opowiastka o zespole „Olśnienie” – a tak naprawdę przypowieść o ludzkiej kondycji, ułomnej i kończącej się dla wszystkich przejściem przez tę samą bramę – zostaje zamknięta mocną, chwytającą za gardło sceną, gdy cały kwintet aktorów w barwnych sukniach i kokosznikach po kolei zdejmuje z siebie ów humorystyczny strój, zmywa z twarzy kiepsko nałożony makijaż i wspólnie przechodzi przez drzwi, na jakąś drugą stronę.
Czy za swój zbiorowy występ mogą liczyć na usprawiedliwienie na jakimś tam sądzie? W moich oczach – bez żadnych wątpliwości. Baba Chanel w Teatrze Wybrzeże to piękny spektakl, przedstawienie, w którym udała się rzadka i trudna sztuka połączenia komizmu i powagi, lekkości i głębi, wzruszenia i zamyślenia. W czym największa zasługa kwintetu aktorów w kokosznikach. Wymieńmy na koniec: grający w nim pierwsze skrzypce Cezary Rybiński, a dalej Krzysztof Gordon, Jerzy Gorzko, Mirosław Krawczyk i Zbigniew Olszewski.
 

Teatr Wybrzeże w Gdańsku
Baba Chanel Nikołaja Kolady
tłumaczenie Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria Adam Orzechowski
scenografia Magdalena Gajewska
muzyka Rafał Kowalczyk
prapremiera polska 10 sierpnia 2012
 

Komentarze
W najnowszym numerze
„Teatr. Krytycy” tom 2

„Teatr. Krytycy” tom 1

http://polskidramat.pl/centrumsztukitanca.eu


Nasz serwis korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności i plików cookies [dowiedz się więcej]. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym lub ich usunięcie możliwe jest po właściwym skonfigurowaniu ustawień przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może spowodować utrudnienia lub brak działania niektórych funkcji serwisu. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.

Zamknij